Niebywały powrót Ronaldinho! "Coś absolutnie niezwykłego"

Gdyby kilka miesięcy temu ktoś oświadczył, że zdobywca Złotej Piłki i mistrz świata z 2002 roku założy koszulkę włoskiego trzecioligowca, pewnie z miejsca zostałby wyśmiany. Dzisiaj to fakt. 46-letni Ronaldinho podpisał kontrakt z trzecioligowcem z Ravenny, wykupił udziały w klubie z Emilii-Romanii i ogłosił powrót na boisko.
Choć od jego ostatniego oficjalnego meczu minęła ponad dekada, a życie poza boiskiem obfitowało w spektakularne upadki i absurdy, brazylijski magik znów chce przypomnieć światu, czym jest czysta radość z gry. Ale żeby zrozumieć, dlaczego obecność Ronaldinho gdzieś na obrzeżach wielkiej piłki wywołuje tak gigantyczne poruszenie, trzeba najpierw cofnąć się o kilka lat i przyjrzeć krajobrazowi po bitwie, jakim stało się życie Brazylijczyka po zawieszeniu butów na kołku.
Więzienne granie i prosiak w nagrodę
Gdy w 2015 roku rozgrywał swoje ostatnie spotkanie w barwach Fluminense, wydawało się, że przejdzie na zasłużoną sportową emeryturę i będzie żył jak król z tego, co zarobił. Świat zapamiętał go jako absolutnie unikatową postać – kogoś, kto otrzymywał owację na stojąco nawet na Santiago Bernabeu, grając dla odwiecznego rywala Realu, czyli FC Barcelony. Jednak życie po zakończeniu kariery - bez głośnego dopingu i szatni, okazało się dla Brazylijczyka wyboistym torem przeszkód.
Zamiast spokojnego korzystania z owoców sławy, Ronaldinho stał się bohaterem nagłówków, które z jego futbolowym dziedzictwem nie miały nic wspólnego. Kłopoty finansowe, zaległości podatkowe i nieudane inwestycje doprowadziły do tego, że brazylijskie władze w pewnym momencie zajęły jego luksusowe nieruchomości i unieważniły paszport.
A apogeum tego chaotycznego okresu nastąpiło w 2020 roku w Paragwaju. Ronaldinho wraz ze swoim bratem i menedżerem, Roberto de Assisem, został zatrzymany w Asuncion za posługiwanie się sfałszowanymi paragwajskimi dokumentami. Były gwiazdor spędził miesiąc w więzieniu o maksymalnym rygorze, po czym trafił do aresztu domowego w luksusowym hotelu. Co ciekawe, nawet za kratami nie stracił swojego ikonicznego uśmiechu – wziął udział w więziennym turnieju piłkarskim, prowadząc swoją drużynę do zwycięstwa i wygrywając... 16-kilogramowego prosiaka.
Po wyjściu na wolność, R10 rzucił się w wir życia celebryty i biznesmena nowego typu. Pojawiał się na pokazach mody, w teledyskach, inwestował w e-sport, stał się ambasadorem Kings League – nietypowych rozgrywek organizowanych przez Gerarda Pique – a także zainwestował w amerykański klub Greenville Triumph.
Było to życie w nieustannym biegu między luksusowymi imprezami, wydarzeniami promocyjnymi, biznesowymi flirtami. Falował między statusem legendy a ikoną popkulturowego absurdu. Brakowało w tym wszystkim jednego: prawdziwego zapachu trawy i piłki, która nie służyła tylko do kręcenia reklamówek. Ewidentnie chciał wrócić do aktywnej gry. I wreszcie nadarzyła się dogodna szansa.
Biznes z ekscentrykiem
Informacja, że 46-latek znów zapuka do bram profesjonalnego futbolu w Europie, brzmiała w pierwszej chwili jak misternie zaplanowany primaaprilisowy żart. Jednak gdy prywatny odrzutowiec wylądował na lotnisku Forli, a Ronaldinho wysiadł z niego w hawajskiej koszuli i charakterystycznej czapce, niedowierzanie ustąpiło miejsca ekscytacji. Legendarny zawodnik pomyślnie przebrnął przez testy medyczne i oficjalnie dołączył do Ravenny.
Skąd w ogóle pomysł na taki ruch? Sercem całego przedsięwzięcia jest rodzina Cipriani – znana włoska dynastia z branży restauracyjnej i nieruchomościowej. Ignazio Cipriani, który objął władzę w Ravennie, od dawna marzył o tym, by przekształcić ten skromny, prowincjonalny klub w markę rozpoznawalną globalnie.
– Zaangażowanie Ronaldinho to coś absolutnie niezwykłego dla klubu. Był moim idolem, a jego wpływ na piłkę nożną wykracza daleko poza to, co osiągnął na boisku – tłumaczył z pasją Cipriani podczas prezentacji.
- Derby Mediolanu to najpiękniejsze wspomnienie z moich poprzednich włoskich doświadczeń – zaczął były zawodnik Barcelony i Milanu, po czym wyjaśnił, co skłoniło go do powrotu na boisko. - Przyjaźń i pasja to klucze, które mnie tu sprowadziły.
Brzmi bardzo romantycznie, ale szybko odkryto podwójne dno. Ronaldinho nie przyjechał do Emilii-Romanii, by sobie pokopać, a przy okazji zgarnąć gwiazdorską pensję. Brazylijczyk wykupił udziały w klubie i został jego współwłaścicielem oraz ambasadorem. Wspólnie z nowym zarządem stworzył unikalną markę odzieżową i linię merchandisingową – na koszulkach meczowych Ravenny charakterystyczna litera „R” została połączona z kultowym logo R10.
Sentyment w cenie
Efekt medialny i biznesowy przerósł najśmielsze oczekiwania. Ravenna, która jeszcze niedawno toczyła bezbarwne boje w niższych ligach, nagle znalazła się na czołówkach serwisów - od lokalnych wydań La Gazzetty dello Sport po międzynarodowe Sky i CNN. Prezentacja zawodnika, zorganizowana na słonecznej plaży w Marina di Ravenna przy udziale tysięcy rozśpiewanych kibiców, przypominała bardziej festiwal muzyczny niż podpisanie kontraktu w Serie C. W kilka dni sprzedaż karnetów skoczyła do rekordowego poziomu, a klubowe magazyny z koszulkami opustoszały w mgnieniu oka.
Kluczowe pytanie, które zadają sobie dzisiaj kibice we Włoszech i na całym świecie, brzmi: ile w tym wszystkim jest sportu, a ile czystego marketingu? Działacze Ravenny nie ukrywają, że obecność legendy to potężny magnes finansowy. Nikt w klubie nie oczekuje, że 46-latek przetańczy na boisku 90 minut w każdym meczu sezonu i zdominuje fizyczną, nieprzebierającą w środkach włoską Serie C. Wiek, lata rozrywkowego trybu życia i przerwa w regularnym treningu zrobiły swoje. Jednak kontrakt został podpisany, Ronaldinho ma przyznany numer 10, a sztab szkoleniowy zgłosił go do rozgrywek.
– Nowe barwy, ten sam uśmiech – powiedział Ronaldinho. – Nie mogę się doczekać, by znów poczuć piłkę przy nodze i napisać nową historię. Piłka nożna zawsze była dla mnie źródłem radości i chcę przekazać to samo podejście wszystkim ludziom w Ravennie.
Jaki jest zatem plan na boisko? Brazylijczyk przechodzi indywidualny cykl przygotowawczy, aby osiągnąć minimalną sprawność meczową. Oczekuje się, że może pojawiać się na murawie w wybranych spotkaniach, wchodząc na ostatnie 15–20 minut, gdy trzeba będzie rozmontować defensywę rywala jednym nieszablonowym podaniem, rzutem wolnym czy technicznymi sztuczkami. Wielkim marzeniem samorządu, właścicieli oraz samego Ronaldinho jest strzelenie przez niego przynajmniej jednej, ostatniej oficjalnej bramki w profesjonalnej karierze na europejskich boiskach.
Oczywiście, można prychnąć z pobłażaniem i nazwać to cyrkiem medialnym. Można wskazywać, że zbliżający się do pięćdziesiątki mistrz świata nie zbawi włoskiej prowincji. Ale kiedy patrzy się na tysiące dzieciaków na plaży, zakładających żółto-czerwone koszulki z numerem 10, trudno opędzić się od myśli, że futbolowi brakuje właśnie tego: nieprzewidywalności, odrobiny szaleństwa i magii.
Ronaldinho nigdy nie był typem sportowca-maszyny w stylu Cristiano Ronaldo. Był artystą improwizującym na żywo. I nawet jeśli jego „ostatni taniec” we Włoszech okaże się tylko serią krótkich epizodów czy pokazem kilku błyskotliwych podań, świat przynajmniej na chwilę spojrzy na trzecią ligę. A sam Ronaldinho po raz kolejny przypomni wszystkim, dlaczego w ogóle zakochaliśmy się w tej grze.