Piłkarskie jaja w debiucie Lewandowskiego. Tego nie mógł się spodziewać

Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Pierwsze koty za płoty, a raczej pierwsze śliwki robaczywki. Robert Lewandowski nie zaczął najlepiej przygody w Chicago Fire. Porażka 2:3 w debiucie z Interem Miami niestety zademonstrowała, z jakimi problemami 37-latek może mierzyć się w nowym zespole.
Pierwotnie Robert Lewandowski miał zadebiutować w Chicago Fire 17 lipca przy okazji domowego starcia z Vancouver Whitecaps.Wyczekiwany pojedynek z Thomasem Muellerem musiał jednak zostać odłożony w czasie. Tamto spotkanie zostało przesunięte na październik z powodu ogromnego zanieczyszczenia poziomu powietrza w Wietrznym Mieście, na co wpływ miała ubiegłotygodniowa fala pożarów w Kanadzie. Teraz już nic nie stanęło na przeszkodzie, aby “Lewy” mógł po raz pierwszy w karierze posmakować gry w MLS i to od razu w wyjściowym składzie. Gregg Berhalter nie miał wielkiego wyboru, ponieważ Hugo Cuypers, dotychczas najskuteczniejszy zawodnik “Strażaków” w tym sezonie, finalizuje transfer do Monterrey. W Wietrznym Mieście jest miejsce tylko dla jednej klasowej “dziewiątki”.
- Może będę potrzebował czasu, aby się przystosować i zaadaptować, ale ze względu na swoje doświadczenie jestem tu też po to, aby pomóc klubowi wykonać kolejny krok. Widziałem już na treningach, że moi nowi koledzy mają jakość i są ambitni. Ja również nadal mam cele, które chciałbym osiągnąć w Chicago Fire - powiedział Lewandowski tuż przed debiutem.
Liga pełna wrażeń
Ten mecz potwierdził, jaką ligą jest MLS. Dość swobodną, frywolną, pozwalającą piłkarzom w pełni wyrażać siebie. To nie jest Bundesliga czy La Liga, gdzie trzeba zachować taktyczny porządek, żeby nie zostać boleśnie skarconym. W topowych ligach jeden błąd potrafi przekreślić wszystko. W lidze amerykańskiej, chociaż rozwija się ona w bardzo szybkim tempie, panuje nieco większy rozgardiasz, nie wszystko jest poukładane jak u perfekcyjnej pani domu. W czwartkowym spotkaniu w Miami od pierwszego gwizdka było sporo strat, przebitek, niechlujnych przyjęć, ale też prób indywidualnego zrobienia przewagi. Panujący luz udzielił się Lewandowskiemu, który już w 9. minucie założył siatkę Sergio Reguilonowi.
“Lewy” dość szybko mógł cieszyć się z bramki, w której miał pośredni udział. Pomógł założyć pressing w polu karnym, co być może w minimalny sposób wpłynęło na katastrofalny błąd Rocco Riosa. Golkiper Interu Miami dostał podanie od Iana Fraya, po czym machnął się, nie trafił czysto w piłkę, a ta spokojnie wpadła do siatki. Lewandowski zapewne miał w głowie wiele scenariuszy przed debiutem, ale na pewno nie zakładał, że tak padnie pierwsza bramka, którą z wysokości boiska zobaczy w MLS. Prawdziwe piłkarskie jaja.
Miłe złego początki, lecz koniec wiadomo jaki. “Strażacy” po objęciu prowadzenia wyraźnie spuścili z tonu, zwolnili grę, przez dłuższy czas wyglądali tak, jakby nie mieli żadnego pomysłu na to, co jeszcze zrobić w ataku. Tymczasem rywal nie spał. Inter podszedł do tego spotkania mocno osłabiony ze względu na pomundialowe urlopy Leo Messiego i Rodrigo de Paula, ale jest taki jeden piłkarz, który nie pojechał na mistrzostwa świata. A na pewno by się przydał, patrząc na jego formę i jednocześnie bardzo mizerną postawę reprezentacji Urugwaju.
Pojedynek legend
Lewandowski miał okazję zmierzyć się z innym wybitnym napastnikiem, Luisem Suarezem. To prawdziwa gratka móc wciąż obserwować w akcji zawodników, którzy łącznie strzelili ponad 1300 goli. Będąc w życiowej formie, obaj potrafili przerwać duopol Messi - Ronaldo, sięgając po Złote Buty. I co najważniejsze, dla każdego z nich wciąż najważniejsza bramka to ta następna, którą mogą zdobyć.
Nie oszukujmy się, “El Pistolero” tym razem przyćmił Lewandowskiego. Doskonale widać było, kto jest zżyty ze swoim zespołem, a kto stawia pierwsze kroki w nowym miejscu pracy. O ile ofensywne akcje Fire przypominały eksperymenty na żywym organizmie, o tyle w poczynaniach Interu widoczne były automatyzmy, perfekcyjnie dopracowane schematy. Suarez mógł korzystać na tym, że wiedział, co za chwilę zrobią jego partnerzy. Najpierw wykorzystał karnego, którego wywalczył David Ruiz. W 51. minucie przeprowadził zaś spektakularną akcję z Germanem Berterame. Meksykanin idealnie odegrał piętą dokładnie tam, gdzie pojawił się 39-letni snajper, który z zimną krwią skompletował dublet. To był majstersztyk.
Niedługo po drugiej bramce rywali Lewandowski opuścił boisko. Jego debiut wypadł blado, co potwierdzają zarówno liczby, jak i sam test oka. Polak oddał jeden strzał, który został zablokowany, wygrał trzy pojedynki na siedem prób, posłał 16 celnych podań. Bez szału, bez tragedii. Generalnie występ, po którym nie ma powodów do zachwytu, ale też nie należy bić na alarm. Na to jest zdecydowanie za wcześnie.
Strażak Sam
Kiedy Lewandowski podpisywał kontrakt z Fire, mówiło się o tym, że trafia do drużyny, w której mogą być problemy z kreacją. Umówmy się, wszyscy zawodnicy Chicago razem wzięci raczej nie oferują takiego “serwisu”, jaki na Camp Nou zapewniali Pedri, Raphinha czy Lamine Yamal. “Strażacy” oczywiście spróbują ułatwić życie “dziewiątce”, ale może to nie być takie łatwe. Doświadczony snajper będzie musiał odnaleźć się w nowej rzeczywistości.
- Już na konferencji prasowej między wierszami trener napomknął, że Robert wszędzie gdzie trafia, wygrywa trofea. Na pewno teraz marzy o powtórce. Należy jednak podkreślić, że ten transfer to wielkie ryzyko. Do tej pory w Barcelonie Polakowi kreowano wiele okazji do zdobycia gola. W Fire tak nie będzie. Naturalnie Robert potrafi wykorzystywać sytuację w najtrudniejszych okolicznościach, ale musi się przygotować, że serwis kolegów niekiedy go nie zadowoli - powiedziała Katarzyna Przepiórka, ekspertka od MLS, na łamach WP Sportowe Fakty.
Mecz z Interem doskonale to potwierdził. Lewandowskiemu nie wykreowano ani jednej dogodnej sytuacji. Mało tego, w wielu akcjach to Polak schodził głęboko do rozegrania, a na desancie pozostawał Jonathan Bamba, który szukał miejsca za plecami obrońców. Dobrym przykładem była akcja z 42. minuty, kiedy “Lewy” zaczął akcję właściwie jako “szóstka”, a po chwili strzał głową z bliskiej odległości oddał Anton Saletros, czyli nominalny pomocnik. W paru innych sytuacjach snajper schodził bliżej linii bocznej, po czym posyłał dośrodkowania w pole karne. Bardziej on pracował na zespół niż zespół na niego. Prawdopodobnie będzie trzeba się do tego przyzwyczaić.
Lewandowski przyzwyczaił kibiców do dostarczania hurtowej liczby goli. W końcu był królem strzelców w każdej z poprzednich lig, w których występował. Ale warto też zwrócić uwagę na to, że rzadko zaczynał z wysokiego C. Ani w BVB, ani w Bayernie, ani w Barcelonie nie strzelał w debiucie, co nie przeszkodziło mu później zebrać ponad 100 bramek w każdej z tych drużyn. Oby w Wietrznym Mieście było podobnie.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google