Niesamowite, do czego doprowadził Papszun. "Domino ruszyło"

Niesamowite, do czego doprowadził Papszun. "Domino ruszyło"
Piotr Matusewicz / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 06:50
Marek Papszun w grudniu 2025 roku poruszył domino. Jedną decyzją sprawił, że Raków Częstochowa mocno się posypał, a Legia Warszawa w końcu odżyła. To, w jak diametralnie różnych kierunkach na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy podążają oba kluby, doskonale pokazuje ogromny wręcz wpływ 52-latka na prowadzone zespoły.
To nie była oczywista i prosta decyzja. Marek Papszun postawił jednak na swoim. Chociaż prowadzony przez niego Raków rok 2025 kończył tylko punkt za ówczesnym liderem PKO BP Ekstraklasy, a w dodatku finiszował na drugiej lokacie w fazie ligowej Ligi Konferencji, co dało mu bezpośredni awans do 1/8 finału, doświadczony trener porzucił ciepłą posadkę i dobrze rozwijający się projekt na rzecz prawdziwego pogorzeliska. Bo tak w tamtym okresie trzeba było określać to, co działo się w Legii.
Dalsza część tekstu pod wideo
“Wojskowi” byli wtedy na dnie. Rozgościli się w strefie spadkowej, zajmowali w niej ostatnie miejsce, całkowicie podupadli mentalnie. Inaki Astiz, który miał gasić pożar po kadencji Edwarda Iordanescu, tylko dolał oliwy do ognia. Widmo spadku z ligi, wcześniej traktowane jeszcze z dużym dystansem, na przełomie roku nabrało realnych rozmiarów.
Czy Papszun ryzykował? Jasne, że tak. Mógł przecież zostać w Częstochowie, jeszcze bardziej pokazać się w Europie, powalczyć o kolejne mistrzostwo Polski. Wzbogacić swoje CV, a co za tym idzie - zwiększyć szanse na jakiś zagraniczny angaż, który przecież długo chodził mu po głowie. Choćby wówczas, gdy kończył swoją pierwszą kadencję w Rakowie.
Zamiast tego wpakował się w grę o utrzymanie.
Z perspektywy czasu wiemy już, że takim podejściem wygrał. Wiosną posprzątał w Legii i to na tyle, że drużyna mająca przede wszystkim się utrzymać, ostatecznie była o kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund od tego, by zapewnić sobie przepustkę do Europy. Gdyby nie strzelony rzutem na taśmę gol Marcela Wędrychowskiego w Szczecinie, zapewniający remis GKS-owi Katowice w ostatniej kolejce, Papszun misję ratunkową zakończyłby z niespodziewanym bonusem.
Podczas gdy Legia odżywała i z tygodnia na tydzień miała już coraz bardziej wyraźną twarz Papszuna, Raków szybko zaczął obniżać loty. I obniża je do dziś.
Przy Limanowskiego najpierw nie sprawdził się Łukasz Tomczyk, który w teorii miał wejść w buty Papszuna, a bardzo szybko przekonał się, że na ten moment są one jeszcze dla niego zdecydowanie zbyt duże. A teraz, to już chyba odpowiedni moment na takie stwierdzenie, nie sprawdza się też Dawid Kroczek. O ile początkowo 37-latek wniósł do drużyny trochę świeżości i końcówkę wiosny miał przyzwoitą (trzy zwycięstwa w czterech ligowych meczach, w efekcie czwarte miejsce i awans do el. Ligi Konferencji), o tyle początek obecnej kampanii to już prawdziwa katastrofa.
Z dobrze funkcjonującej maszyny Papszuna pozostały strzępy. “Medaliki” dalej grają w podobnym systemie, widzimy też wiele podobnych personaliów, ale wyniki po prostu się nie zgadzają. I to na wszystkich frontach. Gdyby Raków w czwartkowy wieczór wyeliminował Hajduk Split i tym samym awansował do fazy ligowej Ligi Konferencji, można byłoby przymknąć oko na fatalny start w lidze, gdzie póki co podopieczni Kroczka przegrali wszystkie trzy mecze. Teraz jednak, po porażce z Chorwatami, nastroje mogą być już minorowe.
Czy Raków w rewanżu z Hajdukiem Split zagrał bardzo źle? Nie. Długimi fragmentami, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy dwukrotnie gonił wynik, potrafił tłamsić uznanego rywala. Co jednak z tego, skoro nawet w takim okresie jedyna akcja rywali zakończyła się ich golem. A potem, już w dogrywce, przeciwnicy zadali kolejny cios.
Częstochowianie ostatecznie przegrali 2:3. Znów zawiodła defensywa, która za kadencji Papszuna była absolutnym fundamentem. Hajduk oddał cztery celne strzały i wystarczyło mu to do zdobycia trzech bramek. Marne pocieszenie, że “Medaliki” próbowały uderzać aż 20 razy, wykręciły 68% posiadania piłki i miały xG wyższe niż rywal.
Czy całą winę można dziś zrzucić na Kroczka? Na pewno nie. Latem stracił Jonatana Brauta Brunesa, czyli największą gwiazdę i kluczowego piłkarza, którego na razie z bardzo różnym skutkiem próbuje zastąpić Mahir Emreli. Tym razem piłkarz z Azerbejdżanu trafił do siatki, ale wcześniej wyglądał na murawie raczej kiepsko. Inni nowi piłkarze na razie albo nie grają, albo grają niewiele, albo nie odcisnęli wielkiego piętna na grze drużyny. Na ocenę okna transferowego (wciąż przecież trwającego) za wcześnie, natomiast kadrowo Raków to na ten moment zespół słabszy niż w poprzednim sezonie.
Pytanie, czy Michałowi Świerczewskiemu starczy teraz cierpliwości. Nie jest to właściciel, który szybko się podpala i lubuje się w zwalnianiu trenerów, ale… posada Kroczka chyba powoli zaczyna być gorąca. Jeśli nie straci jej teraz, to zapewne w najbliższych tygodniach będzie pracował z nożem na gardle. A terminarz nie sprzyja, bo Raków zagra teraz kolejno z Jagiellonią, Górnikiem i Lechem. Prawdziwa ścieżka zdrowia.
Niesamowite, jak wiele w futbolu potrafi zmienić się w ciągu kilku miesięcy. Dziś to Legia otwiera tabelę PKO BP Ekstraklasy, a Raków ją zamyka. Pół roku temu, gdy Częstochowę na Warszawę zamieniał Papszun, było (prawie) odwrotnie. Szkoleniowiec “Wojskowych” pewnie nie cieszy się z kryzysu swojego byłego klubu, ale mimo to może mieć małą satysfakcję, że bądź co bądź wyszło na jego. Zaryzykował i trafił.

Przeczytaj również