Legendarny klub nad przepaścią. Dramat na boisku i w kasie. "Najczarniejszy scenariusz"
Mestalla widziała w swojej historii niemal wszystko – od mistrzowskich fet, przez pucharowe triumfy, aż po popisy największych gwiazd światowego futbolu. Dziś jednak legendarny obiekt w Walencji przestał być twierdzą, a stał się pomnikiem wieloletniego upadku i zarządczego chaosu.
Ostatnie lata w wykonaniu Valencii to pasmo rozczarowań, wyprzedaży najlepszych zawodników za bezcen oraz chronicznego braku długofalowej wizji. Klub, który niegdyś rzucał wyzwanie Realowi Madryt i Barcelonie, był też ostatnim finalistą Ligi Mistrzów w XX wieku, od dawna tkwi w szarej przeciętności, balansując na krawędzi sportowej i finansowej przepaści.
Wstrząs po Barcelonie
Obecny sezon miał być nowym otwarciem, a okazał się brutalnym sprowadzeniem na ziemię i ostatecznym potwierdzeniem, że kryzys sięgnął dna. Start rozgrywek w wykonaniu zespołu jest po prostu katastrofalny. Zaledwie cztery punkty na 18 możliwych w sześciu pierwszych kolejkach La Liga, wstydliwy bilans bramkowy 2:11 i do ostatniej serii gier samotne, przerażające miejsce na samym dnie tabeli. Po wymęczonym zwycięstwie z Alaves (1:0) “Nietoperze” nadal balansują w okolicach strefy spadkowej. Drużyna wygląda na całkowicie bezradną, bez pomysłu na grę i bez charakteru, który przez lata definiował ten klub.
Kryzys w klubie „Blanquinegros” błyskawicznie zmiótł ze stanowisk zarówno trenera, jak i dyrektora sportowego. W jednym komunikacie Valencia zarządzana przez Kiata Lima potwierdziła odejście osób bezpośrednio odpowiedzialnych za pion sportowy. Niedługo potem klub zakontraktował tymczasowego trenera Oscara Sancheza, a także Braulio Vazqueza jako nowego szefa projektu, po wpłaceniu Osasunie 290 tysięcy euro kwoty odstępnego.
Najbardziej zastanawia sytuacja dotychczasowego sternika, Carlosa Corberana. Zwalnianie szkoleniowca po zaledwie kilku tygodniach od przedłużenia z nim kontraktu do 2028 roku to kolejny dowód na totalny paraliż decyzyjny i brak jakiejkolwiek konsekwencji w działaniach właścicieli z Singapuru. Ale czy na dobrą sprawę mieli jakieś inne wyjście?
Po naprawdę beznadziejnym występie i porażce 1:3 z Deportivo La Coruna dwa tygodnie temu, Corberanowi niezmiernie trudno byłoby się podnieść, więc jego przełożeni postanowili przeciąć spiralę. Atmosfera na Mestalla podczas lania od Barcelony (0:5) była tak duszna, że około 200 kibiców zebrało się, by wyzywać piłkarzy (padały słowa o “najemnikach”) i trenera, gdy ci wracali do domu po bezbarwnej przegranej 0:1 z Sevillą.
Trener zaliczył co prawda imponujący początek kadencji, kiedy uratował zespół przed spadkiem w drugiej połowie sezonu 2024/25, jednak presja związana z pracą pod wodzą Petera Lima - przy ograniczonych funduszach na wzmocnienie kadry i regularnych protestach kibiców przeciwko właścicielowi - stawała się z czasem coraz bardziej odczuwalna.
Odejście Gourlaya było może nawet większym zaskoczeniem, ponieważ uważano go za bliskiego sprzymierzeńca Lima urzędującego w Singapurze. Jego głównym zadaniem miała być realizacja polityki transferowej prezydenta klubu. Brytyjczyk nie zdołał jednak nawiązać dobrej relacji z kibicami i mediami podczas nieco ponad półrocznej pracy i wygląda na to, że zapłacił cenę za swoją niepopularność na Mestalla.
Bieda aż piszczy
Głęboki kryzys sportowy to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe źródło trawiącej klub patologii leży piętro wyżej, w gabinetach zarządu oraz na koncie bankowym spółki, która od dawna zmaga się z gigantyczną ruina finansową. Przejęcie Valencii przez singapurskiego miliardera miało być obietnicą powrotu do europejskiej elity, a okazało się finansową i zarządczą niewolą.
Lata niegospodarności i nieustannych cięć budżetowych zredukowały kadrę do poziomu średniaka, z którego systematycznie wyprzedawano najlepszych zawodników wyłącznie po to, by łatać bieżące dziury. Polityka „oszczędności za wszelką cenę” doprowadziła do drastycznego obniżenia limitu płacowego, co skutecznie uniemożliwia sprowadzanie graczy gotowych do walki o najwyższe cele.
Klub stał się zakładnikiem skomplikowanych operacji kredytowych i obligacji, podczas gdy długi ciągną się za nim niczym cień, drastycznie ograniczając pole manewru kolejnym dyrektorom sportowym.
Najnowszym lekarstwem na kryzys ma być Braulio Vazquez. 54-letni Galicyjczyk wraca do klubu, w którym pełnił już rolę dyrektora sportowego w latach 2011–2013. Teraz będzie odpowiedzialny za wybór nowego trenera, a następnie za przebudowę kadry od stycznia, kiedy otworzy się okienko transferowe. Przez lata w Osasunie udowodnił, że potrafi budować powtarzalny, silny zespół przy mocno ograniczonym budżecie. Jego pojawienie się daje nadzieję na profesjonalizację pionu sportowego i odejście od dotychczasowych, chaotycznych decyzji transferowych.
Braulio rozpoczął już poszukiwania odpowiedniego kandydata na ławkę trenerską. Na jego giełdzie nazwisk pojawiają się m.in. Ernesto Valverde, Jose Luis Mendilibar czy Jagoba Arrasate. Ale kto chciałby pracować w zespole, który nie chce sobie pomóc i konsekwentnie stacza się w ciemność?
Akademia światełkiem w tunelu
Do tego dochodzi wieloletnia litania problemów pozasportowych, na czele z telenowelą wokół budowy nowego stadionu. Szkielet Nou Mestalla straszył w krajobrazie miasta przez niemal dwie dekady jako żywy symbol porażki i organizacyjnego paraliżu. Choć prace wreszcie drgnęły i zbliżają się do końca, to ceną za dokończenie inwestycji były kolejne potężne obciążenia finansowe.
Czarę goryczy przelewa otwarty konflikt na linii właściciel – kibice. Dla lokalnej społeczności zarządzająca klubem z dalekiego Singapuru rodzina Limów stała się wręcz regularnym wrogiem. Tysiące fanów regularnie protestują pod stadionem, domagając się oddania klubu w ręce ludzi, dla których tradycja i prestiż Valencii znaczą cokolwiek więcej niż tylko pozycje w tabeli arkusza kalkulacyjnego.
Zamiast stabilizacji i planu na przyszłość, Mestalla żyje w ciągłym napięciu, a brak jakichkolwiek relacji zarządu z otoczeniem sprawiają, że Valencia przypomina dziś potężną markę, z której wyciśnięto całą duszę. Szukanie dobrych wiadomości dla kibiców Valencii wymaga sporej dozy optymizmu, ale po odarciu klubu z bieżącego chaosu można znaleźć jeden istotny punkt zaczepienia na przyszłość. Mimo zapaści finansowej, akademii Valencii wciąż udaje się produkować talent za talentem. Młodzi gracze regularnie dostają szansę w pierwszym zespole, co daje klubowi wartościowe zaplecze kadrowe i potencjał sprzedażowy. Ale jak długo to jeszcze potrwa?
Valencia stoi dziś na zakręcie, a kibice z trwogą patrzą w przyszłość. Jeśli w najbliższych tygodniach nie nadejdzie przełom, ten historyczny i bolesny sezon może zakończyć się najczarniejszym scenariuszem w nowożytnej historii klubu.