Lech Poznań ściągnął prawdziwego kozaka. "Jego show trwało w najlepsze"
Przed spotkaniem Lecha Poznań z Thun publicyści mieli do wyboru dwa gotowe nagłówki. Albo przeciwnik będzie precyzyjny jak szwajcarski zegarek, albo dziurawy jak szwajcarski ser. Chyba niewielu spodziewało się jednak, że ten drugi będzie pasował do pomeczowych raportów jak ulał. Wynik 7:0 mówi wszystko.
Kwalifikacje do europejskich pucharów wkroczyły w decydującą fazę, a Lech Poznań w kolejny ważny dwumecz. Dzisiejszy pojedynek z FC Thun na Enea Stadionie to pierwsza odsłona walki o upragnioną fazę ligową Ligi Europy. Stawka duża, bo fajnie byłoby w końcu zagrać szczebel wyżej niż Liga Konferencji, którą “Kolejorz” poznał na wylot.
Jeśli nie teraz, to kiedy?
Lech przystąpił do tego starcia będąc na fali wznoszącej. Podopieczni Frederiksena po blamażu u siebie z Aarhus wygrali cztery mecze we wszystkich rozgrywkach, nie tracąc przy tym ani jednej bramki w trzech ostatnich starciach. Wygrane z Piastem Gliwice (3:0) oraz rozgromienie Klaksvík pokazały, że ofensywny tercet – z dobrze dysponowanymi Allahyarem Sayyadmaneshem, Luisem Palmą i Patrikiem Walemarkiem rozkręcił się na dobre. Poznańska lokomotywa złapała właściwe obroty we właściwym momencie.
Zapomnijmy na chwilę o szarej ligowej codzienności. Dziś przy Bułgarskiej nie było miejsca na kalkulacje ani minimalistyczne podejście. “Kolejorz” stanął przed drzwiami z napisem „Faza Główna Ligi Europy”. Przegrany tego dwumeczu wciąż ma bezpieczną siatkę w postaci fazy grupowej Ligi Konferencji. Ale powiedzmy to głośno: dla dzisiejszego Lecha Poznań Liga Konferencji powinna być tylko planem B. Ambicje klubu, budżet i ranga poznańskiej piłki wymagają jesieni z Ligą Europy.
Naprzeciwko zameldował się mistrz Szwajcarii, FC Thun, najtrudniejszy możliwy rywal na tym etapie, chociaż poraniony bolesnymi ligowymi wpadkami i z widocznym kryzysem w tylnych szeregach. No więc, mistrzu Polski: jak nie dziś, to kiedy? Jeśli nie Europa, to co?
La zabawa po poznańsku
Trzecie pytanie, jakie krążyło po głowach, dotyczyło nieobecności Mikaela Ishaka i tego, jak Lech poradzi sobie bez swojego kapitana oraz podstawowego napastnika. Szwed nabawił się kontuzji w rewanżowym meczu z Farerami i nie dokończył tamtego spotkania. Na “dziewiątce” zastąpił go właśnie rewelacyjny Sayyadmanesh. Irańczyk ostatnio kapitalnie prezentował się na prawym skrzydle, a Frederiksen uznał, że zawodnik w takim “gazie” poradzi sobie nawet poza swoją nominalną pozycji. Pojawiła się tam duża wyrwa, bo dopiero w ostatnich chwili, po zawirowania związanych ze sprawami wizowymi, do kadry wrócił drugi ze snajperów - Yannick Agnero.
Irańczyk stempelek postawił już przy pierwszym golu. To jego strącenie piłki głową uruchomiło Walemarka, który uprzedził kryjącego go obrońcę i poszedł na bramkę przeciwników jak po swoje. Szwed kapitalnym strzałem lewą nogą po długim słupku dał Lechitom prowadzenie i dużą pewność. Niewiele brakowało, a Poznaniacy chwilę później poszliby za ciosem. Sayyadmanesh ponownie błysnął w polu karnym, idealnie dośrodkował na głowę Mateusza Skrzypczaka i tylko centymetry dzieliły wychowanka od trafienia.
Ale żaden z graczy Lecha nie przejmował się drobnymi niepowodzeniami. Show Sayyadmanesha trwało w najlepsze. Nie minęło jeszcze 20 minut meczu, a zawodnik z Persji miał już na koncie asystę oraz gola. Tym razem Pablo Rodriguez zagrał mu w uliczkę, a skrzydłowy po prostu musiał wykorzystać sytuację sam na sam z bramkarzem. Komiczne sygnalizowanie spalonego przez obrońców Thun na nic się zdało. Allahyar mógł się cieszyć z już czwartego trafienia w biało-niebieskich barwach.
- Wygląda tak, jakby na tę dziewiątkę był ściągany - komentował na platformie X Mateusz Rokuszewski.
Miazga, rozwałka, destrukcja
Od tej chwili Lechici ścigali się już tylko na indywidualne osiągnięcia. I wycierali Szwajcarami podłogę. 25. minuta to popis dwójki Gurgul-Walemark. Kapitalna asysta jednego i jeszcze lepsze wykończenie tego drugiego. Rywale wyglądali na zamroczonych kolejnymi ciosami, ale na ich nieszczęście, to futbol, nie boks. Trener nie mógł rzucić ręcznika, a pewnie bardzo by chciał.
Tymczasem szkoleniowiec gości musiał obserwować, jak mistrz Polski bawi się z jego podopiecznymi. Czwarty gol był dziełem polskiego trio: Mońka podał do Kozubala, ten do Skrzypczaka, a stoper dopełnił formalności. Piątą bramkę zapakował Radosław Murawski.
- Kto nie przyszedł na stadion ten trąba! Lech przechodzi samego siebie - ekscytował się Radek Laudański, poznański dziennikarz. - Lech zwarował, a Thun zgłupiał - wtórował mu Tomasz Urban. - Ostatnie takie popisy w obronie widziałem w meczu Lech - Genk - wyzłośliwiał się Filip Modrzejewski ze Sport.pl.
A Lech, nie zważając na nic, co i rusz szukał kolejnych szans. Szósty gol to plusik przy nazwisku Daniela Hakansa, który pokonał golkipera przy wydatnej pomocy stopera “Helwetów”. Kropkę nad “i” 10 minut przed końcem postawił Robert Gumny, znów po przepięknej asyście Gurgula.
Jesień w Europie
Ekipie z Thun nie wychodziło kompletnie nic. Nawet gdy wydawało się, że zdobyli honorową bramkę, VAR po kilku chwilach cofnął ją z powodu spalonego. Trudno przypuszczać, by drużyna o tak mizernym poziomie była w stanie podczas rewanżu nawet powalczyć o remis.
Trudno nie zgodzić się z jedną opinią. Rokuszewski słusznie przedstawił pogląd chyba każdego kibica, który dziś oglądał efektowne zwycięstwo Lecha. - Jest lekki mętlik. I japa się cieszy, gdy patrzysz na takiego Lecha, i jeszcze bardziej się wk…sz, że tak pokpili sprawę z LM - stwierdził. Stare przysłowie jednak mówi: gdy się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A mistrz Polski zdecydowanie dał się dzisiaj polubić. Po kompromitacji dwa tygodnie temu wciąż pozostaje zadra, duża i widoczna blizna, ale wreszcie przy Bułgarskiej wracają uśmiechy.
Jeśli coś delikatnie martwi, to kontuzja Walemarka, który musiał zejść z murawy jeszcze przed przerwą. Najpierw zdobył dwie bramki, potem złapał się za udo i został zmieniony przez Daniela Hakansa. Czekamy na dokładne informacje ws. urazu, bo na dziś Szwed to absolutnie czołowa postać w ofensywie Lecha.
Ligi Mistrzów w Poznaniu póki co nie będzie, natomiast Ligi Europy nie można nazwać nagrodą pocieszenia. To miejsce, gdzie polskie kluby powinny docelowo sprawdzać swoją wartość, nabijać ranking i skarbonkę większymi pieniędzmi. Bardzo dobry punkt na ostatnie obozowisko i przyszły atak szczytowy na Champions League. Krok po kroku, cierpliwie, do celu.