Niesamowite, kto nadal nie ma klubu. Niedawno był blisko Złotej Piłki

Niesamowite, kto nadal nie ma klubu. Niedawno był blisko Złotej Piłki
SOPA Images / pressfocus
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 10:30
Jest aktualnym mistrzem Europy, sześciokrotnym triumfatorem Ligi Mistrzów, wraz z Realem Madryt sięgnął łącznie po 27 trofeów. Nazwisko Daniego Carvajala spokojnie może przewijać się w dyskusji na temat najlepszego prawego obrońcy w historii futbolu. Aż dziw, że w wieku 34 lat legendarny zawodnik pozostaje bezrobotny.
Transferowe szaleństwo już kilka tygodni temu dobiegło końca. Na rynku pozostały jedynie niedobitki, które czekają na okazję, obniżając coraz mocniej swoje oczekiwania. Tak oto choćby David Alaba, w poprzednim sezonie inkasujący w Realu około 20 mln euro brutto, niedawno zaakceptował 10 razy niższą ofertę z Udinese. Przez całe lato defensor nie mógł znaleźć nowego pracodawcy, więc w końcu trzeba było pójść na ustępstwa. Bez klubu wciąż pozostaje za to dobry znajomy Austriaka z Santiago Bernabeu.
Dalsza część tekstu pod wideo
Samo rozstanie Daniego Carvajala z “Królewskimi” nie mogło dziwić. Po 23 latach spędzonych w Realu nadszedł odpowiedni moment na odejście wychowanka La Fabriki. W ostatnim sezonie nie prezentował on już wymaganego poziomu, frustrował się przegraną rywalizacją z Trentem Alexandrem-Arnoldem, co nikomu nie wychodziło na dobre. Odszedł jako ikona, kapitan i ostatni członek magicznej drużyny, która w latach 2016-18 trzy razy z rzędu wygrywała Ligę Mistrzów. Niewielu spodziewało się, że cztery miesiące później ktoś tak zasłużony wciąż będzie do wzięcia z wolnego transferu.

Najlepszy na świecie

Dwa lata temu nikt by nie uwierzył w to, że Carvajal zostanie bez pracy. Wtedy defensor wspiął się przecież na absolutny szczyt możliwości, dosłownie otarł się o perfekcję. W sezonie 2023/24 łączył kapitalną pracę w obronie z konkretnymi zdobyczami w ataku. Wykręcił wtedy sześć goli i pięć asyst, to on otworzył wynik starcia z BVB w finale Ligi Mistrzów. Z jego wydatną pomocą “Los Blancos” przeszli całą kampanię, ponosząc zaledwie dwie porażki na wszystkich frontach. Pamiętamy, że Carlo Ancelotti stosował wówczas system z czterema pomocnika w diamencie i duetem Vinicius - Rodrygo na ataku. “Królewscy” grali bez nominalnego prawoskrzydłowego, ponieważ był on kompletnie zbędny. Cała flanka należała do gracza z “dwójką” na plecach.
Wspomniany sezon Carvajal zwieńczył w najlepszy możliwy sposób, czyli zdobyciem mistrzostwa Europy. Na tamtym turnieju bezbłędnie radził sobie z Chwiczą Kwaracchelią czy Philem Fodenem, w fazie grupowej strzelił gola z Chorwacją. Największe problemy sprawił mu Jamal Musiala, którego starał się zatrzymywać na wszelkie możliwe sposoby. W dogrywce złapał drugą żółtą kartkę, przerywając groźną akcję gwiazdy Bayernu. Potrafił poświęcić się dla drużyny i zabezpieczyć skrzydło, co tylko ułatwiało życie szalejącemu w ataku Yamalowi.
W tamtym okresie żaden prawy obrońca nie był nawet bliski dorównania Carvajalowi. Mało tego, Hiszpan stał się realnym kandydatem do Złotej Piłki. W plebiscycie sprzed dwóch lat zajął czwarte miejsce, co trzeba uznać za spektakularny wynik. Umówmy się, tylko wybitni boczni obrońcy mogą w tego typu głosowaniach wyprzedzić ofensywne gwiazdy. Filar Realu został wówczas sklasyfikowany wyżej od m.in. Erlinga Haalanda czy Kyliana Mbappe, co stanowiło najlepsze potwierdzenie życiowej formy.

Koszmar zdrowotny

Ta sielanka właściwie mogłaby trwać do dziś. Wszystko zmieniło się jednak 5 października 2024 roku, kiedy Real pokonał Villarreal 2:0. W końcówce wszyscy byli raczej pogodzeni z wynikiem, mecz nie toczył się w jakimś spektakularnym tempie. W niepozornej sytuacji Carvajal wybił piłkę, po czym jego noga zakleszczyła się między nogami Yeremiego Pino. Trybuny Bernabeu rozdarł krzyk bólu defensora. Badania potwierdziły to, czego spodziewano się, widząc na noszach załamanego mistrza Europy.
Carvajal zerwał więzadło krzyżowe przednie, zerwał więzadło poboczne strzałkowe, uszkodził łąkotkę, a uraz objął nawet mięsień dwugłowy uda. Nie trzeba mieć doktoratu z medycyny, aby wiedzieć, że noga piłkarza po prostu została zdewastowana. Dopiero po pięciu miesiącach od operacji zaczął chodzić. Na tak drastyczną kontuzję nigdy nie ma dobrego momentu, ale wydaje się, że w tym przypadku przytrafiła się w najgorszym.
- Jakie to było uczucie? Mówiąc wprost, czułem, jakby moje kolano zostało zniszczone. Części, które były na swoim miejscu, nagle się poluzowały. To była bardzo poważna kontuzja, ale traktuję to jedynie jako przeszkodę do pokonania. Oczywiście, że ta kontuzja była traumatyczna, bo przyszła w momencie, kiedy czułem się znakomicie. Byłem kapitanem, ważnym elementem Realu. Krok po kroku wracam do zdrowia. Dostałem mnóstwo wsparcia, szczególnie miło zaskoczyła mnie jedna wiadomość, od Cholo Simeone. Myślę, że łączy mnie z nim pasja do tego sportu. Niezmiernie go podziwiam i dziękuję za to, że do mnie napisał - opowiedział magazynowi Esquire.
- Myślę, że rosnąca liczba kontuzji w piłce wynika z kalendarza. Ludzie mówią: “Piłkarze chcą grać mniej, a zarabiać tyle samo”. Ale kto powiedział, że nie zgodzilibyśmy się na obniżkę pensji? Dla mnie obniżenie zarobków przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby meczów nie byłoby problemem. Prawda jest taka, że mecze tracą na jakości, piłkarze coraz rzadziej są w topowej formie, ponieważ terminarz jest zbyt zagęszczony - dodał na łamach ESPN.
Real oczywiście nie zostawił kapitana na lodzie. Tuż po operacji klub przedłużył z nim kontrakt do połowy 2026 roku. Rehabilitacja na szczęście przebiegła bez żadnych komplikacji, dzięki czemu Hiszpan wrócił do gry dziewięć miesięcy później, formalnie jeszcze w trakcie sezonu 2024/25. Konkretnie w ostatnim meczu Realu, którym był przegrany z PSG półfinał Klubowych Mistrzostw Świata. Tuż po wejściu na boisko popełnił faul, będąc wyraźnie spóźnionym. I niestety był to zwiastun dalszej kariery weterana. Futbol na tym najwyższym poziomie stał się dla niego zbyt szybki.

Czas pożegnań

Poprzedni sezon był dla Carvajala czasem do zapomnienia. Spędził na murawie tylko 1085 minut, w fazie pucharowej Ligi Mistrzów dostał łącznie kwadrans. Kiedy już pojawiał się na murawie, rzadko wnosił coś pozytywnego. W pamięć mogły zapaść takie momenty jak czerwona kartka za uderzenie Geronimo Rullego, kłótnia z Yamalem po El Clasico i fatalny występ z Osasuną, kiedy był niemiłosiernie objeżdżany przez Victora Munoza. Bezdyskusyjnie przegrał rywalizację z Trentem, czego nie mógł zaakceptować. Kamery hiszpańskich mediów w pewnym momencie skupiły się na 34-latku, który rozgrywał swoje mecze, siedząc na ławce. Potrafił choćby kpić z powrotów Alexandra-Arnolda do defensywy.
Kolejnym problemem okazały się napięte relacje z trenerem. Utytułowany obrońca miał nie akceptować decyzji Arbeloi, który przesunął go na sam dół hierarchii. W meczu z Valencią wolał choćby wystawić na prawej obronie Davida Jimeneza, nieopierzonego gracza z rezerw. Mario Cortegana z The Athletic informował zaś, że Carvajal nie zaprosił szkoleniowca na pożegnalną kolację pod koniec sezonu. Arbeloa robił dobrą minę do złej gry, natomiast czuć było, że Dani ma z nim na pieńku.
- Dlaczego Dani gra mniej? Moim celem na pewno nie jest to, aby być niesprawiedliwym wobec kogokolwiek. Kiedy stawiam na jednego zawodnika, a nie na drugiego, biorę pod uwagę tylko aspekt sportowy. Mogę wystawić tylko 11 piłkarzy. Na pewno jednak Dani to legenda Realu. Wszyscy wiedzą, ile znaczy i ile zrobił dla tego klubu. Zawsze go podziwiałem, pomagaliśmy sobie nawzajem, dzieląc szatnię. Łączą nas bardzo dobre relacje - tłumaczył Arbeloa.
Na początku maja ogłoszono, że wygasający kontrakt Carvajala nie zostanie przedłużony. 23 maja pożegnał się z klubem, w którym spędził dwie trzecie życia. Zrobił to w najlepszy możliwy sposób, rozgrywając naprawdę udane zawody na tle Athletiku. Zaliczył wówczas asystę, miał perfekcyjną skuteczność przerzutów, generalnie nie odstawał od młodszych kolegów. Kto wie, czy nie był to jego ostatni występ na takim poziomie.

I co dalej?

- Podjąłem już decyzję o kontynuowaniu kariery. Będę grał w przyszłym sezonie. Oferty? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość - powiedział Carvajal pod koniec maja dla El Chiringuito.
Minęły cztery miesiące, podczas których oficjalnie nic się nie zmieniło. Nie wiemy naturalnie, czy (i jakie) oferty wylądowały na stole 34-latka, ale faktem jest, że wciąż nie ma klubu. Na początku lipca pojawiały się pogłoski o zainteresowaniu ze strony Interu, który poszukiwał prawego obrońcy po odejściu Denzela Dumfriesa. To byłoby jednak zbyt proste, gdyby “Nerazzurri” i Real praktycznie wymienili się piłkarzami. W Mediolanie Andy Diouf został przesunięty na prawą flankę, więc temat pozyskania Hiszpana kompletnie się nie zmaterializował. Inne zespoły najwyraźniej też się o niego nie zabijają.
- Dani chce trafić do miejsca, gdzie jego rodzina będzie miała wszystko, aby wieść spokojne życie. Bezpieczeństwo i edukacja dzieci stanowi jego priorytet. Jednocześnie chciałby wzmocnić drużynę z ambicjami, która stanowiłaby dla niego konkretne wyzwanie sportowe. Pewne jest, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa na boisku - pisał w lipcu Tomas Roncero z dziennika AS.
Ciekawe jest to, że klubu nie ma też obecnie Joselu, były kolega Carvajala z Realu, a przede wszystkim jego szwagier. Na początku roku obrońca odwiedził napastnika w Katarze i pozował nawet z koszulką Al-Gharafa. Wtedy po Hiszpanii rozniosły się doniesienia o tym, że ówczesny kapitan “Los Blancos” najprawdopodobniej przeprowadzi się na Bliski Wschód. W następnych miesiącach napięta sytuacja geopolityczna sprawiła, że Katar stracił na atrakcyjności. Joselu odszedł z Al-Gharafa, więc tym bardziej nie było szans, aby zespół ten zwerbował Carvajala.
Latem obaj doświadczeni zawodnicy wspólnie pracowali w Las Rozas, ośrodku treningowym reprezentacji Hiszpanii. Można domyślić się, że najchętniej dołączyliby do tego samego zespołu, aby w rodzinnym gronie zakończyć naprawdę owocne kariery. O ile Joselu miewał tylko momenty, o tyle Carvajal naprawdę zasługuje na miano legendy “Królewskich”. Niezbyt udany okres po kontuzji na pewno nie wymaże tego, czego dokonał na Bernabeu.
W 2004 młodziutki Dani w obecności Alfredo Di Stefano położył kamień węgielny pod nowy ośrodek treningowy Realu w Valdebebas. Pewnie w najśmielszych snach nie przypuszczał, że później przez tak długi okres sam będzie fundamentem “Los Blancos”.

Dyskusja

Przeczytaj również