Ten kozak zasługuje na Złotą Piłkę? "Wysłał sygnał całemu światu"
Nie ma nic piękniejszego niż koń w galopie, statek pod pełnymi żaglami i rywalizacja PSG z Bayernem Monachium. Wtorkowy półfinał Ligi Mistrzów był szczytem piłkarskich możliwości. Nie można efektowniej grać w tę dyscyplinę sportu. Po prostu się nie da.
Cóż to było za meczycho. Dziewięć goli, 22 strzały, niezliczona liczba akcji, w których poszczególni zawodnicy wspinali się na absolutne wyżyny. PSG pokonało Bayern 5:4, chociaż prawdziwym zwycięzcą tego spotkania był futbol i wszyscy jego miłośnicy. Naprawdę przyjemnie widzieć, że w piłkę można grać tak szybko, tak skutecznie, tak spektakularnie. Teoretycznie wszyscy wiedzieliśmy, że Ousmane Dembele, Harry Kane, Chwicza Kwaracchelia, Luis Diaz czy Michael Olise są topowymi piłkarzami. Trudno było jednak przypuszczać, że każdy z nich dostarczy kibicom tyle czystej frajdy.
Najsmutniejszym momentem wtorkowego wieczoru był ostatni gwizdek Sandro Scharera. Najwspanialsza jest zaś świadomość, że w przyszłą środę te same dwie grupy graczy ponownie przystąpią do walki. I chociaż bardzo ciężko będzie powtórzyć takie widowisko, to naprawdę nie zdziwi nas, jeśli oni zagrają nawet na jeszcze wyższym poziomie. W tym momencie mistrzowie Francji i Niemiec nie mają sufitu, a powstrzymywać ich może jedynie granica ludzkiej wyobraźni.
Kosmiczny mecz
Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem głośno mówiono o tym, że rywalizacja Bayernu z PSG to przedwczesny finał. Drabinka ułożyła się niezbyt proporcjonalnie, umieszczając po jednej stronie dwie najlepiej atakujące drużyny świata. Podopieczni Luisa Enrique i Vincenta Kompany’ego łącznie strzelili w tym sezonie prawie 300 goli i ciągle im mało. Można było zatem oczekiwać widowiska, fajerwerków, definicji słowa show. Ale chyba nawet najwięksi optymiści nie przewidzieliby takiego przebiegu meczu.
To był kosmos. Spotkanie, które wyglądało jak 90-minutowa kompilacja najlepszych możliwych zagrań. Piłkarscy decydenci słusznie narzekają, że zainteresowanie futbolem spada, ponieważ młodsze pokolenie ma problem z utrzymaniem koncentracji. Tik-tokizacja społeczeństwa postępuje, a człowiek musi regularnie otrzymywać nowe bodźce, aby skupić na czymś uwagę. W kontekście piłki rozwiązanie tego problemu jest jedno. Więcej tego typu meczów, w których po prostu nie możesz oderwać oczu od ekranu nawet na moment, aby nie przegapić potencjalnie dwóch, trzech kapitalnych akcji.
To była najlepsza możliwa reklama tej dyscypliny sportu. Cudownie było obserwować, jak praktycznie każdy piłkarz chce grać jeden na jeden, szuka dryblingu, myśli tylko o tym, żeby pociągnąć akcję do przodu. Olise czy Diaz mieli okazje w polu karnym PSG, po czym dziesięć sekund później Kwaracchelia lub Dembele pędzili na bramkę Neuera. Takiego “futbolu nie tak” nie widziano od czasu premiery książki Jerzego Engela.
- Pierwszy raz oglądam mecz, w którym realizator gdzieś w okolicach 25. minuty chyba dostał zakaz puszczania powtórek, bo ucinał to, co już dzieje się na boisku. Grzmoty, huki, fajerwerki, tak można nazwać to spotkanie - powiedział Marcin Żewłakow w studiu Canal+ Sport.
Fantastyczna czwórka
Topowe drużyny składają się z klasowych indywidualności. A najlepszych piłkarzy poznaje się po tym, jaką wersję siebie prezentują w okolicach kwietnia i maja, kiedy toczą się bitwy o najważniejsze trofea. Na Parc des Princes pojawiło się co najmniej czterech mocnych kandydatów do Złotej Piłki. I każdy z nich potwierdził, że spokojnie ma prawo walczyć o miano najlepszego zawodnika świata. Najpierw Harry Kane wyśrubował kosmiczne statystyki, zdobywając bramkę numer 54 w 47. występie tego sezonu. Bramki Anglika od wielu miesięcy są codziennością, za wydarzenie można właściwie uznać te mecze, w których nie wpisuje się na listę strzelców.
Sporą konkurencją dla Kane’a może być jego kolega z drużyny, czyli Michael Olise. Prawoskrzydłowy na początku spotkania z PSG zmarnował dogodną okazję, ale szybko się zrehabilitował. Strzelił ładnego gola, a w międzyczasie parę razy wrzucił na karuzelę Nuno Mendesa, czyli potencjalnie najlepszego lewego obrońcę świata. Nie możemy też zapominać o ubiegłorocznym triumfatorze. Ousmane Dembele ma już jedną Złotą Piłkę, ale ewidentnie szuka drugiej do pary. Przeciwko Bayernowi przytrafił mu się jeden fatalny strzał, jednak już po pierwszej połowie miał na koncie gola i asystę. Po przerwie dorzucił drugie trafienie. Właśnie to pokazuje drogę, jaką przebył ten zawodnik. Kiedyś po jednej zepsutej “setce” najprawdopodobniej już by się nie podniósł, wpadł w spiralę słabych zagrań i kopał po czole do ostatniego gwizdka. Teraz jest piłkarzem, którego nie da się złamać. Nie wyjdzie mu pojedyncza akcja, to wykreuje gola w następnej. Gdy drużyna najbardziej go potrzebuje, zawsze jest na miejscu.
Całą trójkę może pogodzić rewelacyjny Chwicza Kwaracchelia. Gruzin rozgrywa wybitną kampanię w tej edycji Ligi Mistrzów. W fazie pucharowej strzelił już trzy gole z Chelsea, przeciwko Liverpoolowi posłał bramkę i asystę, a z Bayernem skompletował dublet. 25-latek musi być istnym koszmarem dla każdego bocznego obrońcy. On nie zna biegu wstecznego, regularnie potwierdza, że przydomek “Kwaradona” nie wziął się znikąd. Teraz wysłał światu jasny sygnał: “Ja też mogę być najlepszym piłkarzem globu”.
Starcie filozofii
Tegoroczna edycja Ligi Mistrzów jest piękna pod tym względem, że pokazuje różnorodność futbolu. Do sukcesu może prowadzić wiele dróg, co doskonale widać na przykładach półfinalistów. Bayern i PSG nie uznają żadnych kompromisów, nie skupiają się na defensywie, mają w nosie jakikolwiek pragmatyzm. Wpisują się w słynny cytat Johana Cruyffa, który powiedział, że woli wygrać 5:4 niż 1:0. Legendarny Holender musiał być dumny, obserwując to widowisko z najwyższego sektora.
Zupełnie inną filozofię wyznają Mikel Arteta oraz Diego Simeone, którzy będą walczyć o drugie miejsce w finale. Arsenal i Atletico to zespoły znane ze szczelnej obrony, które zwykły szanować nawet najniższe prowadzenie. Ich sukcesy niejednokrotnie rodzą się w bólach, “Cholo” wielokrotnie podkreślał, że jego drużyna musi umieć cierpieć. Artetę też raczej trudno uznać za przedstawiciela myśli szkoleniowej opartej na huraganowych atakach. I pod żadnym pozorem nie jest to żaden zarzut. Skoro “Kanonierzy” oraz “Los Colchoneros” znaleźli się w czwórce najlepszych klubów Europy, to znaczy, że ich styl gry przynosi oczekiwane efekty. Można grać jak mistrzowie Niemiec i Francji, ale nie trzeba.
Z neutralnej perspektywy można jedynie mieć nadzieję, że Arteta i “Cholo” zaskoczą podejściem do nadchodzącego półfinału. Wbrew zapowiedziom wyjdą z otwartą przyłbicą i nikt nie zadowoli się jednobramkowym prowadzeniem czy nawet bezbramkowym remisem. Tego chcą kibice - bramek, zwrotów akcji, hokejowych wyników. I to na pewno dostaną w rewanżowym starciu Bayernu z PSG, które zapowiada się rewelacyjnie. Oby potyczka Atletico - Arsenal była chociaż w połowie tak dobra, jak wtorkowe gwiezdne wojny na Parc des Princes. Takie mecze kochamy, na takie czekamy, o takich będziemy mówić jeszcze przez długie miesiące.
- Pojedziemy do Monachium, żeby wygrać. Rewanż będzie taki sam. Obie drużyny chcą atakować, strzelać i ta filozofia się nie zmieni - podkreślił Dembele na antenie Canal+.
Panie Ousmane, trzymamy za słowo.