Mieli spaść, a zagrają w europejskich pucharach? Polski klub gra na nosie niedowiarkom
Nie mam pojęcia, jaki zestaw pucharowiczów wylosuje Ekstraklasa, ale w swoim układzie marzeń znalazłbym miejsce dla GKS-u Katowice. Choćby dlatego, że to jedna z najprzyjemniejszych drużyn dla postronnego widza.
Daleko mi do hołdowania nawoływaniom o maksymalne spolszczenie Ekstraklasy i oburzaniu się, gdy w pierwszym składzie naszych drużyn melduje się ośmiu obcokrajowców. Doceniam natomiast, że GKS tą drogą nie idzie. Zespół składa się w 80% z Polaków, a jeśli już ma jakiś zagranicznych zawodników, to w większości podnoszą oni poziom zespołu, nie tylko wypełniają przestrzeń.
Ilia Szkurin odżył po przeprowadzce z Legii, Eman Marković szybko stał się jednym z najciekawszych atakujących całej ligi, Erik Jirka utrzymuje poziom z Piasta. Szkoda tylko, że Jesse Bosch, po którym obiecywano sobie dużo na podstawie tych blisko 100 meczów w Eredivisie, gra trochę poniżej oczekiwań.
Ekipa Rafała Góraka nie ma może zniewalających nazwisk na papierze, a klub oszczędnie podchodzi do wydawania pieniędzy, ale udało się stworzyć zespół atrakcyjny w swej prostocie. Bywa, że GKS nie kalkuluje, czego najlepszym dowodem dwa ostatnie mecze, które, gdyby tylko istniała nagroda za widowiskowość, dałyby przepustkę do Ligi Mistrzów. Ale nie tylko starcia z Lechem i Rakowem pokazały potencjał Katowiczan. Nie są oni może "The Entertainers", lecz czwarty wynik pod względem celnych strzałów na mecz nie wziął się z niczego.
Na wiosnę żaden klub nie zdobył więcej punktów niż drużyna ze Śląska. I nawet jeśli jej dorobek może jeszcze przebić Motor Lubin - rozegrał jedno spotkanie mniej - to osiągnięcie Góraka i spółki pozostaje imponujące. Choćby w świetle tego, że zaraz po letnim okienku i kilku pierwszych kolejkach sezonu gremialnie skazywano ich na spadek. Nie były to wprawdzie opinie wyssane z palca, bo Katowiczanie wyglądali fatalnie, a odejścia Oskara Repki i Sebastiana Bergiera służyły wybrzmieniu minorowych tonów, jednak na dłuższą metę z łatwością zadano im kłam. Nie był to zresztą pierwszy raz, kiedy skazywano GKS na pożarcie, ale najwyraźniej ani nie zamawia się ryby w poniedziałki, ani nie wróży wyczerpania projektu Góraka.
Doświadczony trener od blisko siedmiu lat pracuje w Katowicach na uznanie i chociaż bywa ciężko, a relacje z najbardziej zagorzałymi kibicami nie są tak idealne, jak się wydaje, to trudno wyobrazić sobie ten zespół bez 53-latka. Górak znów znajduje sposób, aby jego drużyna stawała się lepsza. W poprzednim sezonie skończyło się na ósmej lokacie, w bieżącym nadzieje sięgają nawet mistrzostwa. Bo cóż znaczy sześć punktów straty do lidera wobec uniwersum, gdzie naprawdę każdy jest w stanie wygrać z każdym. Jeśli GKS utrzyma dyspozycję z tej rundy, skończy zmagania na trzeciej lokacie.
Byłoby to piękne ukoronowanie drogi, jaką udało się przejść od 2019 roku. Górak przejmował zespół w II lidze, w drugim sezonie wywalczył awans, po trzech kampaniach na zapleczu wszedł do Ekstraklasy. Klub rozbudował infrastrukturę, ma jedną z najlepszych muraw w Polsce, karnety wyprzedaje na pniu, latem pobił rekord transferowy, pierwszy raz wydając ponad 200 tysięcy euro, udało się też wypromować kadrowicza, a gdy Jan Urban nie zdecydował się na Bartosza Nowaka, przez media społecznościowe przetoczyła się mała burza. Metoda małych, ale konkretnych kroków w swoim najlepszym wydaniu.
Nadchodzące spotkanie z Motorem niespodziewanie urosło do rangi meczu kluczowego w walce o europejskie puchary. Być może będącego też niezwykle ważnym w kontekście walki o miano trenera sezonu. Tym razem można wybierać z naprawdę szerokiego grona i chyba nikt nie obrazi się, jeśli nagroda przejdzie obok nosów Nielsa Frederiksena i Adriana Siemieńca, nawet jeśli jeden z nich sięgnie po mistrzostwo Polski. Robota wykonana przez Góraka, Mateusza Stolarskiego, Mariusza Misiurę, Michala Gasparika i Leszka Ojrzyńskiego zasługuje na gigantyczne uznanie. Dołożyli swoje cegiełki do sezonu, którego nie wymyśliłby Stephen King nawet w swoim kokainowym szczycie lat 80.