Niebywałe, co stało się w meczu Argentyny. "Sytuacja bez precedensu"
Setny mecz na mundialu, podobnie jak ten o numerze 99, rozstrzygnął się w dogrywce. Argentyna w bólach i mękach awansowała do czołowej czwórki dzięki wygranej 3:1 ze Szwajcarią, ale fani mistrzów świata znów nie mają wielu powodów do optymizmu.
Dla “Albicelestes” ten turniej to prawdziwa droga krzyżowa. Podopieczni Lionela Scaloniego musieli drżeć o wynik zarówno w 1/16 finału (wygrana nad Republiką Zielonego Przylądka po dogrywce dzięki bramce samobójczej), jak i w szalonym starciu 1/8 finału z Egiptem (3:2). Dotarli do najlepszej ósemki właściwie tylko dzięki jednemu człowiekowi. Leo Messi strzelił na tym turnieju pierwsze pięć goli dla Argentyny w meczach z Algierią (3:0) i Austrią (2:0), a następnie był kluczowy w dwóch pucharowych starciach.
Dwaj Lionelowie – Scaloni i Messi – potrafili panować nad emocjami i zachowywać spokój do ostatniego gwizdka, by dopiero potem dać upust emocjom. Argentyna nie gra prostolinijnie. Jest przeciwieństwem beznamiętności. Mecze, które na papierze wyglądają jak nijaka proza, na końcu stają się epickim poematem lub thrillerem. W dodatku z happy endem.
Droga Szwajcarii nie rzucała się aż tak bardzo w oczy, nie opierała się na finezji ani polocie, ale była równie skuteczna. “Helweci” udowodnili, że potrafią przetrwać największy napór - po wyeliminowaniu Kolumbii w rzutach karnych (4:3 po bezbramkowym remisie) zameldowali się w ćwierćfinale z wiarą w historyczny sukces.
Problem w tym, że byli po prostu najmniej groźną drużyną w ataku spośród tych, które dotarły do ćwierćfinału. Aby pokonać Argentynę, potrzebowali co najmniej powtórki z meczu z Kolumbią: solidnej gry przez 90 minut, utrzymania tego samego poziomu w dogrywce, a potem skuteczności w rzutach karnych. Udało się zrealizować tylko punkt pierwszy.
Szwajcarski rygiel obronny kontra geniusz jednego człowieka i determinacja reprezentacji Argentyny – to starcie po prostu trzeba było zobaczyć, mimo późnej dla polskiego widza pory. Czy europejska dyscyplina miała prawo zatrzymać fantazję z Ameryki Południowej? Miała. I mogła to zrobić.
„Nurek” ukarany. Po raz pierwszy
Statystycy zacierali ręce przed kolejnymi rekordami śrubowanymi przez Messiego. Długo nie musieli czekać. W 10. minucie “La Pulga” zaliczył asystę przy bramce Alexisa Mac Allistera, dośrodkowując z rzutu rożnego. To oznaczało, że jest już nie tylko najskuteczniejszym strzelcem w historii mistrzostw świata, ale też ucieka rywalom w klasyfikacji najlepszych asystentów. Co ciekawe, wszystkie 10 jego ostatnich podań zamienionych na bramkę miało dziesięciu różnych autorów goli – od Hernána Crespo w 2006 roku po rzeczonego Mac Allistera.
Po strzeleniu gola Argentyna zaciągnęła hamulec ręczny i włączyła tryb ekonomiczny. Piłkarze Scaloniego najwidoczniej wiedzieli, co robią. W przeciwieństwie do reprezentacji Republiki Zielonego Przylądka, “Helweci” przez wiele minut nie potrafili wrzucić wyższego biegu. Brakowało im szybkości, tempa i jakości w linii ataku – kogoś, kto realnie mógłby zagrozić niskiemu blokowi przeciwnika. Bez Rubena Vargasa, a przede wszystkim bez kontuzjowanego Johana Manzambiego, Szwajcarzy do około 60. minuty wyglądali jak drużyna przewidywalna i bezbarwna. Granit Xhaka mógł dwoić i troić się w środku pola, ale nie miało to absolutnie żadnego przełożenia na postawę jego rodaków bliżej bramki Emiliano Martíneza.
A jednak po godzinie gry Szwajcarzy wyraźnie rozwinęli skrzydła, co rusz nękając defensywę rywali. Aż w końcu dopięli swego po znakomitej akcji Rodrígueza z lewej strony i pięknym wykończeniu Ndoye. Co natomiast z tego, skoro chwilę później doszło do rzeczy niespotykanej i bezprecedensowej na mistrzostwach świata. Po raz pierwszy użyto systemu VAR, by ukarać piłkarza symulującego faul, na dodatek… w środku boiska. Jako że Breel Embolo miał już na koncie żółtą kartkę, zobaczył drugą i zalany łzami musiał opuścić boisko. Szwajcaria w ciągu kilku chwil spadła z nieba do piekła.
Zanim piekło usmażyło Szwajcarów, przeszli oni jeszcze przez trzydziestominutowy czyściec. Napsuli krwi faworytom, czołgając ich przez drugą dogrywkę na tym turnieju, co dla “Albicelestes” może odbić się czkawką w półfinałowym starciu z Anglikami. Mordęgę przerwał dopiero fantastyczny gol Juliána Álvareza. Jednak chyba wszyscy mają poczucie, że Argentyńczycy odbijają się od ściany do ściany jak pijany zając. I na Wyspiarzy to może być po prostu za mało.
Taktyka „Leo, zrób coś”
Wciąż wydaje się, że aktualni mistrzowie nie potrafią na dłuższy czas przejąć kontroli nad boiskowymi wydarzeniami. Tak jak słusznie zauważył w studiu TVP Janusz Michalik, Argentyńczycy polubili mecze chaotyczne, szarpane, bez narzucania rywalom swojej dominacji. Zwycięstwa opierają się na chwilowych zrywach i oczywiście na geniuszu ich kapitana, który ma udział w większości zdobytych bramek, w tym zdobytych ze stałych fragmentów gry.
A skoro o SFG mowa, warto zwrócić uwagę na scenę po golu strzelonym głową przez Alexisa Mac Allistera. Kamery pokazały pochwały sztabu szkoleniowego kierowane w stronę Waltera Samuela – byłego środkowego obrońcy, który teraz w grupie trenerów dowodzonej przez Scaloniego odpowiada za przygotowywanie schematów rzutów wolnych i rożnych, zarówno w ataku, jak i w obronie. Wygląda na to, że były stoper Interu Mediolan rozpisał całkiem dobre rozegranie, które przyniosło jego reprezentacji prowadzenie. Problem w tym, że piłkarze nie poszli za ciosem. Z czego to się bierze?
Argentynie zdecydowanie brakuje dynamicznego skrzydłowego – takiego, jakiego miała w osobie Ángela Di Maríi na poprzednich mundialach (to jeden z najbardziej niedocenianych zawodników tej reprezentacji). Zespół zbyt mocno opiera się na grze w środku pola, gdzie zdyscyplinowane drużyny, takie jak Szwajcaria, odcinają wolną przestrzeń. Statyczna gra “Albicelestes”, poza magicznymi momentami Messiego, nie jest wystarczająco błyskotliwa, by samodzielnie rozerwać obronę rywala. Anglia powinna wykorzystać wszystkie słabości rywala, który bardzo często na tym turnieju chwieje się na nogach.
Półfinał z podtekstami
Środowe starcie w Atlancie jawi się jako zderzenie dwóch zupełnie różnych, ale niesamowicie silnych kultur piłkarskich. Aktualni obrońcy tytułu napędzani są z jednej strony pragmatyzmem, a z drugiej determinacją i mentalnością zwycięzców, potrafiących podnieść się z najtrudniejszych sytuacji. Z drugiej strony jest reprezentacja przeżywająca wysyp genialnego pokolenia, z liderami Bellinghamem i Kane’em na czele, desperacko pragnącymi „przywieźć futbol do domu”.
Pamiętajmy, że obie kadry nie spotkały się ze sobą na mundialach od 2002 roku, kiedy to Anglia wygrała z Argentyną 1:0 w fazie grupowej, a David Beckham po golu z rzutu karnego doczekał się odkupienia po starciu z Diego Simeone i sławetnym wykluczeniu cztery lata wcześniej. To będzie rywalizacja pełna pasji, dawnych urazów, piłkarskiej maestrii i presji, jakiej nie da się porównać z żadnym innym meczem na świecie. Bitwa, jakiej już nie możemy się doczekać.