Kupili mecz, kilka dni później wygrali Ligę Mistrzów. Gigantyczny skandal
Zdobycie europejskiego pucharu i spadek z ligi w kolejnym sezonie to niebagatelna sztuka. Dość powiedzieć, że do tej pory przytrafiła się raz w historii piłki. Tottenham robi wszystko, aby tę listę wydłużyć, ale - w przeciwieństwie do Olympique'u Marsylia - nie potrzebuje do tego jednego z największych skandali w dziejach futbolu.
Tottenham próbuje szczęścia z trzecim trenerem. Thomas Frank został zastąpiony przez Igora Tudora, a po fatalnej kadencji Chorwata przyszła kolej na Roberto De Zerbiego. Włoch nie miał czarodziejskiej różdżki, nie odmienił rozbitego psychicznie zespołu z dnia na dzień, na powitanie przegrał z Sunderlandem. Efektem strefa spadkowa Premier League, co jest dla "Spurs" nowum na tak późnym etapie sezonu.
Na przemianę wskazuje niewiele, przede wszystkim ze względów mentalnych. Rywale w walce o utrzymanie odnoszą swoje mniejsze lub większe sukcesy. West Ham zdołał się przecież wydostać z najgorszej trójki, Nottingham nie przegrało od początku marca, natomiast Leeds pokonało ostatnio Manchester United. A Tottenham? A Tottenham pokonał w 2026 roku mniej klubów Premier League niż PSG. Londyńczycy czekają na ligowy triumf od grudnia.
Jeśli spadną do Championship, na swój sposób napiszą nową historię w futbolu. Bo chociaż już wcześniej zdarzyło się, że triumfator europejskiego pucharu w kolejnym sezonie spadł ze swojej ligi, to nigdy nie wynikało to ze względów czysto sportowych. Przypadek Olympique Marsylii jest zupełnie inny.
Dzwoni Bernes do Roberta
Marsylia była potęgą od końcówki lat 80. Od 1989 roku wygrała cztery mistrzostwa z rzędu, zdobyła Puchar Francji, wystąpiła w finale Pucharu Europy, a w sezonie 1992/93 świętowała podwójną koronę - znów triumfowała na krajowym podwórku, a także sięgnęła po Ligę Mistrzów. A przynajmniej w teorii. Bo chociaż zwycięstwa w finałowym starciu z Milanem nikt jej nie odebrał, to mistrzostwo przepadło bezpowrotnie. Chwilowo przepadła też Marsylia, którą zrzucono do Ligue 2.
OM nie mógł narzekać ani na wąską, ani na słabą kadrę. Do dyspozycji Raymonda Goethalsa byli między innymi Fabien Barthez, Basile Boli, Marcel Desailly, Didier Deschamps, Alen Boksić, Rudi Voeller i Abedi Pele. Dlatego z tym większym zdziwieniem można spojrzeć na decyzję ówczesnych władz, które uznały, że zespół potrzebuje dodatkowego wsparcia, a właściwie ochrony, w spotkaniu z Valenciennes. Ligowe starcie z ekipą walczącą o utrzymanie zaplanowano na sześć dni przed decydującym spotkaniem z Milanem. W teorii wystarczający czas, aby się zregenerować, w praktyce Marsylia bała się powtórki z rozrywki.
W 1991 roku zespól przegrał finał Pucharu Europy, a chwilę przed spotkaniem z Crveną wypadło dwóch ważnych zawodników. Prezydent Bernard Tapie chciał mieć więc pewność, że tym razem do tego nie dojdzie, że zawodnicy Valenciennes nie rzucą się na podopiecznych Goethalsa. Rozwiązaniem nie były jednak głębokie zmiany w składzie, ale łapówka. Dzień przed ligową potyczką Christophe Robert z Valenciennes zwierzył się Jacquesowi Glassmannowi, że otrzymali ofertę sprzedania spotkania. Ponadto Marsylia wytypowała jeszcze Jorga Burruchagę. W wieczór przed meczem do piłkarzy Valenciennes zadzwonił telefon.
Po drugiej stronie słuchawki był Jean-Jacques Eydelie, zawodnik OM. Chwila krótkiej rozmowy, przekierowanie i do głosu doszedł Jean-Pierre Bernes, prawa ręka Tapiego. Ten nie owijał w bawełnę. Wprost stwierdził, że Valenciennes i tak nie ma szans w spotkaniu z Marsylią, ale zawodnicy mogą przynajmniej nieźle zarobić.
- Jakie macie szanse, co? Jeden do dziesięciu? Wolicie skończyć to spotkanie z niczym, czy mieć 20 franków w kieszeni? - rzucił Bernes, cytowany przez France Info. 20 franków oznaczało 200 tysięcy franków, czyli w przeliczeniu 30 tysięcy euro. Dużo kasy, co wystarczyło, aby złamać Burruchagę i Roberta. Oburzony Glassmann odrzucił ofertę.
Sygnalista
Glassmann postanowił skontaktować się ze swoją żoną, która przekonała go, że historia musi ujrzeć światło dzienne. Piłkarz się wahał, bał się tego, jak zostanie odebrany. Ostatecznie jednak poszedł do trenera Bora Primoraca, który... nie chciał uwierzyć. Na sprawę ręką nie machnął jednak prezes Michel Coencas, człowiek z "kartą kryminalną długą jak ramię". Coencas wezwał do siebie Roberta, według L'Express zagroził, że przestrzeli mu kolana, jeśli usłyszy kłamstwo. Łapówkowicz najwyraźniej zdołał przekonać do siebie przełożonego, bo kilka godzin później wybiegł na boisko w pierwszym składzie. Burruchaga również.
Obaj byli już bogatsi o 100 tysięcy franków. W rozmowie z Bernesem przedstawili swoje warunki, wymogli wypłatę połowy ustalonej kwoty. Pieniądze odebrała żona Roberta, Marie-Christine, która spotkała się z Eydeliem. To dość szczególny przypadek historii, w której żony zawodników stają po zupełnie innych stronach barykady.
Mecz rozpoczął się zgodnie z planem, ale nie wszystko przebiegało normalnie. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Tapie został zapytany przez sędziego, czy pojawił się na stadionie, żeby upewnić się, czy nikt z jego drużyny nie odniesie kontuzji. Zaskoczony Tapie zaprzeczył, ale po nieco ponad 20 minutach spotkania znów uniosły mu się brwi. Robert doznał kontuzji bez kontaktu z rywalem. Jeden z bohaterów skandalu zszedł z boiska, gdy jego drużyna przegrywała po trafieniu Boksicia. Burruchaga zaś zachowywał się w osobliwy sposób.
- Burruchaga zazwyczaj kłócił się o wszystko. Ale tego wieczoru nie tylko nie kłócił się o nic, ale wręcz prosił innych o spokój. Jacques Glassmann natomiast biegał dookoła, jakby próbował coś udowodnić - opowiadał sędzia Jean-Marie Veniel.
W przerwie Glassmann podszedł do Veniela, aby opowiedzieć o łapówce. Nie podał nazwisk. Sędzia skontaktował się ze swoim zespołem, przekazał uwagi Deschampsowi, poinformowano także delegata. Nie minęło wiele czasu, gdy na stadion dotarła policja. Po zakończeniu spotkania rozpoczęły się przesłuchania zawodników Valenciennes. Marsylia się wywinęła, ale tylko na krótką chwilę.
Z Milanem od początku zagrało 10 zawodników z podstawowego składu na Valenciennes. Francuzi zdobyli upragniony tytuł po trafieniu Boliego. Można było świętować. Zegar jednak tykał.
Bezkrólewie
Niespełna dwa tygodnie po finale Ligi Mistrzów do prokuratora generalnego Erica de Montgolfiera trafiło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożone przez Narodową Ligę Piłkarską. Z sędzią skontaktował się też Robert, który przyznał się do wzięcia łapówki. W ogródku zawodnika Valenciennes znaleziono brudne pieniądze. Tapie starał się utrzymywać, że była to pożyczka na otworzenie restauracji przez zawodnika, ale ten argument nie przekonał nikogo. Nie pomogły też inne butne stwierdzenia szefa OM.
- Kto może uwierzyć, kto może uwierzyć, że w Marsylii mamy tak mało wiary w swoją drużynę, że trzeba kupować zawodników z Valenciennes, żeby wygrać? (...) Mogę powiedzieć tylko to, co czuję w sercu: ja w to nie wierzę - rzucił.
Niedługo później do pośredniczenia w korupcji przyznali się Eydelie, a także żona Roberta. Zawodnik Marsylii trafił do więzienia razem z Bernesem, został oskarżony o czynny udział. W lipcu 1993 roku Francuska Federacja Piłkarska odebrała Marsylii tytuł Ligue 1, natomiast UEFA wyrzuciła ją z rozgrywek pucharowych na kolejny sezon. Wyciągnięto wówczas rękę do PSG, ale klub nie zdecydował się ani na przyjęcie mistrzostwa, ani na zastąpienie rywali w Lidze Mistrzów. We Francji zapanowało bezkrólewie naznaczone największym skandalem w dziejach tamtejszej piłki. Ale na tym nie skończyły się konsekwencje dla Marsylii.
W 1994 roku Tapie został dożywotnio wykluczony z francuskiego futbolu, natomiast Bernes do 1996 roku. Również do 1996 roku zawieszono zawodników zaangażowanych w korupcję. W efekcie Burruchaga i Eydelie wyjechali z Francji. Tapie, Bernes, Eydelie, Robert i Burruchaga zostali też skazani na karę więzienia. Najdłuższy wyrok otrzymał Tapie, który za kratkami spędził sześć z 24 miesięcy. Sygnalista Glassmann otrzymał zaś specjalną nagrodę FIFA za swoją uczciwość.
W kolejnych latach wobec Marsylii Tapiego wysuwano kolejne zarzuty, swoje uwagi zgłaszały liczne kluby europejskie. Ostatecznie jednak na Francuzów nie nałożono większych kar. Uznano, że wykluczenie ze zmagań UEFA wystarczy, tym bardziej, że klub musiał jakość dojść do siebie po odejściu najważniejszej osoby. Końcówka kadencji Tapiego okazała się gigantycznym skandalem, ale wcześniej to właśnie on doprowadził do spektakularnego odrodzenia pogrążonej w kryzysie drużyny. Kiedy został usunięty ze stanowiska, do Olympique'u wróciły problemy. Po rozgrywkach 1993/94 drużynę karnie zdegradowano do Ligue 2. Powodem była afera korupcyjna, ale też fatalna kondycja finansowa. OM spędziło na zapleczu dwa sezony. Kiedy klub wrócił na salony, w drużynie był jeden zawodnik, który znalazł się w kadrze na starcie z Milanem. Przez następne 20 lat, tytuł zdobył tylko raz.