Legia w Ekstraklasie się utrzyma. Widzew może zacząć gasić światło

Legia odbudowała tunel, a teraz widzi w nim upragnione światełko. Utrzymanie się w Ekstraklasie wygląda na coraz bardziej prawdopodobne i to nie tylko ze względu na słabość rywali.
Zawodnicy Legii nie zamierzali udawać zasromanych po końcowym gwizdku z Jagiellonią. Niby tylko remis, niby bez gola strzelonego przez piłkarza Warszawiaków, niby nadal strefa spadkowa. A jednak ten remis stanowił kolejny krok w procesie wychodzenia z kryzysu. To tym ważniejsze, że rywale w walce o utrzymanie nadal go wykonali.
Widać, że gra pod wodzą Marka Papszuna zazębia się coraz wyraźniej. W Białymstoku brakowało celnych uderzeń i ktoś mógłby stwierdzić, że "Wojskowych" nie zawsze będą ratowali rywale, ale przecież Mileta Rajović zmarnował dwie doskonałe sytuacje. Duńczyk pewnie się nie poprawi, jest powalająco powtarzalny w swoich błędach, lecz za plecami już czai się powracający Jean-Pierre Nsame, a także Rafał Adamski. Drugi z piłkarzy wszedł do Legii z zaskakującą pewnością, wątpliwe, aby doskwierała mu podobna Rajoviciowi nieskuteczność.
Swoją drogą jest to niejako imponujące, że Legia była w stanie wyrwać punkt, chociaż wiele elementów w jej grze nie domagało. Mnie jednak trudno z pełnym przekonaniem krytykować podopiecznych Papszuna. Druga połowa zmyła problemy pierwszej, długimi momentami Legia dominowała nad Jagiellonią. Finalnie dopięła swego, nie da się stwierdzić, że na punkt nie zasłużyła. Wywalczyła go pracowitością, wyraźnym pomysłem na to, jak poruszać się na boisku. Skorzystała z prostego narzędzia i takie okazało się najbardziej efektywne - długie podania, centry, agresywne wejścia skrzydłami. Nic wielkiego, bo do utrzymania wcale nie trzeba rzeczy wielkich na boisku.
Ten cel wciąż Legii przyświeca i wciąż pozostaje w zasięgu. Zdecydowanie bardziej niż kilka tygodni temu. Dwa ostatnie spotkania przyniosły cztery punkty. Nad stylem myśleć będzie można latem, teraz liczy się tylko to, aby przetrwać. Aby dawać z siebie absolutne maksimum, czego najlepszymi przykładami są Patryk Kun i Kacper Chodyna, niespodziewani bohaterowie Warszawiaków. Aby do każdego meczu podchodzić z wiarą, że punkty pozostają w zasięgu. Takie nastawienie uzależnione jest od głów, a w nich - patrząc na obrazki po Białymstoku - Legia wygląda coraz mocniej. Łatwiej o spokój ducha, jeśli pokonujesz niedawnego lidera i zatrzymujesz aktualnego.
W starciach z pogubioną Cracovią i nieprzekonującym w 2026 roku Radomiakiem "Wojskowi" mogą znów ustawić się w pozycji faworyta. Jeśli ciężar ten udźwigną, odskoczą od strefy spadkowej. Wypłynięcie na powierzchnie będzie zaś kluczowe - Warszawiacy nie wrócą już do najgorszej trójki. Są na to zbyt mocni, a bezpośredni rywale zbyt słabi.
Dotyczy to przede wszystkim Widzewa. Łodzianie to jedyna ekipa z dolnej połówki tabeli, która w tej kolejce nie zdołała zapunktować. Swoją grą przekonują mniej niż Termalica, nie mówiąc już o Arce. Gdynianie pewnie wciąż są do wzięcia ze względu na indolencję w meczach wyjazdowych, ale nawet przeskoczenie beniaminka nie gwarantuje Widzewowi niczego.
To zespół przypadkowy, zupełnie zagubiony. Funkcjonujący bez mapy, nie będący w stanie powtórzyć wypracowanych schematów, bo tych po prostu nie ma. W dodatku zespół stojący w obliczu kolejnej rewolucji. O ile bowiem w Legii jest przynajmniej trener, o tyle Igor Jovićević powoli zaczyna pakować walizki. I słusznie, bo trzeba wielkiego antytalentu, aby przy takich nakładach finansowych prezentować najgorszy futbol w Ekstraklasie.
Widzew i Legię niby dzieli tylko punkt, ale tak naprawdę znacznie, znacznie więcej. W Warszawie mówi się o niezadowoleniu po remisie z Jagiellonią. W Łodzi porażkę z Pogonią usprawiedliwia tym, że rywal trafił pierwszy. Albo Widzew obudzi się w nadchodzącym tygodniu, albo otworzy oczy w I lidze.