Na taki sukces czekają... 122 lata. Został tylko jeden mecz! "To odróżnia nas od innych"
Zdecydowana większość kibiców za faworyta finału Ligi Europy wskazałaby Aston Villę. Nie można jednak przed tym meczem zapominać o Freiburgu - klub, który od lat stawia na stabilność i konsekwencję, stoi przed szansą na pierwsze w swojej historii europejskie trofeum.
W sobotę zakończył się sezon Bundesligi. Meczów o wielką stawkę nie brakowało - Wolfsburg z Kamilem Grabarą w składzie rzutem na taśmę uniknął bezpośredniego spadku, Stuttgart przecisnął się do ligowego TOP4, a Freiburg w świetnym stylu wygrał z Lipskiem, uzupełniając skład niemieckich reprezentantów w europejskich pucharach na następny sezon.
Ekipa z Fryburga pokonała “Byki” 4:1, a mecz ten w jej wykonaniu był wyjątkowo symboliczny. To w końcu kolejny wielki sukces na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni - 7 maja wyeliminowała z Ligi Europy portugalską Bragę (3:1, w dwumeczu 4:2), meldując się w wielkim finale rozgrywek. Tam czeka na nią faworyzowana Aston Villa. Raczej każdy zgodzi się, że klub z Birmingham ma silniejszą na papierze drużynę, jednak Fryburczycy z roku na rok coraz bardziej udowadniają, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.
Samowystarczalni
Na pierwszy rzut oka SC Freiburg zdaje się być drużyną dość niepozorną. Jako klub istnieje od 1904 roku, lecz pomijając trofea zdobyte na niższych poziomach rozgrywkowych, nie wygrał jeszcze w swojej historii żadnego poważnego tytułu. Gdy przyjrzymy się jednak jego drodze do tegorocznego finału LE, praktycznie każdego rywala zmywał z powierzchni ziemi. W fazie ligowej zajął siódmą pozycję na 36 możliwych, z miejsca kwalifikując się do ostatniej szesnastki rozgrywek. Tam pokonał w dwumeczu Genk - w Belgii przegrał 0:1, jednak u siebie mocno się odgryzł, wygrywając 5:1. Później przyszedł czas na ćwierćfinał z bardzo dobrze prosperującą na hiszpańskich boiskach Celtą Vigo, jednak ponownie udało mu się zrobić swoje. Rozbił rywali w dwumeczu aż 6:1 (3:1 na wyjeździe, 3:0 u siebie).
Wreszcie mieliśmy wspomniany półfinał z Bragą, gdzie pachniało pierwszymi problemami. Portugalski klub wygrał u siebie 2:1 dzięki golowi Dorgelesa w doliczonym czasie gry, co dało mu dobrą zaliczkę przed rewanżem. Podczas meczu w Niemczech jednak ten sam Dorgeles… wyleciał z czerwoną kartką po zaledwie sześciu minutach na boisku. Braga przez niemal całe spotkanie musiała grać w dziesiątkę, a Freiburg z przewagą liczebną był bezlitosny - po 75. minucie, dzięki dubletowi Lucasa Kublera i trafieniu Felixa Manzambiego, prowadził już 3:0. Braga w odpowiedzi zdobyła tylko jedną bramkę, która nie wystarczyła, by odwrócić wynik dwumeczu.
I to tyle. W ten sposób podopieczni Juliana Schustera doprowadzili Freiburg do pierwszego w historii klubu finału w europejskich pucharach. Nie oszukujmy się, w większości przypadków takie sukcesy da się wyjaśnić w dość prosty sposób - przykładowo można by pomyśleć, że Freiburgowi wystarczyło po prostu zrobić dobre transfery. Pudło. Gdy spojrzymy sobie na “jedenastkę”, jaką trener wystawił na rewanż z Bragą, zaobserwujemy, że aż czterech zawodników przed startem kariery seniorskiej grało w drużynach młodzieżowych Freiburga. Ci zaś, którzy wychowankami klubu nie są, występują w nim już od wielu, wielu sezonów. Philipp Lienhart broni barw “Breisgau-Brasilianer” od dziewięciu lat, Max Eggestein od pięciu, Lucas Kubler od 10, a Nicolas Hofler - od 13. Vincenzo Grifo do Fryburga trafił w 2018 roku z Hoffenheim, a dziś uznawany jest za klubową legendę i jednego z najlepszych skrzydłowych ostatnich lat w Bundeslidze.
Jedynymi zawodnikami, którzy wystąpili w tym meczu, a do klubu pierwszy raz dołączyli w jednym z trzech ostatnich okienek transferowych, są Igor Matanović i Jan-Niklas Beste. Cała reszta albo została przez Freiburg piłkarsko ukształtowana, albo jej staż w drużynie wynosi co najmniej pół dekady. To właśnie ta długotrwała stabilność zdaje się być kluczem do sukcesu klubu z siedzibą u podnóża Schwarzwaldu.
Jak wydawać, to mądrze
Czy to oznacza, że letnie i zimowe transfery nie miały większego wpływu na tegoroczny sukces drużyny? Absolutnie nie. Wspomniany Matanović, choć nie chciał zatrzymać go u siebie Eintracht Frankfurt, to jeden ze zdolniejszych napastników młodego pokolenia w Bundeslidze. Na wypożyczeniu w drugoligowym Karlsruhe radził sobie kapitalnie, więc Freiburg skorzystał z okazji i wykupił go za niecałe siedem milionów euro. Nie pomylił się - Chorwat łącznie strzelił 11 goli w Bundeslidze, stając się najbardziej bramkostrzelnym zawodnikiem “Breisgau-Brasilianer” w tym sezonie. Za dobrze prosperującą postać uznawany jest też Yuito Suzuki, czyli autor czterech trafień i trzech asyst w Lidze Europy. Japończyk dołączył przed sezonem za 10 milionów euro z Broendby, lecz w finale niestety nie wystąpi ze względu na złamany obojczyk.
Tak czy inaczej, polityka długowieczności we Freiburgu obecna jest od bardzo dawna. Jej początków można doszukiwać się w latach 90. XX wieku, kiedy trenerem klubu został Volker Finke. Miał on najdłuższą jak na tamte czasy kadencję ze wszystkich szkoleniowców Freiburga w historii - prowadził klub od 1991 do 2007 roku. Zaledwie cztery lata po przejęciu sterów zmienił drugoligowego średniaka w klub, który sensacyjnie wywalczył ostatnie miejsce na podium Bundesligi.
Zdarzały się też Finke słabsze sezony. Mimo że aż trzy razy Freiburg pod jego wodzą spadał z elity, to ani razu nie zdecydowano się go zwolnić. To pokazuje, jak ważną częścią filozofii klubu była cierpliwość. Zamiast na niepotrzebne odprawy dla kolejnych trenerów, klub przeznaczał swój mały jak w standardach Bundesligi budżet na bardziej priorytetowe inwestycje. Rozwijano akademię i skauting, do tego stopnia, że dziś Freiburg dostrzega piłkarskie talenty w nieoczywistych miejscach, ściągając je do siebie już na bardzo wczesnym etapie kariery. W taki właśnie sposób trzy lata temu wypatrzył Johana Manzambiego. 20-letni pomocnik jest dziś jednym z najbardziej pożądanych nazwisk na rynku przez topowe kluby, a do Fryburga trafił przecież za darmo z młodzieżówek Servette Genewa. Już wkrótce może zostać najdrożej sprzedanym piłkarzem w historii klubu - przebiłby w ten sposób Kevina Schade, którego angielskie Brentford dwa lata temu pozyskało za 25 milionów euro.
Wychować sobie trenera
Mimo że Finke stworzył podwaliny pod SC Freiburg, jaki znamy dzisiaj, to całą filozofię w pełni ukształtował Christian Streich. To człowiek, który spędził w tym klubie prawie 30 lat swojego życia - w sezonie 1987/88 bronił jego barw jako piłkarz, zaś karierę trenerską rozpoczął w 1995 roku, również od SCF. Objął drużyny juniorskie zaraz po tym, jak Finke świętował z pierwszym zespołem historyczny awans do Pucharu UEFA. To właśnie Streich wygrał z drużyną U19 trzy puchary Niemiec oraz mistrzostwo kraju, które do dziś pozostają największymi sukcesami w historii fryburskiej piłki młodzieżowej. Przez sześć lat pracował tylko w roli trenera, zanim został mianowany dyrektorem całej Freiburg Fussballschule - akademii, która dała klubowi wielu świetnych zawodników.
Później przyszedł 2011 rok, czyli moment, w którym Streich zdecydował się na objęcie drużyny seniorskiej. Przychodził w trudnym momencie - Freiburg walczył o utrzymanie w Bundeslidze, a na półmetku sezonu 2011/12 był na przedostatnim, 17. miejscu. Rozgrywki skończył na 12. pozycji. W 2013 roku sensacyjnie został piątą siłą ligi, by zaledwie dwa lata później spaść na jej zaplecze. Dla Streicha był to jednak tylko i wyłącznie wypadek przy pracy - od razu po relegacji jego zespół wygrał mistrzostwo 2. Bundesligi, wracając do elity w świetnym stylu. Od tej pory gra w niej nieprzerwanie.
Kadencja Streicha w roli pierwszego trenera Freiburga trwała łącznie 13 lat. Przez ten czas stał się on nie tylko symbolem klubu, ale też jednym z najbardziej rozpoznawalnych szkoleniowców w Niemczech. Z drużyny grającej w “kratkę” i klubu mającego malutki budżet stworzył stabilny, kwitnący zespół, z którym dwukrotnie dotarł do 1/8 finału Ligi Europy. W 2022 roku był też niesamowicie blisko zdobycia Pucharu Niemiec - w finale jego Freiburg przegrał jednak po rzutach karnych z RB Lipsk.
– Nasze DNA sprawia, że nie dajemy się ponieść emocjom w dobrych momentach. Ale działa to też w drugą stronę, więc nie zwalniamy trenera, gdy są trudne chwile. Staramy się zachować równowagę. W piłce nożnej albo jesteś bohaterem, albo idiotą. We Freiburgu staramy się zrównoważyć te szalone piłkarskie emocje - tłumaczył dla Sky Sports w 2021 roku wieloletni dyrektor sportowy SCF, Jochen Saier.
– W innych klubach trener zostaje na 18 miesięcy i to wszystko. We Freiburgu tak nie jest. Klub ma jasną filozofię. Jeśli co 18 miesięcy zatrudniasz innego trenera, jeden idzie w lewo, a drugi w prawo, nie ma szans na stopniowy rozwój klubu. Mamy pomysł i dobrych trenerów, którzy pasują do naszej filozofii. Nie działamy krótkoterminowo. Oczywiście od czasu do czasu trzeba wygrać mecz, ale wolimy patrzeć na szerszą perspektywę, na kulturę klubu. Właśnie to odróżnia nas od innych zespołów - zaznaczył.
Gdy Streich w 2024 roku odszedł z Freiburga, nie szukano w jego miejsce trenera “z karuzeli”. Na jego następcę klub wybrał Juliana Schustera, który karierę szkoleniowca zaczynał - jakżeby inaczej - w klubowych młodzieżówkach. Wcześniej zaś przez 10 sezonów bronił barw SCF jako piłkarz. Pod jego wodzą klub również radzi sobie bardzo dobrze. Sezon 2024/25 Bundesligi zakończył na piątej pozycji. Ten ostatni - na siódmej, dochodząc po drodze do półfinału Pucharu Niemiec i finału Ligi Europy.
Dziś rozstrzygnie się, czy będzie to finał wygrany. Wyzwanie jest ogromne - Aston Villa dała pokaz mocy w półfinale z Nottingham Forest (5:0 w dwumeczu), a w całych rozgrywkach wygrała 13 na 14 spotkań. Zwycięstwo Freiburga byłoby niespodzianką, ale sprawiłoby, że o tym klubie zaczęłoby mówić się więcej.