Nie do wiary, kto może wejść do Ligi Mistrzów. Na tę szansę czekali 34 lata. Został jeden krok
Liga Mistrzów jest dedykowana piłkarskiej elicie, więc skład rozgrywek z edycji na edycję rzadko ulegał rewolucyjnym zmianom. Sezon 2026/27 może nam jednak przynieść naprawdę wielu debiutantów. Aż sześć z 14 drużyn, które dotarły do ostatniej rundy kwalifikacji, jeszcze nigdy nie zaznało smaku Champions League.
W tym tygodniu wszystko się rozstrzygnie, zatem omówiliśmy wszystkie siedem par. Ze szczególnym uwzględnieniem klubów, na które warto zwrócić uwagę. Część poniższych drużyn możecie kojarzyć z innych europejskich rozgrywek, a nawet z występów przeciwko polskim klubom w pucharach. Dla niektórych będzie to szansa na historyczny debiut, dla innych - potencjalny powrót na salony po długiej przerwie.
Sabah Baku - Hapoel Beer Szewa (pierwszy mecz 1:2)
Niezależnie od tego, jak przebiegnie runda play-off, będziemy mieli w Lidze Mistrzów debiutanta. Sabah to świeżo upieczony mistrz Azerbejdżanu, który pierwszy w historii tytuł zagwarantował sobie po wieloletniej dominacji Karabachu. Najpewniej nie zrobiłby tego bez pomocy Tymoteusza Puchacza. 15-krotny reprezentant Polski spędził tam cały sezon 2025/26 na wypożyczeniu z Holstein Kiel, a klub postanowił wykupić go latem. Wszystko wskazuje na to, że była to bardzo dobra decyzja, bo wychowanek Lecha Poznań zanotował już cztery asysty w siedmiu meczach eliminacji LM (jest pod tym względem numerem jeden rozgrywek). Sabah w drodze do fazy ligowej rozgrywek wyeliminowało już walijskie The New Saints, fińskie KuPS Kuopio i duńskie Aarhus, czyli pogromcę “Kolejorza” z poprzedniej rundy. W pierwszym meczu fazy play-off od azerskiego klubu okazał się być jednak lepszy Hapoel Beer-Szewa - mistrz Izraela.
Puchacz i spółka przegrali na wyjeździe 1:2, ale na własnym boisku będą już faworytem. W ich drużynie są po prostu ciekawsze nazwiska - poza Polakiem grają tu bowiem prawy obrońca Akim Zedadka (eks-Lille, Piast Gliwice) czy pomocnik Umarali Rachmonalijew, który trafił na radar Lens. Hapoel nie jest jednak drużyną z przypadku, i choć w fazie grupowej Ligi Mistrzów nigdy nie zagrał, to dwa razy z rzędu odpadł w ostatniej rundzie kwalifikacji. W sezonie 2016/17 wyeliminował go Celtic Glasgow (2:5, 2:0), a w sezonie 2017/18 - Maribor (2:1, 0:1). W tamtych latach o sile ekipy z Beer-Szewy stanowili m. in. Anthony Nwakaeme (przyszła gwiazda Trabzonsporu i ligi tureckiej), a także znany z Wisły Kraków Maor Melikson. Obecnie ciekawych postaci na podobną skalę brakuje.
Bodo/Glimt - NEC Nijmegen (pierwszy mecz 3:1)
Bodo/Glimt przez ostatnie lata przedstawiło się europejskiej piłce klubowej aż za dobrze. To klub, który z każdym sezonem pokazuje, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jeszcze siedem lat temu podopieczni Kjetila Knutsena byli dopiero solidnym beniaminkiem ligi norweskiej, a dziś znani są jako rewelacja poprzedniego sezonu Ligi Mistrzów, która zatrzymała Manchester City, Inter Mediolan czy Atletico Madryt. Tym bardziej zaskakujący byłby scenariusz, według którego Norwegowie w nadchodzącej edycji Champions League by nie zagrali.
Taka możliwość teoretycznie nadal istnieje. Wszystko za sprawą NEC Nijmegen, które w trzeciej rundzie kwalifikacji niespodziewanie pokonało Olympiakos i stało się rywalem Bodo w bezpośrednim dwumeczu o fazę ligową. I choć klub z Holandii polskim kibicom kojarzy się zapewne głównie z postacią Andrzeja Niedzielana, to dziś warto te dane trochę odświeżyć. NEC w minionej kampanii ligowej zostało rewelacją Eredivisie, zajmując w niej ostatecznie trzecie miejsce (za PSV i Feyenoordem - najlepszy wynik w historii klubu). Głównym inwestorem jest miliarder Marcel Boekhorn, dzięki którego finansom drużyna stale się rozwija. Dowodem na to chociażby sensacyjny transfer Dusana Tadicia dopięty w letnim okienku. Sportowo wciąż jest wiele do poprawy - w pierwszym meczu play-offów Bodo ograło NEC 3:1, więc klub z Nijmegen jest w niewygodnej pozycji przed rewanżem w Norwegii. Gdy jednak jakimś cudem uda mu się odrobić straty, wystąpi w Lidze Mistrzów pierwszy raz w historii.
LASK - Celtic Glasgow (pierwszy mecz 0:3)
Po 61 długich latach LASK ponownie zasiadł na piłkarskim tronie w Austrii. Zdobył wtedy dopiero drugi tytuł mistrzowski w historii, mimo że na lokalnych boiskach jest jednym z najbardziej historycznych klubów. Ma na koncie także dwa puchary kraju, i choć regularnie występował w europejskich pucharach, to w Lidze Mistrzów nigdy nie grał. Jego najlepszym jak do tej pory wynikiem była 1/8 finału Ligi Europy w sezonie 2019/20.
Wydawało się, że w tym roku wreszcie musi nastąpić jakaś zmiana - dzięki wyczekiwanemu mistrzostwu klub z Linz mógł rozpoczynać kwalifikacje LM od fazy play-off. W losowaniu padło na Celtic Glasgow. Wystarczyłby jeden wygrany dwumecz z “The Bhoys”, aby ujrzeć LASK w Champions League po raz pierwszy. Szkoci jednak dość szybko rozwiali wszelkie wątpliwości, odnosząc okazałe zwycięstwo 3:0 w pierwszym meczu. Raczej trudno sobie wyobrazić utratę takiej przewagi, chociaż kto wie - w futbolu nie takie rzeczy się działy.
AEK - Lewski Sofia (pierwszy mecz 0:0)
Jeżeli jakikolwiek bułgarski klub miałby się kojarzyć komuś z Ligą Mistrzów, to bez wątpienia byłby to Łudogorec Razgrad, dwukrotny uczestnik fazy grupowej. Wcześniej jedynym w historii klubem z tego kraju, który dostał się do tego etapu rozgrywek, był Lewski Sofia. Dziś stołeczna drużyna przeżywa prawdziwe odrodzenie - po raz pierwszy od 18 lat udało jej się bowiem zostać mistrzem kraju, przy okazji przerywając 14-letnią hegemonię Łudogorca. Teraz ma spore szanse na powrót do Champions League. Suchą stopą przeszła przez każdą z trzech pierwszych rund kwalifikacyjnych, eliminując kolejno Borac Banja Luka (1:1, 4:0), Universitateę Craiova (1:0, 2:2) oraz Kajrat Ałmaty (1:0, 0:0). Jej ostatnią przeszkodą jest grecki AEK Ateny, z którym w pierwszym meczu bezbramkowo zremisowała.
To byłby wyjątkowo ciekawy powrót na największą scenę europejskiej piłki klubowej, bowiem Lewski ostatni raz w Lidze Mistrzów grał równo 20 lat temu. I nie trafił tam na byle kogo, tylko rywalizował w prawdziwej grupie śmierci z Chelsea, Werderem Brema i Barceloną. Jak można było się spodziewać, zajął w niej ostatnie miejsce. Co więcej, nie zdobył nawet punktu, a jego bilans strzelonych goli skończył się na jednym, honorowym trafieniu przeciwko “The Blues”. Cóż, dziś faworytem do awansu jest AEK, który rewanż rozegra u siebie, ale Lewski bez dwóch zdań nie powiedział ostatniego słowa.
Celje - Slovan Bratysława (pierwszy mecz 1:1)
Slovan oglądaliśmy w LM już dwa lata temu, gdy mistrzowie Słowacji zgodnie z oczekiwaniami okazali się “chłopcami do bicia”. I to dosłownie, bo podobnie jak Lewski Sofia w sezonie 2006/07, nie zdobyli ani jednego punktu. Ich występ należy jednak uznać całościowo za znacznie gorszy, gdyż rozegrali dwa mecze więcej i mierzyli się też ze słabszymi rywalami. Ale kto wie, być może wyciągnęli z tej przygody wnioski - zwłaszcza, że jakiś czas temu ich trenerem został znany z boisk Premier League Yaya Toure, który zapowiada się na obiecującego szkoleniowca.
Celje zaś to kolejny potencjalny debiutant na naszej liście. Już piąty, choć słoweńskie kluby w Lidze Mistrzów to żadna nowość - choćby w sezonach 2014/15 i 2017/18 w fazie grupowej znalazł się Maribor. Obecni mistrzowie Słowenii jeszcze nigdy nie byli natomiast tak blisko fazy grupowej Champions League. A jako że wyjazdowe starcie ze Slovanem zremisowali (1:1), to do historycznego sukcesu wystarczy im tylko (i aż) zwycięstwo na własnym boisku.
Mamy tu też polski wątek, bo obrońcą Celje od ponad roku jest Łukasz Bejger. 24-latek nie wystąpił niestety w żadnym meczu tegorocznych kwalifikacji. Więcej szans dostają Leonardo Koutris (ex Pogoń Szczecin) czy Benjamin Verbić (ex Legia Warszawa).
Lyon - Fenerbahce (pierwszy mecz 1:1)
Jedyny dwumecz, gdzie mierzą się ze sobą weterani. Lyonowi zabrakło naprawdę niewiele, by mieć już pewny udział w fazie ligowej. Dwa punkty więcej i byłby w tabeli przed Lille, które finalnie zabrało mu ostatnie miejsce na podium. Fenerbahce zaś, jak co roku, musiało oglądać plecy Galatasaray i z bólem patrzeć, jak lokalny rywal po raz czwarty z rzędu zgarnia tytuł mistrzowski. Tym razem zabrakło zaledwie trzech “oczek”, by go dogonić.
Lyon dotarł do rundy play-off, eliminując wcześniej Spartę Praga, zaś Fener wyrzuciło po drodze z gry Górnik Zabrze i Sturm Graz. Występu “Żaboli” naprawdę można było wtedy żałować, bo walka toczyła się na bardzo równym poziomie. Austriakom natomiast wicemistrzowie Turcji nie dali już żadnych szans - 3:0 w dwumeczu i było po sprawie.
W pierwszym spotkaniu tej pary padł remis 1:1, więc wszystko jest jeszcze otwarte. “Gorące” powitanie w Stambule zorganizowali Lyonowi dwaj dawni gracze… Olympique’u Marsylia, czyli Matteo Guendouzi i Mason Greenwood. Ten drugi nawet strzelił gola, choć zwycięstwa uzyskać nie pomógł. Koniec końców to “Les Gones” w środę będą mieli przewagę własnego terenu, i kto wie, być może wykorzystają ją lepiej.
Viking - Dinamo Zagrzeb (pierwszy mecz 2:2)
Dinamo raczej nie jest klubem, który kibicom europejskiej piłki trzeba przedstawiać. Jako dziewięciokrotny uczestnik Ligi Mistrzów to ono rozpoczynało ten dwumecz w roli faworyta. Dominator ligi chorwackiej, z jedną z najlepszych akademii na kontynencie, dał się jednak zatrzymać niespodziewanemu mistrzowi Norwegii - Vikingowi Stavanger. Klub ten przypieczętował tytuł w momencie, gdy rywalizujące z nim Bodo/Glimt walczyło o fazę pucharową Ligi Mistrzów. Różnica wynosiła dokładnie jeden punkt. Po raz pierwszy od 12 lat ligę norweską wygrał ktoś spoza zasłużonego trio Bodo - Molde - Rosenborg. I po raz pierwszy od 34 lat zrobił to akurat Viking.
“Granatowym” udało się wywalczyć w Zagrzebiu remis 2:2, mimo że po 10 minutach meczu przegrywali już 0:2. Ciekawostką jest, że Viking może być w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów jedyną drużyną prowadzoną przez… dwóch trenerów jednocześnie. Mniej więcej pięć i pół roku głównymi szkoleniowcami zespołu są Bjarte Lunde Aarsheim i Morten Jensen. Jak to się stało, że objęli dwa równorzędne stanowiska? Bardzo proste - przed 2021 rokiem obaj byli asystentami ówczesnego trenera głównego, Bjarne Berntsena. A jako że uzupełniali się świetnie, to władze postawiły na ciągłość, gdy Berntsen odszedł. Co tu dużo mówić - rozwiązanie sprawdziło się lepiej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
***
W najlepszym rozrachunku do Ligi Mistrzów we wtorek i środę awansuje aż pięciu debiutantów, w najgorszym - tylko jeden. A przecież szansę na awans ma też Lewski, którego w Champions League nie było przez dwie dekady. Nadchodząca edycja będzie dla kibiców sporym powiewem świeżości, zwłaszcza że na pewno obejrzymy w niej też takie kluby jak Como czy Real Betis. Jest to w dużym stopniu efekt rozszerzonego formatu rozgrywek, ale i przetasowań, jakie nastąpiły w europejskich ligach. Wiele klubów sięgnęło po historyczne mistrzostwa kraju, a następnie spotkało się ze sobą w kwalifikacjach. Jedno jest pewne - na brak emocji jesienią nie będzie można narzekać.