Największe rozczarowanie mundialu? Oczywista odpowiedź. "Ohydne standardy"

Największe rozczarowanie mundialu? Oczywista odpowiedź. "Ohydne standardy"
Paparacy / shutterstock
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Na zakończonym właśnie mundialu medal wciąż miał dwie strony - piękną i tragiczną. Hiszpania zachwyciła, Republika Zielonego Przylądka rozkochała w sobie cały świat, Kylian Mbappe przeszedł do historii futbolu. Nie brakuje jednak też tych, którzy zawiedli na całej linii.
Niewiele zabrakło, aby na tej liście znaleźli się reprezentanci Hiszpanii - Pedri oraz Lamine Yamal nie rozegrali dobrego turnieju. Pierwszy ostatecznie wylądował na ławce rezerwowych, drugi tylko sporadycznie lśnił tak, jak przyzwyczaił w Barcelonie. Ostatecznie jednak duetu z Katalonii nie ma. Dziwnie w taki sposób rozliczać niekwestionowanych mistrzów. Znaleźli się inni piłkarze - oraz instytucje - których błędy i słaba dyspozycja miały znacznie większe znaczenie dla losów całego mundialu.
Dalsza część tekstu pod wideo

Reprezentacja Turcji

Turcja dopiero trzeci raz wystąpiła na największej ze scen i miała marzenia, aby powtórzyć swój najlepszy wynik w historii, czyli znów znaleźć się w czołowej czwórce. Wszystko jednak prysnęło niczym mydlana bańka, a marzenia, które przecież nie były odrealnione, przerodziły się w koszmar. Arda Guler i spółka zdołali co prawda wygrać z grającymi rezerwowym składem Stanami Zjednoczonymi, ale dwa wcześniejsze spotkania zdyskredytowały zespół.
Zawodnicy Manchesteru United, Brightonu, Realu Madryt, Juventusu, Interu, Porto i czołowych zespołów tureckich nie wystarczyli do tego, aby zdobyć przynajmniej punkt w rywalizacjach ze słabą w gruncie rzeczy Australią i bezczelnym Paragwajem. Turków zgubiła chorobliwa nieskuteczność, łącznie oddali aż 70 strzałów. To 11. wynik na turnieju, a przecież reprezentacja odpadła już w fazie grupowej. Z drugiej jednak strony tylko 14 uderzeń Turków było celnych, to zaś plasuje ich już w środku stawki.

Heung-min Son

Pierwszy mecz Koreańczyków był pokazem pracowitości. Czesi postawili na bardzo defensywny futbol i zostali skarceni w końcówce, chociaż prowadzili. Później, nieprzypadkowo zresztą, to samo przytrafiło się im w spotkaniu z RPA, ale trudno mówić o zaskoczeniu, biorąc pod uwagę ich ogólną prezencję. Co innego Korea, która podczas starcia z Czechami trochę wszystkich nabrała. Pokazała intensywność ten jeden raz, a kolejne mecze właściwie przestała na boisku.
Szczególnie słabo wypadł Heung-min Son. Lider Azjatów już z Czechami nie zaliczył szczególnie udanych zawodów, a później było tylko gorzej. W przegranym meczu z Meksykiem grał niespełna godzinę, a z RPA nawet nie zaczął w pierwszym składzie. Wszedł dopiero po przerwie i nie zdołał natchnąć drużyny do walki z deprecjonowanym przeciwnikiem. Son zakończył turniej jako piłkarz niestanowiący zagrożenia dla przeciwnika. Smutny zmierzch jednego z najlepszych piłkarzy w historii swojego narodu.

Reprezentacja Urugwaju

Nawet jeśli Republika Zielonego Przylądka rozkochała w sobie miliony widzów na całym świecie, a Vozinha momentalnie (i prawdopodobnie chwilowo) dołączył do grona najbardziej rozpoznawalnych zawodników, Urugwaj musiał wyjść z tej grupy. Na dobrą sprawę potrzebował punktu, aby zrealizować ten plan minimum. Później najpewniej przegrałby z Argentyną, chociaż ta pokazała, że w fazie pucharowej każdy jest w stanie ją postraszyć. Niemniej, gdyby doszło do starcia reprezentacji z Ameryki Południowej, nikt nie roztrząsałby wyników urugwajskiej kadry. Urugwajczyków stać było natomiast jedynie na dwa remisy - z Arabią Saudyjską i Wyspami Zielonegego Przylądka.
Zespół Marcelo Bielsy wrócił do ojczyzny skompromitowany i rozbity. Kadrze odmówiono luksusów w samolotach, szkoleniowiec sam przemierzył lotnisko. Na konferencji prasowej powiedział, że w tym kraju nikt nie był zainteresowany przekazywaną wiedzą. Istniejący już krytycy Argentyńczyka dostali sporą dawkę paliwa, a co więcej pojawili się kolejni. Urugwaj zaliczył bolesną wywrotkę, ale niewykluczone, że na mundialu najbardziej stracił Bielsa, nawet jeśli już przymierza się go do kolejnych reprezentacji.

Reprezentacja Niemiec

Już w pierwszym meczu Niemcy odnieśli największe zwycięstwo tego turnieju, ale nawet w starciu z Curacao pojawiły się sygnały ostrzegawcze. Podopieczni Dicka Advocaata mieli swoje okazje i chociaż ich bramkarz musiał wyciągać piłkę z siatki aż siedem razy, udało się przynajmniej skarcić Manuela Neuera. Później było jeszcze gorzej, bo weteran zawalił też gola w meczu z Iworyjczykami, a na koniec z Ekwadorem, kiedy nasi zachodni sąsiedzi przegrali po raz pierwszy. W fazie pucharowej Neuer znów nie pomógł, bo chociaż przy golu Julio Enciso nie miał za wiele do powiedzenia, w serii "jedenastek" zrobił gorsze wrażenie niż kapitalnie dysponowany Orlando Gill.
Weteran z Bayernu nie był przy tym jedynym podopiecznym Juliana Nagelsmanna, który nie dojechał z formą. W tym miejscu trzeba też wymienić Jamala Musialę czy Joshuę Kimmicha. Jakby tego było mało, sam selekcjoner przyczynił się do porażki zespołu, z uporem maniaka stawiając choćby na fatalnego Leroya Sane. Niemcom udało się wprawdzie wyjść z grupy, ale na tym plusy ich pobytu za oceanem się kończą. 1/16 finału, po raptem dwóch względnie udanych spotkaniach, została przyjęta jako porażka i podstawa do rozpoczęcia rewolucji, którą pokieruje Juergen Klopp.

Reprezentacja Brazylii

Brazylia grała dobrze w fazie grupowej i ze zdziwieniem można było obserwować komentarze deprecjonujące postawę "Canarinhos". Brakowało może spotkania rzucającego na kolana wynikiem, ale komfortowe rozbicie Szkotów musiało robić jakieś wrażenie. Jeszcze lepiej wypadła potyczka z Japonią. W 1/16 finału udało się odrobić straty, wobec czego następnym przeciwnikiem drużyny Carlo Ancelottiego byli Norwegowie. Od samego początku spotkanie przedstawiano jako rywalizację dwóch równorzędnych zespołów.
Brazylia długo prezentowała się lepiej. Gdyby nie zjawiskowe parady Orjana Nylanda, Anglicy o półfinał walczyliby właśnie z Brazylijczykami. W gruncie rzeczy trudno więc uważać występ "Canarinhos" za szczególnie rozczarowujący, nawet jeśli przygoda zakończyła się już w 1/8 finału. Skąd więc obecność Latynosów w tym zestawieniu? Cóż, głównie ze względu na nieszczególne przejęcie się tą porażką. Odpadnięcie Brazylii przyjęto jako coś naturalnego. Nikt nie rozdzierał szat, nikt nie załamywał rąk nad kresem Neymara. Klęski Brazylii na mundialach nieco zobojętniały, szybko znaleziono uzasadnienie w postaci głównych ról odgrywanych przez Danilo czy Casemiro. A jeśli reprezentacja Brazylii nie rozpala wyobraźni, to czy tak naprawdę istnieje?

Druga linia reprezentacji Portugalii

Największym problemem Portugalczyków zdecydowanie nie był Cristiano Ronaldo, chociaż to nośna narracja i łatwo jej ulec. Wydaje się jednak, że weteran zagrał tak, jak od niego oczekiwano, a niewykluczone, że nawet trochę lepiej. Tego samego nie da się powiedzieć o jego kolegach z drugiej linii. Roberto Martinez miał do dyspozycji zawodników wspaniałych, genialnych w swoich klubach. Każdy po kolei zawiódł i można tylko zastanawiać się, kto bardziej. Bruno Fernandes, Vitinha czy Joao Neves byli zdecydowanie za słabi.
Zespół z Półwyspu Iberyjskiego nie kreował. A skoro nie kreował, Cristiano Ronaldo nie miał z czego strzelać. Apatia Portugalczyków rzuciła się w oczy już w spotkaniu z DR Konga i ostatecznie doprowadziła do zguby z Hiszpanią. Fernandes, rekordzista pod względem asyst w jednym sezonie Premier League, zakończył mundial z jedną asystą, raz po raz tracił piłkę. Vitinha popełniał sporo błędów w defensywie, przegrał 45% pojedynków. Neves był lepszy, lecz to za mało, aby marzyć o odniesieniu sukcesu na największej ze scen.

Thomas Tuchel

Anglicy nie mają wątpliwości, że Thomas Tuchel zawiódł. Dość jednoznaczne podejście, biorąc pod uwagę awans reprezentacji do półfinału mundialu. Szkopuł w tym, że "Synowie Albionu" mieli apetyt na więcej, a Niemiec został sprowadzany z myślą o uniknięciu błędów Garetha Southgate'a i ostatecznym przywróceniu wielkości tej drużynie. Tego nie udało się zrobić, a Tuchel znacznie się do tego przyczynił. Anglia nie grała z Argentyną wybitnie, ale nieprzypadkowo otworzyła wynik. Problem w tym, że po chwili cofnęła się do rozpaczliwiej defensywy, zaś selekcjoner tylko dorzucał kolejnych obrońców. Był przekonany, że taktyka przyjęta na Meksyk sprawdzi się też z obrońcami tytułu. Problem w tym, że Meksykanie nie mieli Lautaro Martineza, Enzo Fernandeza, a przede wszystkim takiego charakteru. No i Lionela Messiego. Anglię skarcono za opieszałość dwoma straconymi w końcówce golami. Marzenia prysły jak mydlana bańka, a trener określany mianem taktycznego generała dał się ograć jak uczniak.
Piłka bywa brutalna, co dobrze pokazuje sprawa z Tuchelem. Gdyby Anglia zdołała prześlizgnąć się do finału, gdyby Niemiec nie zagrał aż tak zachowawczo i nie kazał bronić całej drużynie przez 40 minut, nie znalazłby się w tym zestawieniu niezależnie od losów finału. Jedną z największych bolączek Anglików pozostaje jednak fakt, że cała ich reprezentacja zbudowana jest na "gdyby". Obsypywany złotem selekcjoner nie był w stanie tego zmienić, ale włodarze dali mu czas. Kolejną rewolucję w kadrze odłożono w czasie, kontrakt obowiązujący do zakończenia EURO 2028 pozostaje aktualny.

Sędziowanie

Decyzje, po których sędziów ratował VAR, to jedno, w końcu po coś ta technologia została wymyślona, opracowana i wdrożona. Problem w tym, że nawet VAR nie ustrzegł sędziów przed popełnianiem bardzo dużej liczby poważnych błędów. Zaczęło się już w fazie grupowej i trwało, cóż, niemal do końca największego mundialu w historii. Arbitrzy mieli kapitalny problem z brakiem konsekwencji, podejmowali sprzeczne ze sobą decyzje. Czasami, należy przyznać, korzystała na tym Argentyna. Jak choćby wtedy, gdy czerwonej kartki z Algierią poskąpiono Lionelowi Messiemu. W efekcie od początku zaczęto snuć teorię, że na obrońców tytułu patrzy się przychylniejszym okiem.
Argentyna nie okazała się jednak jedyną reprezentacją korzystającą na pomyłkach. Norwegia straciła gola z Anglią w kontrowersyjnych okolicznościach. Ta sama Anglia powinna kończyć spotkanie z Ghaną w osłabieniu po fatalnym ataku Ezriego Konsy. W szokującym meczu Francji z Paragwajem sędzia nie wyciągnął żadnej kartki dla tnących równo z murawą Latynosów. Szwajcarzy chcieli rozszarpać sędziego po ćwierćfinale z Argentyną, bo surową - choć zasłużoną - czerwoną kartkę obejrzał Breel Embolo. Thomasa Tuchela doprowadzono do szewskiej pasji ciągłym pobłażaniem Argentyńczyków. Slavko Vincić robił wiele, aby utrudnić Hiszpanom finał. Wreszcie zaś Niemcy strzelili gola z Ekwadorem, chociaż w akcji bramkowej Aleksandar Pavlovic kopnął przeciwnika w głowę. A przecież to tylko krótka przebieżka po tym, co się na mistrzostwach działo.

FIFA

Jeśli trzeba byłoby wskazać jakiegoś "zwycięzcę" tego rankingu, bez wątpliwości wygrałaby właśnie FIFA. Pomysł poszerzenia mundialu okazał się całkiem słuszny, 48 drużyn zagwarantowało dużo emocji, a kilku debiutantów pokazało się ze świetnej strony. Problem w tym, że mundial był chyba najbardziej upolityczniony w dziejach, co jest sporym osiągnięciem, biorąc pod uwagę organizatorów poprzednich edycji. Niewiele jednak głów państw - nawet tych otwarcie dyktatorskich - miało pomysły i wpływy w FIFA równe Donaldowi Trumpowi. Mistrzostwa kończymy z poczuciem, że Gianni Infantino musi odejść. Co ważne, rewolucji chcą nie tylko kibice i dziennikarze, ale też działacze. Przed UEFA stoi trudne zadanie wygrania walki z wytrawnym politykiem, w dodatku wspieranym przez przywódców potęg - przynajmniej do momentu, gdy będzie to opłacalne.
Największą skazą na wizerunku pozostaje oczywiście zawieszenie czerwonej kartki dla Folarina Baloguna. Amerykanin miał nie zagrać z Belgią, ale po czterodniowym lobbowaniu ze strony czołowych polityków USA doszło do zmiany decyzji. Baloguna ułaskawiono, ale, całe szczęście, współgospodarze zostali rozbici przez "Czerwone Diabły". Nie dali nawet argumentów, aby sędzia zdołał przepchnąć ich do ćwierćfinału, a po zamieszaniu z Balogunem takich podejrzeń nie brakowało. Najbardziej niewinni z widzów zostali wówczas odarci ze złudzeń, że wielka polityka nie ma wielkiego wpływu na futbol.
Żeby tak uważać, potrzeba było gigantycznego zawieszenia niewiary. Przecież jeszcze przed startem turnieju doszło do haniebnego wykluczenia sędziego Omara Artana z Somalii. Amerykanie nie wpuścili najlepszego arbitra Afryki na swoje terytorium, co skrzętnie wykorzystała UEFA i wyznaczyła Artana do prowadzenia Superpucharu Europy. UEFA nie mogła natomiast pomóc Irańczykom, których też ze Stanów przepędzono, a bazę treningową przerzucono do Meksyku. Ostatecznie Azjaci nie wyszli z grupy.
Pretensje do FIFA mieli też Japończycy, Anglicy, Belgowie, Norwegowie i Meksykanie. Hiszpanie alarmowali zaś, że centrala, przy kolejnych naciskach ze strony Trumpa, planuje przyznanie Maroku finału w 2030 roku. Z finału uczyniono widowisko zamerykanizowane do granic możliwości, bardziej nawet niż osławione już przerwy na nawodnienie. Przy okazji half-time show FIFA nie przejęła się nawet przepisami gry w piłkę, zupełnie ignorując czas przeznaczony na przerwę między połowami. Nowe standardy futbolu bywają ohydne. I pozbawiają złudzeń kolejnych marzycieli.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google

Przeczytaj również