Niewiarygodne, co nawywijał Lech. “Dziwię się Frederiksenowi”
Zimny prysznic. Bolesna lekcja. Brutalne przywitanie z wyższym poziomem. Tak niestety można opisać pierwszy mecz Lecha Poznań w tej edycji Ligi Europy. Mistrzowie Polski sami pomogli się pokonać w rywalizacji z Crystal Palace.
Samo to, że Lech przegrał na Selhurst Park, ani nie może dziwić, ani nie jest powodem do rwania szat. Crystal Palace to w końcu zespół z trochę innej planety. Triumfator Ligi Konferencji, solidna marka w Premier League, ekipa pełna zawodników za dziesiątki milionów funtów. Tym bardziej boleć muszą okoliczności, w jakich “Kolejorz” został rozbity wynikiem 0:4.
To była piłkarska autodestrukcja. Do Londynu przyjechał “Kolejorz”, a wyjechał rower, któremu Terry Yegbe wsadził kij w szprychy, Radosław Murawski przebił opony, a Luis Palma i Mikael Ishak dla pewności porozbijali lusterka. Piłkarze, od których trzeba wymagać wysokiego poziomu, tym razem kompletnie zawiedli. Dlatego podopieczni Pierre’a Sage’a paradoksalnie nie musieli zrobić aż tak wiele, żeby odnieść gładkie zwycięstwo.
Seria niefortunnych zdarzeń
Nie ma sensu pastwić się nad Lechem w starciu z rywalem ze znacznie wyższej półki. Nie można jednocześnie przejść obojętnie wobec tak ogromnej liczby niewymuszonych błędów, które wcale nie zaczęły się od fatalnego wyrzutu Yegbe z autu. Już w drugiej minucie Ishak stanął przed szansą na otworzenie wyniku, po czym z szóstego metra oddał strzał w aut. W kolejnych minutach piłkarze Frederiksena regularnie notowali straty w najbardziej newralgicznej strefie, na własnej połowie, zwykle w okolicy szesnastki. Co najgorsze, po każdej pojedynczej pomyłce pojawiała się następna, tworząc efekt kuli śnieżnej, która zmiotła mistrzów Polski. Tu Palma nie wykorzystał okazji na 1:1, za chwilę Lis nie obronił strzału, mając piłkę na rękawicy. Do tego Murawski prokurujący rzut karny w sytuacji, w której faul naprawdę nie był niezbędny. Poza Mońką, Gurgulem i może Sayyadmaneshem, przy każdym innym zawodniku z wyjściowej XI dało się postawić minus.
- Ten mecz wyglądał tak, jak się spodziewaliśmy. Nie mam poczucia, że zostaliśmy zmiażdżeni. Raczej ukarani za swoje błędy. Nie ustrzegliśmy się ich, jak przy pierwszym golu, który był po prostu głupi. Yegbe nie miał wznawiać gry z autu - ocenił Frederiksen.
Statystyki potwierdzają, że Lech, chociaż wynik mówi coś nieco innego, wcale nie dał się zdeklasować. Choćby w pierwszej połowie “Kolejorz” miał tyle samo kontaktów z piłką w polu karnym, co rywale, do tego więcej celnych podań, więcej dryblingów i wejść w ofensywną tercję, zaledwie jeden strzał mniej. Nie chcemy oczywiście powiedzieć, że to było wyrównane starcie, które równie dobrze mogło skończyć się remisem. Crystal Palace w pełni zasłużyło na wysoki triumf. Trzeba jednocześnie zauważyć, że kluczowymi momentami meczu były akcje, w których “Kolejorz” właściwie sam napędzał rywali. Można zaprezentować odwagę, pewną kulturę gry, ale koniec końców liczy się to, czy napastnik wykorzysta okazję, obrońca zapewni spokój, a pomocnik nie będzie spóźniony w co drugiej sytuacji.
Europa nie da się lubić
Analizując tę porażkę, trzeba naturalnie podkreślić przepaść, jaka dzieli kadry obu ekip. Jest różnica i to gigantyczna, czy na “szóstce” wystawiasz Adama Whartona, czy, z całym szacunkiem, Radosława Murawskiego. Czy na lewej flance masz Luisa Palmę pod formą, czy Yeremiego Pino, który w lipcu został mistrzem świata. I tak można iść pozycja po pozycji. Ale ze względu na wyższą jakość przeciwników na papierze tak ważne byłoby ograniczenie liczby własnych potknięć i próba zaprezentowania swojej najlepszej wersji. Tymczasem “Kolejorz” znów w Europie pokazał to gorsze oblicze. Jak z Crveną, jak z Genk, jak z Szachtarem, jak w rewanżu z Aarhus.
- Dziwię się czasami Frederiksenowi. Skład wystawił optymalny, ale plan na mecz w Europie znowu do bani. Chcesz pokazać tożsamość Lecha? Nie w meczu na Wyspach. Kolejny raz. No i cały Lech - jak nie idzie w meczu, to już się rozsypuje do końca. Górnik, Aarhus, Arka, Rayo, Genk itd. Szkoda - opisał w trakcie meczu Dawid Dobrasz, dziennikarz Meczyki.pl.
Tego typu porażka pod żadnym pozorem nie sprawia, że Lech w kolejnych meczach na arenie europejskiej powinien ustawić autobus, zabarykadować się i czekać na jedną kontrę. Poznaniacy będą groźni tylko wtedy, kiedy pozostaną wierni swojemu stylowi, co robią praktycznie przez całą kadencję Frederiksena. Trzeba jednocześnie zacząć wymagać od mistrzów Polski większego poziomu koncentracji w rozgrywkach międzynarodowych. Nie wyobrażamy sobie sytuacji, w której nadchodzi kolejny mecz z renomowanym klubem, wszystko ładnie, pięknie, wymiana ciosów. Po czym dochodzi do kompletnej implozji i serii w stylu: sprokurowany karny, stracony gol po rożnym, a na deser jeszcze jakaś czerwona kartka. Tak po prostu nie można.
Nauka w bólach
- Patrzę na to w ten sposób, że zrobiliśmy krok do przodu w stosunku do poprzedniego sezonu, gdy graliśmy w Lidze Konferencji. Inna sprawa, że Liga Europy na dziś nieco lepiej pasuije do Lecha niż Liga Mistrzów. Wiem, że Liga Mistrzów to prestiż, chcielibyśmy tam zagrać, ale to jest dobry krok naprzód. Zagramy z dobrymi drużynami z Bundesligi, Premier League, z Benficą. To jest naprawdę bardzo, bardzo wysoki poziom - powiedział Frederiksen w rozmowie z WP Sportowe Fakty, jeszcze przed meczem na Selhurst Park.
Słowa Duńczyka w pełni oddają stan rzeczy. “Kolejorz”, niezależnie od tego, ile punktów zdobędzie w Lidze Europy, zrobił progres względem poprzedniego sezonu. Tak trzeba nazwać awans do rozgrywek z wyższej półki niż Liga Konferencji. I nie należy też wysuwać tezy, że lepiej było się nie wychylać i grzecznie ciułać punkty w LK. No nie. Po to polskie kluby w ostatnich latach meldowały się w turnieju trzeciej kategorii, aby mieć szansę sprawdzić się na drugim poziomie. Czy to zakończy się porażkami? Tak, ten tydzień pokazał, że kilkoma co najmniej. Natomiast dzięki temu Jagiellonia i Lech będą lepiej wiedzieć, ile im brakuje do drużyn z czołówki ligi greckiej czy ze środka tabeli Premier League. A to naprawdę cenniejsze niż rokroczne potyczki z KuPS i Shkendiją.
Terminarz Ligi Europy zdecydowanie nie rozpieszcza mistrzów Polski. W następnych kolejkach zagrają z Bayerem, Sunderlandem, Benfiką, Royale Union Saint-Gilloise i Ferencvarosem. Ścieżka zdrowia. Dopiero końcówka fazy ligowej i styczniowe starcia z Torreense i OFI prezentują się potencjalnie łatwiej, chociaż warto zauważyć, że wszystkie te zespoły wygrały swoje mecze w pierwszej kolejce LE. Krótko mówiąc, będzie trudno, ale o to właśnie chodzi. Aby próbować zniwelować straty do zespołów ze ścisłej elity, trzeba regularnie testować się na ich tle. Efekty przyjdą.