Najgorsza wymiana w historii futbolu. Gigant nie może się go pozbyć. Ostatni mecz? Cztery lata temu

Najgorsza wymiana w historii futbolu. Gigant nie może się go pozbyć. Ostatni mecz? Cztery lata temu
Giuseppe Maffia / pressfocus
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Najgorsze interesy to takie, po których żadna ze stron nie jest zadowolona. Włodarze Juventusu i Barcelony wciąż mogą żałować, że wymienili się Miralemem Pjaniciem i Arthurem Melo. O ile Katalończycy już cztery lata temu pozbyli się Bośniaka, o tyle “Stara Dama” wciąż nie może uwolnić się od Brazylijczyka.
Okres między sezonami potrafi przynieść wiele niespodzianek. Wtedy do klubów wracają wypożyczeni zawodnicy, o których można było myśleć, że już dawno zostali sprzedani, oddani lub przehandlowani w jakikolwiek inny sposób. Dobrym przykładem jest Arthur Melo, który - choć trudno w to uwierzyć - formalnie nadal pozostaje częścią Juventusu.
Dalsza część tekstu pod wideo
6 maja 2022 roku Brazylijczyk po raz ostatni zagrał w oficjalnym meczu “Bianconerich”. Od tamtej pory Turyńczycy regularnie odsyłają go na kolejne wypożyczenia, z których wraca niczym bumerang. Nie inaczej jest tego lata. Pomocnik rozpoczął przygotowania pod okiem Luciano Spallettiego, wystąpił w niedawnym sparingu z FC Basel i być może spróbuje nawet powalczyć o ostatnią szansę w stolicy Piemontu. Chociaż raczej nikt już nie wierzy w to, że odniesie sukces na Allianz Stadium.

Zamienił stryjek

Z perspektywy czasu brzmi to zaskakująco, ale początki Arthura w Europie naprawdę nie zwiastowały późniejszego kataklizmu. Osiem lat temu jego start w Barcelonie był udany, Brazylijczyk dobrze odnalazł się w zespole, pasował do stylu opartego na ogromnej liczbie krótkich podań. Miał przy tym oczywiście także kilka wad, takich jak choćby słaba praca w defensywie i skłonności do “przysypiania” w pressingu. Generalnie wyglądał jednak jak materiał na naprawdę dobrego piłkarza. Nie przez przypadek doczekał się pochwał od największych legend “Blaugrany”.
- Wcześniej nie wiedziałem zbyt wiele o Arthurze, ale pozytywnie mnie zaskoczył. Gra podobnie do Xaviego, w stylu La Masii, wymienia dużo krótkich podań, nie traci piłek, jest bardzo pewny siebie. Szybko wkomponował się do zespołu - ocenił w 2019 roku Leo Messi na antenie Catalunya Radio. - Tak, widzę podobieństwa między mną i Arthurem. On szybko myśli na boisku, a to bardzo ważne. Gra dobrze i solidnie, wygląda jak dojrzały piłkarz. Widzę w nim duży potencjał - wtórował sam Xavi.
Problem Melo polegał na tym, że nie tyle nie rozwinął się w Barcelonie, co zaliczył regres. W drugim sezonie na Camp Nou grał znacznie gorzej niż w debiutanckim. Dodatkowo stał się bohaterem katalońskiej prasy i to w niepożądanym kontekście. Dziennikarze podawali, że pomocnik prowadzi zbyt frywolny tryb życia, zamyka nocne kluby, popala sziszę, innych używek też nie odmawia. Raz nad ranem spowodował wypadek, wjeżdżając autem w latarnię. Krótko mówiąc, pokazywał najgorsze możliwe oblicze, z którego znanych jest wielu brazylijskich piłkarzy.
Indywidualny zjazd Arthura zbiegł się w czasie z kompletnym rozkładem zespołu. Sezon 2019/20 był jedną wielką kompromitacją w wykonaniu Barcelony. Za zwieńczenie degrengolady posłużyła brutalna porażka 2:8 z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Po takim blamażu klub musiał dokonać zmian. Trudno jednak szaleć na rynku, mając w kieszeni co najwyżej przewiew. Wtedy katalońscy specjaliści od inżynierii finansowej wpadli na pomysł, który do dziś odbija się Juventusowi czkawką.
Barcelona i “Stara Dama” wymieniły się pomocnikami, zawyżając wartości zarówno Arthura, jak i Pjanicia. Oficjalnie Brazylijczyk kosztował 80 mln euro, a Bośniak 60, dzięki czemu oba kluby mogły wpisać do excela niespodziewanie wysoki przychód. Wyceny te były tak absurdalne, że można jedynie pogratulować odwagi przedstawicielom zainteresowanych klubów. “Blaugrana” dość szybko zrozumiała sportowy bezsens przeprowadzonego ruchu i już w 2022 roku oddała Pjanicia do Sharjah FC. Z kolei wychowanek Gremio niezmiennie pozostaje związany z “Bianconerimi”.

Na ciągłym wygnaniu

Arthur nie pokazał zbyt wiele jakości w ciągu dwóch lat gry dla Juventusu. Wielokrotnie przypominał ciało obce, nie pasował do drużyny, w której samo utrzymanie przy piłce nie jest największym priorytetem. On funkcjonował w swoim rytmie, reszta zespołu w swoim. Latem 2022 roku Turyńczycy postawili na Brazylijczyku krzyżyk, a on wpadł w niekończącą się spiralę wypożyczeń.
Najpierw tymczasowo został odesłany do Liverpoolu, gdzie miał sporo pecha. Przez wiele miesięcy pauzował z powodu kontuzji uda, która wymagała operacji. W sumie w pierwszej ekipie “The Reds” rozegrał zaledwie jedno spotkanie. W 2023 roku trafił do Fiorentiny, gdzie wyglądało to już znacznie lepiej. Vincenzo Italiano nie bał się uczynić z Arthura dyrygenta środka pola. Brazylijczyk odżył, w barwach “Violi” rozegrał 48 spotkań, zaliczył dwa gole i cztery asysty, pomógł awansować do finału Ligi Konferencji. Nie ukrywał, że znajduje się w najlepszej formie od lat.
- Włoska piłka nauczyła mnie wiele pod kątem taktyki. Drużyny są znacznie bardziej zorganizowane niż w Hiszpanii. W Premier League z kolei kładzie się większy nacisk na aspekty fizyczne. Serie A jest inna, bardzo taktyczna, co mi się podoba. Tutaj znów poczułem się jak piłkarz, odżyłem, od momentu opuszczenia ojczyzny nie czułem się tak dobrze. Brakowało mi regularnej gry, bo to dzięki niej można zbudować pewność siebie. We Florencji czuję się jak w domu, ale nie decyduję w pełni o swojej przyszłości - mówił w rozmowie z Relevo w trakcie sezonu 2023/24.
Tutaj warto się na moment zatrzymać. Fiorentina była idealnym miejscem dla Arthura, a jednak nie został tam na stałe. Dlaczego? Według włoskich mediów Juventus przelicytował, żądając za piłkarza co najmniej 20 mln euro. Włodarze “Violi” najpierw oferowali około połowę mniej, a kiedy Turyńczycy pozostali nieugięci, to postanowili wycofać się z rozmów. Melo został na lodzie.
- Wiemy, że Arthur nie znajduje się w planach Juventusu. To po prostu fakt. Ciężko pracujemy, aby znaleźć najlepsze rozwiązanie dla każdej ze stron. Za nim znakomity sezon we Fiorentinie, wiele klubów wykazuje nim zainteresowanie. Niedługo wybierzemy odpowiednią opcję - przyznał latem 2024 roku agent Federico Pastorello.
Przedstawiciel Arthura również się nie popisał. Wszyscy wiedzieli, że Thiago Motta nie chce Brazylijczyka, a jednak pozostał on wtedy w Juventusie, spędzając całą rundę jesienną sezonu 2024/25 na trybunach. Nie oszukujmy się, to jest kompromitacja agenta, aby nie znaleźć absolutnie żadnej alternatywy i pozwolić piłkarzowi na dosłowne przebimbanie sześciu miesięcy. Co jeszcze gorsze, Pastorello stracił cały ubiegłoroczny styczeń na negocjacje z Santosem, które zakończyły się fiaskiem. Dopiero 1 lutego, tuż przed zamknięciem okienka, dograno wypożyczenie do Girony. Nie był to pierwszy tego typu przypadek, ponieważ do Liverpoolu piłkarz też przychodził w Deadline Day.
Nie znamy szczegółów, ale patrząc z boku, wygląda to amatorsko. Zbyt często powtarza się schemat polegający na tym, że Arthur prawie całe okienko spędza w stanie limbo i dopiero rzutem na taśmę idzie do jakiegokolwiek klubu. Tym samym traci cenne tygodnie, które mógłby poświęcić na wdrożenie się do nowego zespołu, poznanie schematów, ugruntowanie pozycji w hierarchii. Biorąc pod uwagę kilka ostatnich ruchów, jedynie do Fiorentiny przyszedł na początku mercato, co przyniosło oczekiwane efekty.

Never ending story

Rok temu Arthur wrócił do Gremio, czyli miejsca, w którym stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Wygląda na to, że macierzysty klub jest jego ziemią obiecaną. W ostatnich miesiącach brazylijski pomocnik znów potrafił oczarować kibiców w Porto Alegre, stał się filarem i kapitanem drużyny. Od stycznia rozegrał 23 mecze, utrzymując średnią celność zagrań na bardzo wysokim poziomie 94%. Odegrał kluczową rolę w zdobyciu Campeonato Gaucho. Otarł się o poziom, który sprawił, że w 2018 roku Barcelona zapłaciła za niego 31 mln euro.
- Gremio to mój dom. Bardzo chciałbym zostać tu na dłużej. Znów odzyskałem radość z gry. Jednak obowiązuje mnie kontrakt z Juventusem, więc zobaczymy, jak wszystko się poukłada. Nie mogę obiecać, że zostanę w Gremio, bo to nie zależy tylko ode mnie. Ale wszyscy wiedzą, gdzie chciałbym kontynuować karierę - stwierdził w rozmowie z Ge.globo.
Sezon się skończył, wypożyczenie nie przerodziło się w transfer definitywny, a piłkarz posłusznie wrócił do Juventusu. Oczywiście nie na długo. Nawet najwięksi fani talentu Brazylijczyka wiedzą, że nie ma on szans na grę, konkurując z Locatellim, Khephrenem Thuramem, McKennie’em czy Mirettim. Wychowanek Gremio wystąpił w niedawnym sparingu z Basel, prezentując się wprost koszmarnie. Podsumowaniem nieudanego występu był sprokurowany rzut karny.
Arthur na tę chwilę pozostaje nierozwiązanym problemem Juventusu, a jego kontrakt wygaśnie dopiero w połowie przyszłego roku. W przeszłości przedłużył umowę, rozbijając pensję na dodatkowe lata, co w teorii pomogło “Starej Damie” zwolnić miejsce w budżecie. W praktyce po prostu przedłużyło współpracę, która nikomu nie przynosi korzyści. Kolejne kluby od lat chcą jedynie wypożyczać rozgrywającego, ponieważ zarabia zbyt dużo (około 5-6 mln euro za sezon), aby ktokolwiek zdecydował się na wykup.
Jak to wszystko się zakończy? Według brazylijskiego portalu UOL - zainteresowanie Arthurem wykazuje Corinthians. Trener Fernando Diniz przyznał wprost, że priorytetem klubu jest zatrzymanie Memphisa Depaya i wzmocnienie linii pomocy. Niedoszły następca Xaviego na Camp Nou ma zajmować priorytetowe miejsce na liście życzeń. Nikogo naturalnie nie zdziwi, że w grę wchodzi wypożyczenie, już ostatnie z udziałem “Bianconerich”. Jedno jest pewne - Juventus będzie chciał jak najszybciej zapomnieć o czasach Arthuriańskich.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google

Przeczytaj również