Niewiarygodne, co pisano o Angliku przed mundialem. Teraz jest najlepszy w historii
Jeszcze miesiąc temu, tuż przed startem mistrzostw świata, angielscy dziennikarze mieli wątpliwości, co do słuszności powołania Jude'a Bellinghama. Co więcej, Thomas Tuchel też ostrzegał podopiecznego. Dziś wiadomo, że bez Bellinghama nie byłoby półfinału dla Wyspiarzy.
Bellingham miał za sobą nieudany sezon w barwach Realu, ale który zawodnik "Królewskich" był w stanie zaliczyć tę kampanię do wyjątkowo dobrych? Krytykowano właściwie wszystkich, więc nic dziwnego, że także już nie tak skutecznego reprezentanta Anglii. Bellingham miał raptem osiem goli i pięć asyst, czyli zdecydowanie najmniej, od kiedy trafił na Santiago Bernabeu, a nawet najmniej od debiutu w Borussii Dortmund.
W ojczyźnie doszło nawet do tego, że zaczęto zastanawiać się nad zabraniem 23-latka na mundial. Bo skoro Thomas Tuchel odstawił Trenta Alexandra-Arnolda, dlaczego nie pożegnać też Bellinghama? Paliwa dostarczały bardzo przeciętne w jego wykonaniu eliminacje, środkowy pomocnik niezbyt przysłużył się kadrze. Opuścił łącznie cztery spotkania, jedynie z Albanią dał konkret w postaci asysty do Mylesa Lewisa-Skelly'ego.
W listopadzie Anglik zagrał dobrze w rewanżu z Albanią, ale mimo tego Daily Mail poszło po całości. Na czołówce wydania gazety widniało gigantyczne: "Zostawmy Jude'a w domu". Argumentowano, że zawodnik jest "drażliwy i kapryśny". W odpowiedzi kąsał Ian Wright, uderzając w rasistowskie tony. Były zawodnik Arsenalu stwierdził, że krytyka Bellinghama bierze się z "obawy przed czarnoskórą supergwiazdą" oraz niechęci Bellinghama do zachowywania się jak "pokorny niewolnik". Czas jednak mijał, a propozycje, aby piłkarza Realu zastąpić Cole'em Palmerem, Morganem Gibbsem-White'em lub Philem Fodenem nie cichły.
Zmieniło się to dopiero przy okazji powołań, gdy selekcjoner, być może chcąc nieco udobruchać wychowanka Brimingham, nie zabrał ani gracza Chelsea, ani Nottingham Forest, ani Manchesteru City. Postawił na niezagrażającego pozycji Eberechiego Eze, a także Morgana Rogersa, przyjaciela Bellinghama z dzieciństwa. Na jednej z konferencji stwierdził nawet, że skoro ta dwójka ma walczyć o jedną pozycję, niech robi to na zasadach wspólnoty. Czy to całkowicie wyciszyło temat? Niekoniecznie. W obronie piłkarza stanął między innymi Scott Parker w swoim felietonie dla The Telegraph, natomiast Jordan Henderson przyznał, że krytykę Bellinghama trudno się w ogóle czyta. Weteran "Synów Albionu" utrzymywał, że młodszy kolega da drużynie coś specjalnego.
Zanim jednak do tego doszło, dyskusję nieco odnowił Tuchel. Już w czerwcu, zaraz przed startem mistrzostw, przyznał, że Bellingham musi powalczyć o miejsce w pierwszym składzie. Być może była to motywacja, ale wielu odczytało tę wypowiedzieć jako dowód na nienajlepsze relacje selekcjonera z podopiecznym.
- Wie o tym, że jest jednym z podstawowych zawodników, ale my mamy takich 14 lub 15. Pozycje mogą się zmienić, ale w tym momencie uważam, że mamy około 15 piłkarzy do podstawowego składu, a Jude jest jednym z nich. Obecnie wygląda dobrze - stwierdził Niemiec, cytowany przez ESPN. Nie były to szczególnie zajadłe słowa, ale Phill Neville skrytykował trenera i ocenił, że Bellingham grać musi, że żadnym rezerwowym nie jest. Piłkarska Anglia pozostawała więc nieco podzielona. A później rozpoczął się mundial.
Bellingham został ustawiony za plecami Harry'ego Kane'a z intencją zamykania akcji po wejściach z drugiej linii. Z tego zadania wywiązał się już w pierwszym spotkaniu, gdy zaskoczył Chorwatów, a Wyspiarze odnieśli dość zaskakujące pod względem wyniku zwycięstwo (4:2). Z Ghaną cała drużyna zaprezentowała się poniżej oczekiwań, Afrykańczyków skrzywdzono brakiem rzutu karnego. Później zaś trzeba było wymęczyć triumf z Panamą (2:0) - gracz Realu zanotował asystę i strzelił gola. Koniec końców poniósł rozczarowującą drużynę.
W fazie pucharowej ponownie okazał się kluczowy. Z DR Konga skupił się raczej na rozegraniu, był jednym z najaktywniejszych, jeśli chodzi o długie podania, dośrodkowania, stworzone okazje - bardziej klarownym bohaterem był Kane'a, którego dublet uchronił Wyspiarzy od kompromitacji (2:1). Ale później, już od spotkania z Meksykiem, mówimy o mistrzostwach Bellinghama. Jego wartość w dwóch kolejnych meczach Anglików stała się nie do przecenienia.
Dublet ze współgospodarzami (3:2), a następnie z Norwegią (3:2). W tym momencie Bellingham odpowiada za sześć z trzynastu goli Anglików na tym mundialu. Identyczny wynik ma Kane, a jedno trafienie dołożył Marcus Rashford. Jakby tego było mało, żaden Anglik w historii mistrzostw świata nie zdobył więcej bramek z otwartej gry na jednym turnieju. Całkiem niezły wynik jak na kogoś, kto miał zostać w domu.
W trakcie tegorocznych zmagań Bellingham udowodnił, że w polu karnym ma wyczucie godne pozazdroszczenia przez większość napastników tego świata. Większość goli strzelił w bardzo zbliżony sposób, o przypadku nie ma mowy. Zachwycaliśmy się, słusznie zresztą, nad łowami Erlinga Haalanda, ale trudno przejść obojętnie wobec poczynań 23-latka. Uderza niczym czarna mamba z Kill Billa - wyskakuje znienacka, bezwzględnie, punktowo kąsa. Żeby strzelić siedem goli potrzebował tylko 17 strzałów. Haaland oddał ich 20, Kane 22, Messi i Mbappe już po 30. Wszystko wydaje się więc idealne. Ale takie nie jest.
Po wyczekiwanym triumfie nad Norwegią doszło do kolejnego spięcia Bellinghama z Tuchelem, najbardziej bezpośredniego do tej pory. Selekcjoner skrytykował zawodników za ich postawę, ocenił, że "musimy być lepsi. Nie jestem zadowolony z naszego występu - w żadnym aspekcie". To nie spodobało się MVP tamtego spotkania.
- Może po prostu nie wie, jak to jest grać w takich warunkach, przeciwko Haalandowi, Martinowi Odegaardowi, Nusie, Sorlothowi. To nie jest łatwy rywal. Myślę, że staraliśmy się stworzyć odpowiednie warunki do gry, musimy nadal to robić. Mogę tylko chwalić nasz zespół. Nie da się wygrać każdego meczu, mając piłkę i wykonując tysiąc podań. Czasami musisz odnieść "brudne" zwycięstwo i nam się to dziś udało - powiedział dla BBC.
Anglicy, mający szansę na pierwszy od 1966 roku finał, sami podsycają emocje. Tuchel apelował, aby hymnem reprezentacji stało się Come on Eileen, ale w pewnym sensie to wciąż bardziej You can't always get what you want.