Największa sensacja w historii słynnej ligi. Mistrz z kapelusza, a potem brutalny upadek

Tureckim futbolem od zawsze rządziła stambulska wielka trójka i na palcach jednej ręki możemy policzyć mistrzów spoza stolicy. W 2010 roku do tej niezwykle wąskiej grupy szokująco dołączył Bursaspor. “Zielone Krokodyle” posmakowały nawet gry w Lidze Mistrzów.
Super Lig powstała w 1959 roku i przez pół wieku po mistrzostwo sięgnęły zaledwie cztery zespoły. Oprócz krajowych gigantów ze Stambułu (Besiktas, Fenerbahce, Galatasaray) zaszczyt ten spotkał również Trabzonspor, który rządził tureckim futbolem na przełomie lat 70. i 80. Przez kolejne ćwierćwiecze tytuł lądował zawsze w rękach któregoś ze stołecznych zespołów. Zmieniło się to dopiero w sezonie 2009/10, kiedy do tego grona dołączył Bursaspor. Klub, który chwilę później posmakował jeszcze meczu na legendarnym Old Trafford, nie pocieszył się długo grą wśród najlepszych. Jego mistrzostwo do dziś pozostaje jedną z największych sensacji w historii tureckiej piłki. Sam zaś zapłacił za tamten sukces słoną cenę i dziś musi zaczynać wszystko od zera.
Postawili się gigantom
Jeśli spojrzeć na dzieje Bursasporu, nie powinniśmy określać go mianem kopciuszka. To klub o sporych tradycjach, który od momentu debiutu w Super Lig w 1967 grał w niej bez przerwy przez 37 lat, ale sukcesy raczej go omijały. Przez dekady zaliczano do nich głównie czwarte miejsce w sezonie 1979/80 i Puchar Turcji wywalczony pięć lat później. Kiedy więc w 2005 roku zespół po raz pierwszy zleciał z ligi, nikt nie był tym faktem jakoś zbytnio zaskoczony - zwłaszcza że już w poprzednich sezonach było blisko takiego scenariusza. Powrót do elity zajął dwa lata. Wydawało się, że po awansie zespół z Bursy wróci na swoje miejsce i będzie znów co najwyżej solidnym ligowcem. I wtedy właśnie przydarzył się mistrzowski sezon 2009/10. “Zielone Krokodyle” ścigały się z Fenerbahce jak równy z równym i wyprzedziły je na samym finiszu - w ostatniej kolejce - o dosłownie jeden punkt.
- Tamto mistrzostwo było bezsprzecznie ogromną niespodzianką. Pod pewnymi względami można je porównać do wygrania Premier League przez Leicester. W obu przypadkach wcześniej nikt się tego nie spodziewał i to też wcześniej nie był żaden ligowy potentat - opowiada nam Kaan Bayazit, dziennikarz zajmujący się turecką piłką. - To było przełamanie stambulskiej dominacji. W tamtym czasie Fenerbahce miało zdecydowanie najsilniejszy skład w całej lidze, więc było murowanym faworytem do tytułu. W Turcji taki obrót spraw był tym większą sensacją, że Bursaspor nie miał jakiegoś wybitnego składu. W pewnym stopniu opierał się na piłkarzach odrzuconych przez większe kluby, w tym Besiktas. W dodatku prowadził ich były trener tego zespołu, Ertugrul Saglam.
Saglam do Bursasporu trafił po nieudanym pobycie w Besiktasie. Choć jako piłkarz sięgnął z nim po mistrzostwo, wielu kibiców zapamiętało go z ławki trenerskiej z meczu Ligi Mistrzów, w którym “Czarne Orły” przegrały 0:8 z Liverpoolem, co do dziś jest największą porażką w historii rozgrywek. Przed objęciem pracy w Stambule pokazał się jednak z dobrej strony w Kayserisporze, z którym wywalczył nawet przepustkę do gry w pucharach. To właśnie młody szkoleniowiec był jedną z kluczowych postaci na drodze Bursasporu do najokazalszego sukcesu w jego dziejach. W klubie brakowało wtedy potężnych gwiazd czy ogromnych inwestycji. I to dlatego porównania do Leicester są tu jak najbardziej prawidłowe.
- Saglam jako młody, nowocześnie myślący szkoleniowiec, dał tej drużynie powiew wiary i energii. Ibrahim Yazici, nieżyjący już ówczesny prezes klubu, do dziś uznawany jest z kolei za jedną z kluczowych postaci w historii Bursasporu. Na boisku wyróżniali się natomiast: legendarny kapitan Pablo Batalla i młodziutka ofensywa, w której brylowali wychowankowie - Secan Yildirim, Volkan Sen czy Ozan Ipek. Siłą tamtej drużyny był jednak przede wszystkim kolektyw, a jej symbolem wyjątkowa cieszynka po ważnych golach, podczas której cały zespół maszerował na czworaka jeden za drugim - tworząc coś na kształt krokodyla. A jeśli już o ważnych postaciach mowa, nie można też zapominać o kibicach z legendarną trybuną kibicowską “Teksas”, która niosła drużynę do kolejnych zwycięstw - wspomina Filip Cieśliński, ekspert ds. tureckiego futbolu.
Zabrakło na wesele
Podopieczni Ertugrula Saglama jako mistrzowie Turcji uzyskali bezpośredni awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów w kolejnym sezonie. W niej zmierzyli się z Manchesterem United, Rangersami i Valencią. Choć w grupie C nie pokazali nic wielkiego i zakończyli zmagania z dorobkiem zaledwie punktu wywalczonego w ostatnim meczu ze Szkotami, dla całego klubu już sam udział w LM był prawdziwym kamieniem milowym. Rok po mistrzostwie rozpoczęła się budowa nowego Centennial Ataturk Stadium, który po otwarciu w 2015 roku stał się jednym z najbardziej charakterystycznych stadionów nie tylko w Turcji, ale i w całej strefie UEFA. Północną fasadę stadionu zdobi bowiem gigantyczna głowa krokodyla, która nawiązuje do przydomku klubu.
- Problem w tym, że klub zupełnie nie był przygotowany na tamten sukces. Wpadł w spore tarapaty finansowe, nierozsądnie inwestując, na czele z budową nowego stadionu, która przez długie lata wydrążała klubowy skarbiec. Młode gwiazdy dość szybko trafiły do konkurencji ze Stambułu. Sukcesu nie uniósł też Saglam, który później nie zbliżył się już do osiągnięcia tej skali. Po śmierci prezesa Yaziciego jego następcy bardziej skupiali się na pieniądzach i polityce niż dobru klubu. Finalnie zaczął tonąć w długach. Symbolicznym momentem upadku jest anegdota o weselu, które odbywało się na stadionie - w “głowie” słynnego krokodyla - podczas którego… zgasło światło. Okazało się bowiem, że klub przez miesiące nie płacił rachunków - mówi Cieśliński.
Za rozbudową infrastruktury nie poszedł bowiem rozwój sportowy klubu. Bursaspor później już nigdy nie zagrał w fazie grupowej europejskich pucharów. Czterokrotnie bezskutecznie próbował przebrnąć przez eliminacje Ligi Europy. Po raz ostatni w sezonie 2014/15, kiedy pod wodzą legendarnego Senol Gunesa niespodziewanie odpadł już w II rundzie z Czichurą Saczchere. To jednak za kadencji szkoleniowca, który na mundialu 2002 doprowadził kadrę Turcji do brązowego medalu, Bursaspor po raz ostatni notował w miarę udane rezultaty na boisku. Dotarł do finału Pucharu Turcji, w którym uległ 2:3 z Galatasaray, a zmagania w lidze zakończył na szóstym miejscu - tuż za strefą europejskich pucharów. Fani ekipy z Bursy po tamtym sezonie mogli czuć zawód, ale nie wiedzieli, że najgorsze dopiero przed nimi.
- W Bursie nikt nie przypuszczał, że zdobędą to mistrzostwo. Po sięgnięciu po tytuł działacze postanowili nieco więcej zainwestować, aby wzmocnić się w związku z występami w Lidze Mistrzów i w dalszym ciągu dotrzymywać kroku stambulskim ekipom. Ostatecznie klubowa kasa tego po prostu nie wytrzymała. Na szczęście klub mógł w dalszych ciągu mógł liczyć na swoją akademię, która należy do najlepszych w kraju. Obok Trabzonsporu i Genclerbirligi to właśnie w Bursie produkują najwięcej młodych talentów. Oczywiście ze względu na kłopoty finansowe duża część tych zawodników w ostatnich latach szybko odchodziła do stabilniejszych ekip. Klub wciąż może jednak w dużym stopniu oprzeć swój skład właśnie na wychowankach - tłumaczy Bayazit.
Historia nie do powtórzenia
Wychowankowie okazali się bezcenni zwłaszcza w momencie, gdy klub znalazł się na skraju upadku. Po odejściu Gunesa latem 2015 Bursaspor ani razu nie finiszował w górnej połowie tabeli. Super Lig opuścił po sezonie 2018/19 i odtąd rozpoczął się jego upadek. W ciągu pięciu lat zanotował aż trzy spadki. Głównym powodem kryzysu były ogromne długi, które dwa lata temu sięgnęły ok. 1,5 miliarda lir (45 milionów euro). “Zielone Krokodyle” nie mogły rejestrować nowych zawodników, a odbudowę musiały rozpocząć od czwartego poziomu rozgrywkowego. Tak nisko nie grały nigdy. Dla klubu, który wcześniej wychował takich graczy jak Altay Bayindir (aktualnie Manchester United), Enes Unal (Bournemouth) czy Zeki Celik (Roma), oznaczało to totalny reset.
- Po zdjęciu zakazu transferowego do zespołu zaczęli dołączać kolejni byli piłkarze. Przez moment trenerem był nawet sam Batalla, który w międzyczasie doczekał się pomnika pod stadionem. Klub jest nastawiony na szybki powrót do Super Lig, czemu sprzyja powrót nie tylko znanych nazwisk, ale także wsparcie ze strony lokalnego biznesu. Jeśli po drodze nie powinie się mu noga, to w ciągu trzech-czterech lat spodziewam się go znowu w Super Lig. I to z korzyścią dla całej tureckiej piłki, bo to klub z historią, stadionem, kibicami i akademią, zasługujący do bycia w krajowej czołówki. Jak to często bywa w Anatolii - każde potknięcie, źle wybrany prezes czy kłopoty finansowe sponsora mogą doprowadzić do katastrofy. I o ile grze w Super Lig można mówić w perspektywie kilku lat, o tyle LM pozostanie w strefie marzeń - być może już na zawsze - podsumowuje Cieśliński.
Bursaspor w trzeciej lidze spędził tylko sezon, po którym szybko awansował do drugiej. W niej drużynę opartą w dużej mierze na wychowankach czeka większe wyzwanie. Po 19 z 34 kolejek ma na swoim koncie tyle samo punktów co lider - Kahramanmaras Istiklalspor - i do końca będzie walczyła o bezpośredni awans. Głównym celem jest powrót do Super Lig, ale kibice w Bursie muszą jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Ostatnio więcej emocji zapewniła im reprezentacja, bo ta w ciągu minionych trzech lat gościła aż dwukrotnie na tamtejszym stadionie. Obiekt ten w 2032 roku będzie też jedną z aren mistrzostw Europy, które Turcy współorganizują z Włohcami. W Bursie nawet najwięksi pesymiści nie zakładają jednak, że do tego czasu ponownie nie będą mogli cieszyć się z gry ich zespołu wśród najlepszych drużyn w kraju. Ich historyczny sezon 2009/10 może się już jednak nie powtórzyć.
- Ciężko będzie powtórzyć kiedykolwiek historię Bursasporu - chyba że nagle pojawi się jakiś wielki zagraniczny inwestor, który postanowi wejść do klubu spoza ligowej czołówki. Jeśli miałbym wskazać taki zespół, to może byłoby nim Goztepe. To mądrze zarządzany klub, nie wydaje na lewo i prawo, a w dodatku ma właśnie właściciela spoza Turcji (Sport Republic, do którego należy też m.in. Southampton - przyp. red.). Musiałoby jednak dojść do jakiegoś tąpnięcia w czołówce. Przecież Galatasaray czy Fenerbahce wydają teraz podobne pieniądze na transfery jak kluby z Premier League i sprowadzają coraz młodsze gwiazdy. Dlatego powtórzenie scenariusza, w którym mistrz pojawi się zupełnie znikąd, jest raczej niemożliwe - podsumowuje Bayazit.