Lech Poznań zaszaleje w walce o Ligę Mistrzów? "Liczę na to"

Lech Poznań zaszaleje w walce o Ligę Mistrzów? "Liczę na to"
Przemyslaw Szyszka / pressfocus
Janusz - Basałaj
Janusz Basałaj19 May · 17:00
O Lech Poznań, który obronił tytuł mistrza Polski, ale też Robercie Lewandowskim, żegnającym się z Barceloną - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinki cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
Dalsza część tekstu pod wideo

Lech Poznań mistrzem

Sezon zwariowany. Konkurencja niesamowita. Walka o mistrzostwo do przedostatniej kolejki. Kto spadnie do pierwszej ligi – decyzja w ostatnią sobotę sezonu 2026/26. I tylko faworyt był jeden – Lech Poznań. I Lech zrobił tego swego "majstra". W sezonie było różnie, i z górki, i pod górkę, ale kiedy różne uczone głowy ciągle rozprawiały o jakości piłkarzy, długiej ławki rezerwowych, stabilnym klubowym budżecie i kapitalnej, jakże licznej publiczności, to wydawało się, że to będzie sezon Lecha. I tak się stało. To pocieszające, że właśnie tak skonstruowany i umiejętnie prowadzony zespół okazał się najlepszy. A że jak niektórzy obliczają, "Kolejorz" ma najniższą średnią punktów wśród krajowych mistrzów w Europie… To inna historia. Jakby nie patrzeć, jesteśmy w Ekstraklasie tu i teraz, więc trzeba czcić Lecha.
Już od dawna, kiedy zasiadam przed ekranem, by śledzić rozgrywki naszej Ekstraklasy, zawsze liczę, ilu Polaków wybiegnie w pierwszej jedenastce. Nie dlatego, żem Polak i polskie mam kibicowskie obowiązki, ale trudno mi zapałać kibicowską miłością do zalewających naszą ligę podstarzałych czasami Hiszpanów, Szwedów, Portugalczyków, ludzi z Bałkanów czy Afryki… I dlatego cieszę się, że o sile nowego mistrza regularnie decydują Bartosz Mrozek, Antoni Kozubal, Michał Gurgul czy Wojciech Mońka. Ta wroniecka fabryka Lecha Poznań produkuje młodych, zdolnych futbolistów. Których umie rozwijać, promować, w końcu sprzedawać i zarabiać. Bardzo dobrze zarabiać! Mają w Poznaniu swoje futbolowe "know-how" i nie boją się tego użyć, praktykować. Nawet ten skandynawski zaciąg Lecha też dał radę, bo oprócz kapitana zespołu - Mikela Ishaka - swoje zrobili Bengtsson i Walemark. A trener Niels Fredriksen, pseudonim “Zimny”, nie dał się wciągnąć w ligową gorączkę i do końca zachował mistrzowski spokój. Zwłaszcza w meczach, kiedy wedle niektórych "Lech grał bez trenera". Musieli to być jednak wyjątkowi złośliwcy.
Od dawna wyznaję zasadę, że po sukcesie przez kilka dni trzeba zwycięzców podrzucać, chwalić, gratulować, a nie marudzić. Jednak chciałoby się zobaczyć mistrza Polski w Lidze Mistrzów. Czy poznański "majster” da nam tę satysfakcję? Nie brakuje głosów, że rodzina Rutkowskich – właściciele Lecha, to ludzie ostrożni i nieporównujący boiska przy Bułgarskiej do stołu z ruletką w kasynie. Bez szaleństw, przepłacania, podejmowania ryzyka czy tworzenia tzw. kominów płacowych dla swych gwiazdorów. Może to i lepiej być pierwszym na swoich śmieciach niż szukać szczęścia na salonach europejskiej piłki, gdzie tak naprawdę nikt nie czeka na mistrza Polski… Gorzej jeszcze, kiedy przyjdzie polec w jakimś meczu na Gibraltarze, co niestety całkiem niedawno naszemu mistrzowi się zdarzyło. Licząc jednak na odrobinę szaleństwa “Kolejorza” w walce o Ligę Mistrzów, pozostaję z wyrazami podziwu i szacunku za obronę mistrzowskiego tytułu.
Mistrz! Mistrz! Kolejorz!

Pożegnanie Lewandowskiego

Były łzy, wzruszenie, piękne gesty i to wszystko na jednym z najbardziej ekscytujących piłkarskich obiektów na świecie. Robert Lewandowski powiedział na Camp Nou, Barcelonie, swoim fanom, kibicom Barcy - "Gracias". Pożegnanie wielkiego piłkarza z wielkim klubem, doskonałą jedenastką i uwieńczenie marzeń pokoleń Polaków, którzy od czasu do czasu radowali się sukcesami reprezentacji, ale tak naprawdę marzyli, że nasz człowiek stanie się częścią galaktycznego (wiem, wiem, to określenie zarezerwowano dla Realu Madryt…) klubu. Ta fantastyczna seria Roberta: Borussia Dortmund, Bayern Monachium i na końcu Barcelona… Przez kilkanaście lat być podstawową "dziewiątką" w takich firmach, to nie zdarzyło się żadnemu polskiemu piłkarzowi. Gole, rekordy, puchary i ta świadomość, że wychodzi poważny piłkarz na boisko i daje gwarancję wielkiej klasy. Przecież tego oczekujemy od takich gwiazd. RL9 zapewniał nam dobre samopoczucie, bo rzadko zawodził. Skupiony na swojej robocie, niezwykle skoncentrowany, trochę wyłączony przynajmniej przez 90 minut z całego szalonego świata, pan Robert wprowadzał nas w świat wydawało się niedostępny dla polskich fanów. Bo zasiadał przy jednym piłkarskim stole, jak równy z równym, z Cristiano Ronaldo, Leo Messim czy Kylianem Mbappe.
Skoro więc slogan Łączy nas Piłką nadal obowiązuje w naszym świecie, to warto go udoskonalić na "Łączy Nas Robert". Chłopak spod Warszawy o trudnym dzieciństwie i problematycznym początku kariery stał się za życia piłkarskim Bogiem. Idol, wzór, nasza nadzieja. Nie zabiegał o to, by go wszyscy kochali, nie mizdrzył się do dziennikarzy, ale kibiców szanował. Rozumiał swoją rolę i nie udawał jakiegoś skromnisia. Pilnował swojej roboty jak mało kto. Wymagający wobec siebie, trenerów, kolegów. Zdawało się, że niespecjalnie interesował go talent, a raczej pomysł na swą piłkarską ciężką i przemyślaną robotę.
Nawet perspektywa, że przenosi się na bardzo egzotyczne ziemie futbolowe, nie bulwersuje kibiców. Bo choć swoje zarobił, to nawet w naszym zawistnym nieco narodzie, nikt mu nie ma śmiałości zarzucić, że wybiera się po imponujące w swej liczbie petrodolary.
Tylko wielki żal, że będzie miał sporo czasu w czerwcu. Nie dla niego i reprezentacji Polski finały mistrzostw świata w Ameryce Północnej. Ale jak mawia klasyk: zostawmy to!

Przeczytaj również