Niespodzianka w finale Ligi Mistrzów? "Rzadko na to pozwalają"

Niespodzianka w finale Ligi Mistrzów? "Rzadko na to pozwalają"
IMAGO / pressfocus
Radosław  - Przybysz
Radosław PrzybyszDzisiaj · 17:00
Bez wątpienia Arsenal nie jest faworytem w finale Ligi Mistrzów z Paris Saint-Germain. Ale jest przynajmniej pięć powodów, dla których "Kanonierzy" mogą zatrzymać ofensywną maszynę Luisa Enrique. Oto one.
Trudno w to uwierzyć, ale zespoły z Anglii i Francji zmierzą się w finale Ligi Mistrzów pierwszy raz w historii. Pierwszy raz spotkają się też dwaj hiszpańscy trenerzy. Mikel Arteta świeżo po doprowadzeniu Arsenalu do pierwszego triumfu w Premier League od 22 lat i Luis Enrique, którego drużyna została właśnie mistrzem Francji po raz piaty z rzędu.
Dalsza część tekstu pod wideo
PSG jest faworytem nie tylko dlatego, że w drodze do finału rozprawiło się już z Chelsea, Liverpoolem i Bayernem (i to w jakim stylu).
Nie tylko dlatego, że broni trofeum po rozbiciu 5:0 Interu Mediolan w zeszłorocznym finale.
Nie tylko dlatego, że ma w składzie czterech zawodników z pierwszej dziesiątki ostatniego plebiscytu Złotej Piłki, w tym pierwszego Ousmane'a Dembele.
Ani nawet dlatego, że prawdopodobna pierwsza jedenastka Paryżan ma w tym sezonie "w nogach" prawie siedem tysięcy minut mniej niż ich rywale.
Po prostu drużyna ze stolicy Francji - kiedy tylko gra na sto procent zaangażowania - to dziś najbardziej płynna i przebojowa w ofensywie, najbardziej wymagająca i po prostu najtrudniejsza do zatrzymania ekipa na świecie. Żeby jej się przeciwstawić, trzeba zagrać niemal bezbłędnie.
Ale Arsenal na to stać. Zespół Artety nie jest jeszcze tak doświadczony na najwyższym szczeblu, nie gra z takim polotem w ofensywie, a w półfinale poprzedniej edycji odpadł po 1:3 z Paryżem w dwumeczu. Ma jednak swoje atuty.

1. Zagrają bez presji

Dla Paryżan finał w Budapeszcie był celem od początku sezonu. Wygranie Ligue 1 to dla nich w zasadzie obowiązek. Dla Arsenalu - klubu, który nigdy nie wygrał Ligi Mistrzów i zagra w finale dopiero po raz drugi w historii - to bonus. Wspaniała nagroda za świetny sezon, ale oni już swój obowiązek wykonali, wygrywając Premier League po 22 latach frustrującego wyczekiwania. Zdążyli się już oswoić z myślą, że są mistrzami Anglii, że wreszcie pobili Pepa Guardiolę i zerwali z łatką przegrywów.
Gdyby znowu im się to nie udało, podchodziliby do tego finału ze spętanymi nogami, z ostatnią nadzieją na uniknięcie kolejnego kompromitującego finiszu sezonu. Klub, dla którego występy w Europie były piętą achillesową nawet za najlepszych czasów, pod wodzą Artety co sezon zachodzi dalej - był ćwierćfinał dwa lata temu, półfinał rok temu i finał teraz. "Plan" zakłada triumf więc dopiero za rok. Ale czemu nie skorzystać z okazji i nie zaliczyć najlepszego sezonu w historii klubu?

2. Bronią niemal doskonale

Luis Enrique kilka dni temu powiedział, że Arsenal to najlepszy zespół w Premier League bez piłki. Niektórzy kibice "The Gunners" odebrali to jako prowokację, ale w rzeczywistości był to komplement. Były trener Barcelony wie, że jego błyskotliwi piłkarze ofensywni będą musieli podtrzymać tak samo zabójczą skuteczność jak dotychczas w fazie pucharowej (albo nawet większą), bo na pewno będą mieli mniej okazji do strzelania gola niż z Bayernem czy Liverpoolem.
Arsenal zdobył w 14 meczach tej edycji 29 bramek, a PSG w 16 występach aż 44. Ale pod względem xG różnica jest znacznie mniejsza (31,6 do 28,7 wg Opty). Za to defensywnie Londyńczycy rozgrywają niezwykłą kampanię - stracili tylko sześć goli, z tego dwa w ostatnim meczu fazy ligowej z Kajratem Ałmaty, gdy byli już pewni pierwszego miejsca. PSG straciło 22 gole. xGA Arsenalu to 11,8. PSG - 22,1. Bilans bramek Anglików to +23, a Francuzów +22. Bilans xG to +17,0 do +9,6.
Biorąc pod uwagę wszystkie kluby z lig TOP5, Arsenal ma najniższy współczynnik goli oczekiwanych przeciwko. Drugie pod tym względem jest... PSG.

3. Są w dobrej sytuacji kadrowej

Mogą być bardziej zmęczeni, co podkreślają angielskie media, bo Arteta w trudniejszej lidze nie ma takiego komfortu rotacji jak Enrique w Ligue 1. Ale i tak Bask ma do dyspozycji niemal wszystkich kluczowych zawodników. Niepewna jest jedynie sytuacja Jurriena Timbera. Najlepszy prawy obrońca Arsenalu jest niedostępny od marca z powodu kontuzji i raczej nie będzie gotowy na sobotę. Jego zmiennik, Ben White, też jest kontuzjowany, więc misję niemożliwą (?) zatrzymania Chwiczy Kwaracchelii dostanie albo nominalny stoper Cristhian Mosquera, albo nominalny pomocnik Martin Zubimendi, ewentualnie któryś z lewych obrońców.
Ale Arteta chciałby mieć tylko takie problemy, gdy spotykał się z PSG w półfinałach przed rokiem. Wtedy nie miał do dyspozycji Gabriela Magalhaesa i Kaia Havertza, w pierwszym meczu również Riccardo Calafiorego i Thomasa Parteya. A i tak był w stanie stworzyć w dwumeczu wyrównane widowisko, wypracować w sumie lepsze okazje (4,62 vs 3,04 xG) i zmusić Gianluigiego Donnarummę do kapitalnych interwencji. Teraz wszyscy kluczowi gracze są dostępni, a dodatkowo Arteta ma choćby Viktora Gyokeresa czy Eberechiego Eze. Każdy z nich odegrał swoją rolę w drodze do finału.

4. Nie pozwalają rywalowi wyjść na prowadzenie

A w tej drodze nie przegrali żadnego meczu. Ostatnią porażkę w Champions League odnieśli więc 7 maja zeszłego roku w Paryżu. W tej edycji tylko raz przegrywali - przez 43 minuty pierwszego meczu 1/8 finału z Bayerem Leverkusen. W Premier League byli w pozycji goniącego wynik przez zaledwie osiem procent czasu gry.
Arsenal rzadko pozwala rywalom trafić na 1:0. A gdy sam trafia, to prawie nie przegrywa. W całym sezonie zdarzyło się to raz - w styczniowym spotkaniu z Manchesterem United (2:3). Tamto spotkanie zrobiło się otwarte, przyszli mistrzowie stracili nad nim kontrolę i właśnie do tego nie będzie chciał dopuścić w sobotę Arteta.

5. Są świetnie przygotowani fizycznie

Arteta przez lata zbudował bardzo silną, wysoką i wybieganą drużynę. W lidze Arsenal zwykle ma piłkę częściej niż rywale i operuje częściej w tercji ataku, a i tak tylko dwa razy zdarzyło się, by przeciwnicy przebiegli w tym sezonie więcej kilometrów niż piłkarze z północnego Londynu. Raczej nie pękną więc oni pod intensywnym, wysoko pressującym PSG.
Nie wiem, czy trenerzy przygotowania motorycznego mają premię od przebiegniętego dystansu, ale według angielskich mediów, Nicolas Jovera, a więc trener stałych fragmentów gry, ma 10 tysięcy funtów premii od każdego gola strzelonego ze "stojącej piłki". A takich goli Arsenal strzelił w tym sezonie 18 w lidze i pięć w Lidze Mistrzów. W samej LM Paryżanie są jednak lepsi, bo mają osiem takich trafień. Wynik w Budapeszcie mogą rozstrzygnąć rzuty wolne.
***
Atmosfera w ekipie z Emirates Stadium na pewno jest doskonała - w ostatnich dniach "Kanonierzy" zdążyli już dwa razy ruszyć na wspólną imprezę. Raz, gdy matematycznie zapewnili sobie mistrzostwo Anglii na kolejkę przed końcem i drugi, gdy wznieśli trofeum w ostatnim meczu z Crystal Palace. Imprezy były oczywiście zamknięte dla mediów, ale wyciekło z nich kilka zdjęć i nagrań. Arteta był ponoć wściekły, gdy w sieci pojawiło się nagranie. jak mówi do swoich zawodników: "A w sobotę będziemy mistrzami Europy!".
Jego drużyna jest zmotywowana, zdyscyplinowana i ma wielu liderów. Ale żeby zatrzymać obrońców tytułu, każdy z tych zawodników musi rozegrać jeden z najlepszych meczów w życiu. Uniknąć błędów na własnej połowie i być skutecznym, gdy nadarzą się nieliczne okazje. Tego zabrakło w dwumeczu sprzed roku.
Bo choć dużo w tym tekście mówiłem o xG, to po to masz napastników klasy premium, by w potrzebie kpili oni sobie z jakości szans i tworzyli coś wielkiego z niemal niczego. Tak było w dwumeczu z Bayerem. I tak też może być w Budapeszcie. Choć oczywiście sprowadzanie pracy Luisa Enrique tylko do jakości jego piłkarzy byłoby wielkim brakiem szacunku dla warsztatu tego fantastycznego trenera.

Przeczytaj również