Niebywały blamaż trenerskiej gwiazdy. Katastrofa w Lidze Mistrzów. A potem takie słowa
Wśród wszystkich trenerów, których wymienia się w gronie najlepszych ostatnich lat, chyba żaden nie ma gorszego bilansu w Lidze Mistrzów niż Antonio Conte. Włoch znów nie podołał wyzwaniu, co daje oręż wszystkim bojownikom wykreślającym go z listy wybitnych. Ale nie tylko on zawiódł.
Od 14 lat Antonio Conte nie prowadził słabego klubu - Juventus, Chelsea, Inter, Tottenham, obecnie Napoli. Lista robi wrażenie, podobnie jak sukcesy Włocha. Mowa przecież o mistrzu Anglii, a nade wszystko pięciokrotnym triumfatorze Serie A i to z trzema różnymi drużynami. 56-latek potrafi momentalnie poderwać drużynę, pociągnąć za sobą kibiców. Nie potrafi jednak grać w europejskich pucharach.
W środę jego zespół znów dał temu wyraz. Tym razem padło na Napoli. Celem ekipy z południa było przede wszystkim uniknięcie porażki z Chelsea. Punkt gwarantował względny spokój, zwycięstwo zaś dawało pewny awans do 1/16 finału Ligi Mistrzów. Wynik bez szału, ale przynajmniej pozwalający na realizację planu minimum. Gdy w pierwszej połowie na gola Enzo Fernandeza odpowiedzieli Antonio Vergara i Rasmus Hojlund, wydawało się, że gospodarze dopną swego.
No cóż - wydawało się. Po zmianie stron zespół Liama Roseniora zdominował przebieg wydarzeń na boisku, Włosi długo nie potrafili nawet kopnąć w stronę bramki rywali. Nacierająca Chelsea najpierw wyrównała, a w 82. minucie objęła prowadzenie, dublet skompletował Joao Pedro. Napoli nie zdołało odpowiedzieć. Przegrało 2:3 i z hukiem wyleciało z elitarnych rozgrywek. Ostatecznie zatrzymało się dopiero na 30. miejscu - gorzej niż PSV, Pafos, Royale Union SG, nie mówiąc już o Olympiakosie, Club Brugge, Karabachu czy Bodo/Glimt, które wywalczyły promocję.
Napoli w spektakularny sposób zakończyło serię domowych meczów bez porażki, trwała ona od grudnia 2024 roku. Ale to tylko podsumowanie bardzo nieudanych występów podopiecznych Conte. Wcześniej przecież zgubili punkty z grającą w dziesiątkę Kopenhagą (1:1) i słabiutkim Eintrachtem (0:0), dostali łupnia od Benfiki (0:2), a także skompromitowali się z PSV (2:6). Zwyczajnie nie zasłużyli na to, aby dalej rywalizować w Lidze Mistrzów.
Dla 56-letniego szkoleniowca to nie pierwszyzna. Spotkanie z Chelsea było dla niego jubileuszowym, 50. na poziomie Ligi Mistrzów. Problem w tym, że zwycięstw ma raptem 17, porażek tyle samo. Do ćwierćfinału dotarł tylko raz i to przy pierwszej próbie z Juventusem. Już w kolejnym sezonie odpadł ze "Starą Damą" w fazie grupowej, za mocne okazały się Galatasaray i Kopenhaga. Później nie było lepiej, bo z Interem dwukrotnie wyleciał na pierwszym etapie, a z Tottenhamem i Chelsea nie przebrnął przez 1/8 finału, gdy musiał uznać wyższość Barcelony oraz Milanu.
Średnia punktowa Conte w Lidze Mistrzów to raptem 1,34 na spotkanie. Dla porównania Jose Mourinho wykręcił 1,80, Pep Guardiola 2,06, Arsene Wenger 1,63, a Ernesto Valverde 1,76, przy czym każdy z nich ma w dorobku więcej meczów w elicie. Włoch częściej odpadał w fazie grupowej, niż ją przechodził. Brzmi to niebywale, brzmi to kuriozalnie, ale jest prawdą, w przeciwieństwie do popisów doświadczonego trenera po zakończeniu spotkania z Chelsea.
- Jestem rozczarowany. Graliśmy lepiej, chcieliśmy awansować. Z mojego punktu widzenia zasłużyliśmy na 1/16. Chelsea była skuteczniejsza i bardziej precyzyjna, ale zagraliśmy lepiej i zasłużyliśmy na znacznie więcej. Szkoda, ale remis w Kopenhadze dużo nas kosztował - stwierdził. Wypada na to spuścić zasłonę milczenia.
Ekstatyczne szaleństwo
Conte nie był przy tym jedynym trenerem, który w środę obszedł się smakiem. Niespodziewaną porażkę zanotował Real Madryt, który nie dał rady Benfice (2:4). Drużyna Alvaro Arbeloi chwilowo odbiła się po nieudanym debiucie szkoleniowca z Albacete (2:3), ale teraz została przechytrzona przez Mourinho. Portugalczyk może stracił już swój blask, a jego kadencji w Lizbonie bliżej do rozczarowania, lecz nie ma obecnie innego szkoleniowca bardziej stworzonego do momentów wielkich.
A finisz starcia z "Królewskimi" niewątpliwie takim był. W samej końcówce Portugalczycy postanowili grać na czas, aż ostatecznie zorientowali się, że potrzebują gola, aby wskoczyć do TOP24. Real pomógł, z boiska wyleciał Rodrygo, a Mourinho, który wcześniej dokonał mocno defensywnych zmian, kazał Anatolijowi Trubinowi biec w pole karne. Manewr podziałał, Ukrainiec mistrzowsko złożył się do główki i przypieczętował los obu zespołów.
Benfica znalazła się w 1/16 finału, a Real pozostał poza TOP8. Na miejsce dziewiąte zsunął się już wcześniej, gdy Sporting pokonał Athletic Bilbao (3:2). To jednak nie ujmuje skali porażki "Królewskich". Drugi raz z rzędu będą musieli męczyć się w fazie dodatkowej. W poprzednim sezonie zostali wyprzedzeni między innymi przez Lille i Bayer, teraz więcej punktów uzbierały Tottenham czy Sporting.
Blamaż na ostatniej prostej
Sukcesu Mourinho nie byłoby bez fatalnego występu Olympique'u Marsylia. Francuzi zostali rozbici przez Club Brugge (0:3), co jest dowodem na ich kiepską formę w ostatnim czasie. W tym roku przegrali cztery z siedmiu spotkań. W starciu z Belgami wystarczyło strzelić jednego gola, aby załapać się do 1/16 finału. Na drodze stanął jednak Simon Mignolet.
Gospodarze zasłużyli na pochwały jako kolektyw, ale tak przekonującego zwycięstwa nie byłoby bez natchnionego 37-latka. Weteran wrócił do składu po 11 spotkaniach przerwy i znowu zachwycił. Z OM odbił dziewięć celnych strzałów, kapitalnie powstrzymał między innymi Pierre'a-Emericka Aubameyanga. Walnie przyczynił się do zawirowań ostatniej kolejki.
Pochwała pracowitości
Część drużyn nie oglądała się na resztę i wzięła sprawy w swoje ręce. Nie chodzi tutaj o tuzy pokroju Bayernu, Liverpoolu czy Arsenalu, ale drużyny, którym przed startem rozgrywek nikt nie dawał większych szans. Tymczasem w kolejnej rundzie zameldowało się Bodo/Glimt. Norwegowie w dwóch ostatnich kolejkach zagrali z Manchesterem City (3:1) i Atletico Madryt (2:1). Zdobyli sześć punktów, triumfowali nawet na wyjeździe, zerwali z łatką drużyny mocarnej wyłącznie u siebie. Dali od siebie coś ekstra, w przeciwieństwie do wspomnianego wcześniej Napoli. Sprawdzili się, chociaż do marca ich liga ma przerwę.
Plan zrealizował Club Brugge, który triumf nad OM poprzedził remisem z Barceloną (3:3) czy efektownym pokonaniem AS Monaco (4:1). Na awans sumiennie pracował również Karabach z Mateuszem Kochalskim w składzie. Azerowie w ostatniej kolejce zostali wprawdzie zmieceni przez Liverpool (0:6), ale wcześniej zrobili więcej niż zakładano. Mowa zwłaszcza o pokonaniu Eintrachtu (3:2), remisie z Chelsea (2:2) i wygranej z Benficą (3:2).
Imponująco wypadł Olympiakos. Tym razem Grecy rozprawili się z Ajaksem (2:1). Pozostali na fali po wygranych nad Bayerem (2:0) i Kajratem (1:0), które otworzyły przed nimi drzwi do awansu. Wreszcie zaś wypada pochwalić imponujący Sporting, największą niespodziankę wśród drużyn TOP8. W ostatniej kolejce Portugalczycy, jako się rzekło, sprostali Athletikowi (3:2), a wcześniej zaskoczyli PSG (2:1), Juventus (1:1) czy Marsylię (2:1). Wcale nie mieli łatwego terminarza, tymczasem skończyli wyżej niż Real, Inter, a także PSG. Raptem jeden punkt w ostatnich dwóch kolejkach pozbawił obrońców tytułu szans na bezpośredni awans do 1/8 finału.