Legia jest kandydatem do spadku. I dokładnie tak dziś wygląda
W dobie Piotrków Klimków (co piszę oczywiście z sympatią) i statystycznych modeli, które są w stanie co do procenta wyliczyć szanse kogokolwiek na cokolwiek kiedykolwiek, pewnie już nie wypada wychylać się ze stwierdzeniami „na nos”, ale przed startem tej rundy zaryzykowałem. I na pytanie o to, czy Legia spadnie z ligi, odpowiedziałem, że mniej niż sześć punktów zdobytych w pierwszych czterech meczach po przerwie zimowej, sprawi, że uwierzę w ten scenariusz. Jesteśmy w połowie tego dystansu, Legia na razie dopisała do dorobku tylko oczko i jest na najlepszej drodze, by nie wypełnić mojego „ultimatum”. Ale w tych rozważaniach na temat jej spadku już nawet nie chodzi o to, co w tej chwili pokazuje tabela.
Jasne - punkty zawsze są najważniejsze, ale abstrahując od mniejszych lub większych anomalii (gdzie większą jest na przykład piątkowy mecz Korony z Zagłębiem), one z czegoś wynikają. Są odzwierciedleniem tego, jak zespół wygląda na boisku. Jaką pracę wykonuje tam w tygodniu poprzedzającym wybiegnięcie na nie sztab. Czy też jeszcze szerzej - tego, jak klub na co dzień funkcjonuje jako organizacja.
I właśnie patrząc na to wszystko, trzeba by sporo odwagi i nonszalancji, by powiedzieć - nie no, przecież Legia na pewno nie spadnie.
Mówimy o drużynie, której - owszem - czasem coś wyjdzie, tak jak wyszły jej dwa rzuty rożne w końcówce meczu z Arką Gdynia, dzięki czemu uniknęła kompromitacji. Ale zdecydowanie częściej jej jednak nie wychodzi, a na dystansie pełnych spotkań naprawdę trudno doszukać w jej grze czegoś, co odróżniałoby dziś Legię od innych drużyn, które walczą o utrzymanie w tym sezonie lub walczyły w poprzednich.
To mimo wszystko jest dla mnie pewna niespodzianka. Spodziewałem się zespołu pokiereszowanego przez trudną jesień - jak najbardziej. Spodziewałem się drużyny, która nie od razu złapie niełatwe do opanowania zasady nowego trenera - owszem. No ale mimo wszystko zakładałem również, że Legia będzie w stanie pokazać jakąś piłkarską jakość, o której brak ciągle nie potrafię jej oskarżyć. I to, że wylądowała w takim a nie innym miejscu przede wszystkim przez kombinacje złych i fatalnych decyzji, które zapadają z dala od boiska. Naprawdę trudno to wytłumaczyć, świat chyba nie mógł aż tak mocno się pomylić w ocenie tych piłkarzy.
Fatalne jest to wejście Marka Papszuna do nowego zespołu. To oczywiście nie jest facet, który huknie, stuknie, warknie, coś tam kosmetycznie pozmienia i będzie liczył na czary w postaci efektu nowej miotły. Jako trener wierzy w zasadzie wyłącznie w codzienną, metodyczna pracę, nie interesuje go droga na skróty, zgniłe kompromisy i robienie czegoś pod publiczkę. Może jego błąd polega właśnie na tym, że nie docenił skali problemów swojej nowej drużyny, ale wydawało się, że o te absolutne podstawy, na których w tym roku wykłada się Legia, na przykład tracąc gole po stałych fragmentach gry (przeciwnika lub swoich), zadba dość szybko. No i że zobaczymy w grze ekipy ze stolicy przynajmniej zalążki, sugerujące, że jego pomysł w dłuższej perspektywie przyniesie skutek. Na razie były trener Rakowa bardzo chce się doszukać kontroli spotkań ze strony swojej drużyny (w spotkaniu z Koroną niby miało to miejsce do straconej w 23. minucie bramki, z Arką tak generalnie), ale chyba nieco naciąga definicję tego słowa na własne potrzeby.
Trudno polemizować z tym, że na wejściu ma trochę pecha, bo sprawy zdrowotne utrudnią mu wystawienie optymalnego składu. Zaczęło się na obozie, nie skończyło wraz z ligą i nawet jak mu Elitim pokazał się z niezłej strony z Koroną, chyba jako jedyny gracz w całym zespole, to na kolejne spotkanie już wypadł. Ale jeszcze trudniej polemizować z tym, że niełatwo doszukać się wsparcia dla niego ze strony przełożonych, bo Dariusz Mioduski udzielił jednego z najbardziej kuriozalnych wywiadów ostatnich lat, a potrzeba sprowadzenia napastnika to coś, co trener wyartykułował dawno i dość jasno, gryząc się w język chyba tylko po to, żeby trochę podbudować tych, których już w kadrze posiada.
Michał Żewłakow nie zaprzeczył, a oficjalnie potwierdził, iż jest ich cel transferowy, a od tej pory nie wydarzyło się niewiele. Nie możemy powiedzieć, że nic, bo jednak była próba ściągnięcia Rafała Adamskiego z Pogoni Grodzisk Mazowiecki i w aż podejrzanie szybkim tempie zakończyła się rehabilitacja Jeana-Pierre’a Nsame. Ale jeśli Legia liczy, że za jego sprawą problem rozwiąże się sam, no to chyba ryzykuje nie mniej niż podchodząc do jesiennych wyzwań z duetem Rajović - Colak. Albo zimą poprzedniego roku licząc, że ich problemy rozwiąże Ilja Szkuryn, z którego podpisaniem czekano tak długo, że nawet nie można było zgłosić go do Europy.
Wracamy - punkty z czegoś wynikają. Z gry drużyny, pracy sztabu, z funkcjonowania całego klubu. Na każdym poziomie można mieć pewne zastrzeżenia. Absolutnie zdecydowanie najmniejsze do sztabu, który dopiero zaczyna, a największe do organizacji, ale jednak.
Miarą tego, w jakim położeniu znalazła się Legia, jest to, że musi budować optymizm na szczęśliwie wyrwanym remisie z Arką Gdynia, kadrowo chyba wciąż najsłabszym zespołem w lidze. Nawet jeśli rzeczywiście jest to trudny teren, no to bez przesady. Chwyta się tego i Marek Papszun, mówiąc, że drużyna pokazała charakter, a przecież jego brak jest jednym z dyżurnych zarzutów wobec niej. W sumie taki powrót ze stanu 0:2 do 2:2 był już dla niego w tym sezonie momentem zwrotnym (gdy Raków dopadł grającego w osłabieniu Lecha), ale warto pamiętać, że dziś pracuje w ekipie, która do tej pory była raczej odporna na tego typu impulsy.
W cudownych okolicznościach Legia zerwała się ze stryczka z Hibernianem, ale chwilę później przegrała z Cracovią i wygrała tylko jedno z czterech ligowych spotkań.
Po Szachtarze był bezbramkowy remis z Lechem, odpadnięcie z Pucharu Polski z Pogonią i koniec projektu pod tyłem „Edward Niewyspanescu”. Już za Astiza wyszarpanie w końcówkach remisów z Widzewem czy Lechią też oczywiście nie przełożyło się na nic.
No ale może teraz rzeczywiście będzie to coś więcej niż uchronienie się przed kompromitacją i po meczu z GieKSą Legia zatrzyma licznik meczów bez ligowego zwycięstwa, który wskazuje już absurdalną liczbę. Myślenie życzeniowe w przypadku tego klubu staje się już w zasadzie częścią klubowego DNA.