Legia świetnie trafiła z tym transferem. "Daje drużynie coś ekstra"

Legia wzięła upragniony haust powietrza i wynurzyła głowę ze strefy spadkowej. Powietrze cuchnie wprawdzie trochę smogowym smrodem, chce się po nim kaszleć, ale to niewątpliwie lepiej niż dusić się w najgorszej trójce. Plan rozpaczliwego ratowania sezonu może ostatecznie zdać egzamin.
Po wcirach, jakie Arka zebrała od Korony, Widzew i Legia miały szansę na wyprzedzenie beniaminka. Z okazji skorzystali jedynie Warszawiacy. Łodzianie zagrali zbyt prymitywnie, aby choćby spróbować powalczyć o trzy punkty. Już po zakończeniu spotkania Wojciech Jagoda apelował, aby i Widzewowi, i Górnikowi nie przyznawać punktów za ten wyrób meczopodobny, co miało w sobie więcej finezji niż jakakolwiek akcja w drugiej połowie sportowego happeningu przy Piłsudskiego.
Widzew może się pocieszać przyzwoitym punktowaniem za kadencji Aleksandara Vukovicia - pięć punktów w trzech spotkaniach - ale to wynik, który wciąż drużyny nie urządza. Zespół zajmuje dziesiąte miejsce za ten okres, wyprzedza trzy ekipy realnie walczące o utrzymanie, lecz wciąż musi unosić głowę, aby dostrzec światełko. Nadal musi oglądać się na innych, a to zawsze sytuacja mniej komfortowa od momentu, w którym znalazła się Legia.
Przy Łazienkowskiej trudno o fanfary, z Rakowem też udało się wyrwać jedynie remis, ale smakuje on zupełnie inaczej niż punkt Łodzian. Choćby ze względu psychologicznego - Widzew wciąż pod kreską, Legia w końcu nad nią. W najbliższej kolejce Warszawiacy skupią się na tym, aby najgorszej trójce uciec, a przy okazji dogonić kolejną drużynę wciąż zaangażowaną w bój o przetrwanie. "Wojskowych" czeka podróż do Szczecina.
Szansa na korzystny wynik jest tym większa, że Pogoń znów złapała zadyszkę i, przy udziale pecha, ma raptem cztery punkty zapasu nad strefą spadkową. Przede wszystkim jednak Legia może ugrać swoje, bo miewa pomysł. Bardzo prosty, niewyszukany, ale namacalny. Nie tylko na to, jak obronić swoje pole karne, ale również wydatnie zagrozić rywalowi. Stołeczni wykorzystali bojaźliwość Rakowa, wrócili z pozycji przegrywającego, byli w stanie faktycznie zagrozić bramce przeciwnika. To więcej niż u części rywali w walce o utrzymanie.
Nie ulega też wątpliwości, że Legia miewa więcej szczęścia niż statystyczna drużyna Ekstraklasy. Jonatan Braut Brunes nie zwykł marnować sytuacji jak ta z Łazienkowskiej, a Otto Hindrich musiał wykonać wślizg ostatniej szansy, aby zatrzymać Norwega. To drugie potwierdza również, że różnicę w boju o przetrwanie robią bramkarze. W szeregach "Wojskowych" zapanował większy spokój, od kiedy Austriak wskoczył w miejsce Kacpra Tobiasza. Hindrich daje drużynie coś ekstra, a tego nie mogą powiedzieć inni piłkarze.
Wnioski z remisu z Rakowem musi też wyciągnąć Marek Papszun. Bo chociaż udało się zrealizować plan bezwzględnego minimum, istnieje słuszne przekonanie, że stołecznych stać było na jeszcze dużo, dużo więcej. Zabrakło jednak reakcji z ławki, wcześniejszego wpuszczenia zmienników. Pressing Legii wyglądał porządnie, gdy szansę otrzymał świeży Arkadiusz Reca, reprezentant zastąpił wypompowanego Patryka Kuna. W odbiór piłki zaangażował się nawet nieporadny jak zawsze Mileta Rajović. Duńczyk - w przeciwieństwie do harującego niczym koń chłopa pańszczyźnianego Rafała Adamskiego - nie zrobił nic dobrego poza bieganiem, ale w tej walce niuansów nawet kilometry przebyte wyłącznie z myślą o wyniku mogą mieć kapitalne znaczenie.
W tak szalonym sezonie musisz chwytać się wszystkiego, co daje jakikolwiek pozytywny efekt. Legia próbuje to zrobić, osiągnęła coś na kształt stabilizacji, nie przegrała od początku lutego. Trzyma poziom - niewysoki, ale trzyma. Wie również, że wewnątrz nie dojdzie już do żadnej rewolucji, że Papszun się z nikim nie pobije, a jego zastępca nie odejdzie po dwóch spotkaniach. Ponownie jest to przewaga względem części rywali walczących o utrzymanie. I taki to właśnie mamy sezon.