Mazurek w jeden wieczór załatwił sobie transfer? "Zdziwiłbym się, gdyby się na niego nie rzucili"
Gdyby polski futbol składał się z możliwości finansowych Widzewa, medialności Legii, pracowitości Rakowa, stabilizacji Lecha, zręczności Jagiellonii, Leszka Ojrzyńskiego w Zagłębiu Lubin i rewanżów z Fiorentiną, bylibyśmy piłkarską potęgą. Na takiego Transformersa przyjdzie jednak jeszcze poczekać, dlatego musimy cieszyć się jednostkowymi sukcesami. Na przykład laniem Włochów we Florencji.
Ktoś może żachnąć się i powiedzieć, że cóż po zwycięstwie Jagiellonii, skoro nie ma awansu w Lidze Konferencji. Że zwycięstwo było, ale koniec końców naznaczone piękną porażką, zatem bez znaczenia. Znajdą się też tacy dostrzegający błędy Adriana Siemieńca w dogrywce czwartkowego meczu. Ja jednak w Tomasza Hajtę bawić się nie zamierzam, odczuwam pewien absmak wobec korygowania szkoleniowca w takim momencie.
Jest on tym większy, że udany bój we Florencji miał znaczenie, choćby dla rankingu UEFA, do którego intensywnie wzdychamy od kilkunastu miesięcy. Bez zwycięstwa "Jagi" odrobilibyśmy tylko drobnicę względem Czechów. W obecnym układzie nasi południowi sąsiedzi wciąż pozostają w zasięgu. Trudno przejść wobec tego obojętnie, skoro do rewanżu we Włoszech podchodzono bez większych oczekiwań.
Ekipa Siemieńca pokazała zaś prawdziwego pazura. Fiorentina długimi momentami wyglądała po prostu beznadziejnie, brzydko. Zupełnie nie przystawała swoją grą do wdzięków miasta, co w bieżącym sezonie przydarza jej się często, ale jednocześnie dość rzadko za kadencji Paola Vanoliego. Ten przejął stery "Violi" w listopadzie i do tej pory nigdy nie przegrał trzema bramkami. Tymczasem z Jagiellonią widniało 0:3 po podstawowym czasie gry.
Przypadku w tym niewiele, nawet jeśli po zmianie stron to Włosi wyglądali nieco lepiej. Finalnie polski klub znów sprawił, że kibice Fiorentiny musieli kręcić głową po wyczynach swojej drużyny. W 2023 roku było to udziałem Lecha, teraz swoje zrobiła Jagiellonia. Ekipa z Ekstraklasy nie mogła wymyślić lepszego okienka wystawowego, a już zwłaszcza o takowym trudno było myśleć Siemieńcowi i Bartoszowi Mazurkowi.
Ja też miałem 19 lat i pamiętam, że po wyprowadzce z rodzinnej wsi gubiłem się w nieporadności łódzkiego systemu MPK, sukcesem było odróżnienie trasy przejazdu tramwaju 15B i 15A. Mazurek natomiast strzelił hat-tricka w fazie pucharowej europejskich rozgrywek, co wydaje mi się nieco większym osiągnięciem. Zrobił to zresztą z drużyną nośną, nawet jeśli obecnie tylko pod względem nazwy.
Środkowy pomocnik już pierwszy mecz miał niezły, chociaż występ niknął wobec kiepściutkiego wyniku. Wtedy też realizował się przede wszystkim w rozegraniu i defensywie, toteż nikt nie oczekiwał, że w rewanżu pokaże niespotykaną siłę ognia. Tak się jednak złożyło, że Mazurek zapakował trzy gole, czego generalnie polscy piłkarze nie robią w Europie na takim etapie, nie mówiąc już o przedstawicielach rodzimych klubów. Mazurek jest pierwszym Polakiem z hat-trickiem od 1982 roku. Andrzej Strejlau był wtedy młodym trenerem.
- Nigdy w życiu nie strzeliłem hat-tricka. Ciężko mi uwierzyć, że to zrobiłem. Jak strzelasz, łapiesz pewność siebie. Nie bałem się, nie myślałem, na kogo gram. Podpisaną piłkę zabrałem, jedzie ze mną do Białegostoku. Tego hat-tricka dedykuję rodzicom i braciom - powiedział główny bohater w rozmowie z Polsatem Sport, dzięki czemu jeszcze łatwiej go polubić. Żadnej buty, jedynie szczerość chłopaka, któremu trudno uwierzyć, w jakim miejscu się znalazł.
Trzy trafienia są wynikiem idealnego piłkarskiego miksu. Talentu, szczęścia, chłodnej głowy i doskonałej umiejętności wyczucia czasu. Wszystko zagrało Mazurkowi idealnie, nawet jeśli finalnie Jagiellonia nie awansowała. 19-latek, który jeszcze w październiku grywał w III-ligowych rezerwach Białostoczan, w ciągu jednego popołudnia przebił irracjonalnie skromny dorobek Kamila Jóźwiaka w trzech ostatnich sezonach.
Nic więc dziwnego, że o Mazurku z miejsca zaczęto mówić, jak o kolejnym piłkarzu, którego Jagiellonia będzie mogła sprzedać za małą fortunę. Oferty w letnim okienku są więcej niż pewne. Nawet jeśli Polak spuści z tonu w kolejnych miesiącach, to siła oddziaływania europejskich rozgrywek jest niemożliwa do przecenienia. Ten jeden mecz z Fiorentiną rezonuje mocniej niż dziesięć kapitalnych występów w Ekstraklasie.
Ciekawym tropem może być właśnie transfer do "Violi", chociaż w jej obecnej sytuacji raczej nie życzyłbym tego samemu Mazurkowi. Michał Borkowski jednak słusznie zauważył, że włoskie kluby polują na tych, którzy ścinali im głowy w europejskich pucharach - było tak między innymi z Jensem Petterem Haugem czy Gustavem Isaksenem. W każdym razie o Mazurku jest we Włoszech głośno (Calcio Mercato wystawiło mu "9", La Gazetta skusiła się na "8"). Zawodnik Jagiellonii strzelił hat-tricka w rocznicę ustanowienia "Mazurka Dąbrowskiego" hymnem Polski. Piłkarscy bogowie czuwają.
- Bardzo bym się zdziwił gdyby Fiorentina nie rzuciła się latem na Mazurka. Włoskie kluby kochają kupować tych którzy im wlali - zauważa ekspert od włoskiej Serie A, Michał Borkowski.