Nie szalał na rynku transferowym, a zawstydza polskich gigantów. Nic, tylko chwalić
O powracającej Ekstraklasie, pracujących w niej trenerach, no i oczywiście grających piłkarzach - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
Dobrego trenera zatrudnię...
Nawet jeśli sprowadzisz piłkarskich kozaków za ciężkie miliony, zaczarujesz kibiców głośnymi i gorącymi transferami, pomyśl prezesie (dyrektorze sportowy, właścicielu) o trenerze. Człowieku, który Twoje wydane pieniądze zamieni w zespół walczący o mistrzostwo, puchar czy co tam jeszcze w klubie wymyślą. Nie od dziś wiadomo, że szkoleniowiec z wysokiej półki (albo jeszcze wyższej) będzie kosztować tyle, ile możesz wydać na dwóch-trzech gwiazdorów zza granicy, ewentualnie z kadry narodowej reprezentacji Polski. Więc płacimy za “artystów” gorąco wierząc w to, że nasz boiskowy "mannschaft" sam się zbierze, poukłada, wymyśli taktykę, wypromuje młodych piłkarzy i rozwinie talenty. Proste, prawda? Tyle że nieosiągalne. Trener, czyli szef produkcji naszej piłkarskiej manufaktury, jest i będzie nieodzowny.
Kiedyś legendarny trener Wisły Kraków, Henryk Kasperczak, długo mnie przekonywał, że bez trenera nie da się pograć w piłkę… Pewno miał rację. Nikt bowiem jeszcze nie wygrał bitwy czy wojny, jeśli nie miał inteligentnego i charyzmatycznego wodza. Taki piłkarskie wódz może szybko się zorientować, że jest najważniejszy w klubie i wszystko (nie tylko w sprawach czysto sportowych) kręci się wokół jego osoby. Może być z tego sposób na sukces zespołu, ale też przyczynek do klęski, jeśli nasz wódz zapatrzy się w swój geniusz i swoją wielkość. Nawet najzdolniejszy, z najlepszym szkoleniowym CV coach musi rozmawiać w klubie, wymieniać poglądy, słuchać podpowiedzi, inspirować się pomysłami i ideami ludzi zarządzających zespołem. W futbolu bowiem bardzo regularnie weryfikuje się wielkości i skalę geniuszu pana trenera.
Czy to znaczy, że w pierwszej zimowej kolejce Lech, Widzew czy Legia grały bez trenerów? Owszem, duże nazwiska, doświadczeni ludzie a nawet, jak w Legii, uchodzący za zbawców i jedyną nadzieją na przywrócenie wielkości zasłużonej firmie. A że popełnili błędy? To się zdarza, byle tylko szybko wyciągali z tego wnioski. Właściwe wnioski. Na szczęście nie narzekali na warunki pogodowe, straszny mróz, zimowy parkiet na boisku zamiast trawy. Czy wystawienie Wojciecha Mońki od początku spotkania zbawiłoby Lecha, a Kornvig czy Wiśniewski z Widzewa pozwoliliby Łodzianom nie przegrać z Jagiellonią?
Kto chce niech wyobrazi sobie na środku ataku Rafała Adamskiego a nie Miletę Rajovicia zawodzącego na Łazienkowskiej po raz kolejny (trzy gole w 18 ligowych grach…). Kto się nie myli, niech pierwszy rzuci kamieniem i jeszcze trafi… Spokój i zaufanie to podstawa pracy z trenerem. Choć stara prawda nie tylko znana u nas powiada, że łatwiej zmienić jednego człowieka niż 11 graczy. Jak to jednak wytłumaczyć zmarzniętym na kość kibicom, którzy tak licznie odwiedzili ligowe stadiony? Dla mnie właśnie kibice byli prawdziwymi bohaterami ostatniej styczniowo-lutowej kolejki. A trenerzy? Cóż… mylili się, mylą i będą się mylić. Tak jak piłkarze, nie wykorzystujący rzutów karnych i stuprocentowych okazji strzeleckich. Mam jednak coraz większe przeświadczenie, że łatwiej wybaczyć piłkarzom. Trenerom nie! Sędziom podobnie… To podstawowi i stali chłopcy do bicia. Bo wczorajszy patałach, strzelając dziś dwa gole Twojej jedenastce, na powrót stanie się idolem i bohaterem Twego stadionu.
Kiedyś wybitny trener Fabio Capello (m.in. Milan, Real, Juventus, Rosja, Anglia) pytany o to, czy podjąłby pracę w powiedzmy… pewnej środkowo-europejskiej kadrze narodowej, odpowiedział przecząco: "Nie! Nawet jeśli będziecie mi płacić 20 milionów euro rocznie, to z takim przeciętnym składem niczego nie osiągnę". Szczerze i brutalnie. Czy sprowadzenie kilku gwiazd automatycznie skaże na wielkość Twój zespół? Najpierw zapytajmy o trenera, którego zdanie w polityce transferowej musi być bardzo wyraźne. Bo nie sposób wyobrazić sobie pominięcie lub zbagatelizowanie zdania w kwestii transferów, szkoleniowca, który ma szybko budować zespół i osiągać sukces za sukcesem. Więc może nastał czas, by oprócz zatrudniania najlepszych absolwentów Szkoły Trenerów PZPN w Białej Podlaskiej, pomyśleć o doświadczonym gościu z tzw. lig TOP5, kosztującym tyle, co sprawdzenie kilku gwiazdorów?
W pierwszych dniach lutego chwalimy zgodnie jednak Adriana Siemieńca, prymusa wyżej wymienionej akademii trenerskiej, który z Jagiellonią nie szalał na rynku transferowym, tylko szlifował starannie to, co do tej pory stworzył.
A najważniejsze, że liga ruszyła, bo bez niej było smutno i pusto.