Niebywałe, jak potraktowali Enrique. "Muszą pluć sobie w brodę"

Niebywałe, jak potraktowali Enrique. "Muszą pluć sobie w brodę"
Mateusz Porzucek / pressfocus
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 22:13
Historia napisała się na naszych oczach. PSG zostało drugim po Realu Madryt zespołem w historii, który obronił Ligę Mistrzów. Co najlepsze z perspektywy podopiecznych Luisa Enrique, oni wciąż nie powiedzieli ostatniego słowa.
Raczej każdy przyzna, że to nie był najładniejszy finał Ligi Mistrzów. Długimi fragmentami piłkarze PSG i Arsenalu mogli delikatnie usypiać widzów, robiąc w kółko to samo. Paryżanie rozgrywali piłkę wszerz, a “Kanonierzy” przesuwali się, spokojnie bronili w niskim bloku, czekając jedynie na pojedyncze szanse, aby przeprowadzić kontratak. Dobrym podsumowaniem całej rywalizacji była dogrywka, w której poza starciem Madueke z Mendesem w polu karnym mistrzów Francji, nie działo się właściwie nic. W końcu musiało jednak dojść do decydującego rozstrzygnięcia.
Dalsza część tekstu pod wideo
PSG po raz kolejny pokazało, że wie, jak wygrywać serie rzutów karnych. W ten sam sposób ekipa “Lucho” triumfowała wcześniej w Superpucharze Europy, Superpucharze Francji i Pucharze Interkontynentalnym. Znamienne jest jednak to, że Matwiej Safonow tym razem nie musiał wykonać ani jednej skutecznej interwencji, aby świętować triumf. Pudła Eberechiego Eze i Gabriela Magalhaesa wprowadziły drużynę z Parc des Princes do piłkarskiego nieba. Paryżanie czują się tam jak w domu.

Starcie filozofii

Przed startem finału wielokrotnie podkreślano, że naprzeciw siebie stają najlepsza ofensywa Ligi Mistrzów (44 strzelone gole przez PSG) i najszczelniejsza obrona (tylko sześć wpuszczonych bramek Arsenalu). Kluczowe pytanie dotyczyło tego, kto wciągnie kogo w swoją grę. Szybko okazało się, że większą kontrolę nad przebiegiem wydarzeń zdają się mieć “Kanonierzy”. Oni błyskawicznie objęli prowadzenie, po czym całkowicie oddali piłkę i inicjatywę. Pasowało im ustawienie się głęboko na swojej połowie i patrzenie na bezradne próby Paryżan. Na zasadzie: “Macie futbolówkę i się męczcie, nam jest dobrze w defensywie”.
Podopieczni Artety nie chcieli grać ani pięknie, ani koronkowo, pewnie nawet przez myśl im nie przeszło, aby próbować zepchnąć PSG do obrony. I być może ten plan zakończyłby się sukcesem, gdyby nie jeden, jedyny faul Mosquery. Hiszpan przez godzinę rewelacyjnie krył Kwaracchelię, ale w końcu popełnił błąd, prokurując rzut karny. W dalszym fragmencie Arsenal nadal głównie się bronił, ale już przy remisie, a nie jednobramkowym prowadzeniu. Misterny plan jeszcze nie legł w gruzach, ale zaczął chwiać się w posadach.
Statystyki z podstawowego czasu gry były miażdżące. Arsenal miał posiadanie piłki na poziomie 25%, wykonał 145 celnych podań przy 591 rywali. Patrząc na suche liczby, to wyglądało tak, jakby topowy klub mierzył się z beniaminkiem. Sęk w tym, że naprzeciw siebie stanęli dwaj mistrzowie. Po prostu “Kanonierzy” niemal do perfekcji opanowali sztukę bronienia. Niemal, ponieważ wysiłki Mosquery czy Gabriela poszły na marne ze względu na ich błędy w kluczowych momentach. Niemal, ponieważ spektakularny bilans siedmiu wpuszczonych bramek przez całą edycję Champions League nie wystarczył do sukcesu. Niemal. Słowo, które sprawia, że “Kanonierzy” wciąż nie znają smaku triumfu w najważniejszych rozgrywkach klubowych.

Książęta niczym Królewscy

PSG obroniło Ligę Mistrzów, nawiązując do złotej ery Realu Madryt z lat 2016-2018. Bardzo łatwo znaleźć podobieństwa między tymi projektami. W wygranych finałach z 2017 i 2018 roku “Królewscy” wystawiali dokładnie tę samą jedenastkę. W składzie Paryżan zaszła zaś tylko jedna zmiana względem ubiegłorocznego starcia z Interem. Safonow wskoczył w miejsce Donnarummy, który nie pasował do filozofii Enrique ze względu na ograniczenia w grze nogami. Komplet dziesięciu zawodników z pola pozostał niezmienny.
PSG po wielu latach zrozumiało, że nie warto co roku burzyć zamku z piasku i rozpoczynać projektu na nowo. Jeśli masz optymalną kadrę, to nie musisz na siłę dokonywać transferów na sztukę. Oczywiście, że to nie jest historia Kopciuszka, tylko bajecznie bogatego klubu z nieograniczonym budżetem, który najpierw musiał zbudować ten mistrzowski skład. Ale kiedy już to zrobił, to nie przeprowadza w nim zmian na siłę. Drużyna nie potrzebuje nowych gwiazd, skoro największa i tak jest trener. Luis Enrique, który po raz trzeci w karierze wygrał Ligę Mistrzów.
O klasie “Lucho” najwięcej mówi fakt, że każdy z jego triumfów był inny. Barcelona w 2015 roku wygrała, będąc napędzana przez magiczny tercet Messi-Suarez-Neymar. W Paryżu system z trzema gwiazdami się nie spełnił, Leo, Mbappe i Neymar musieli odejść, aby zbiór pozostałych jednostek stał się drużyną w pełnym tego słowa znaczeniu. Ubiegłoroczne zwycięstwo 5:0 nad Interem było, koncertem, pokazem siły, jednym wielkim ubóstwieniem gry ofensywnej. Z kolei wygrana nad Arsenalem potwierdza, że PSG potrafi też cierpieć, przetrwać trudniejszy moment, wytrzymać presję, kiedy losy pucharu znajdują się na ostrzu noża. Enrique jako trener zaprezentował już wiele twarzy, ale jedno oblicze pozostaje niezmienne. Oblicze zwycięzcy.

Wrócą po więcej

Niedawno Luis Campos, który odpowiada w PSG za transfery, urządził sobie wieczór rozmów z kibicami w mediach społecznościowych. Dyrektor, spokojnie zasługujący na miano jednego z architektów sukcesu, został zapytany o to, co zrobi klub, jeśli obroni Ligę Mistrzów. Odparł krótko, że wtedy spróbują wygrać trzeci raz z rzędu. I ta wypowiedź najlepiej podsumowuje mentalność oraz historię Paryżan za kadencji Enrique. Jeśli wygrasz coś raz, to dobrze, ciesz się tym dziś. Jutro musisz już pracować nad próbą pozostania na szczycie.
- Pracowaliśmy bardzo ciężko, aby obronić tytuł. Ten sezon był bardzo trudny, musieliśmy poradzić sobie z wieloma problemami, ale ostatecznie zrobiliśmy to. Znów jesteśmy triumfatorami Ligi Mistrzów - podsumował Dembele na antenie Canal+. - W przyszłym roku też spróbujemy wygrać. Oczywiście, musimy zachować pokorę, nadal ciężko pracować, ale wierzę w nasz zespół. Jesteśmy młodzi i głodni sukcesów - dodał Doue.
Na naszych oczach narodziła się piłkarska dynastia. Największym sukcesem PSG nie jest jedynie to, że znów podniosło “uszate” trofeum, ale fakt, że w kolejnym sezonie znów będzie głównym faworytem. Do kapeli Enrique należy zarówno teraźniejszość, jak i przyszłość. Dość powiedzieć, że średnia wieku wyjściowego składu przeciwko Arsenalowi wyniosła zaledwie 25,8. Neves, Doue czy Mendes przy dobrych wiatrach mają przed sobą jeszcze dekadę gry na najwyższym poziomie. Poza Marquinhosem właściwie nikt nie znajduje się na finiszu kariery. Nic nie wskazuje na to, aby rozpędzeni mistrzowie zamierzali choćby w najmniejszym stopniu zwolnić tempo.
Na koniec krótki wniosek dotyczący tego, jak cienka bywa granica między sukcesem i porażką. Trzy lata temu Luis Enrique prowadził rozmowy w sprawie objęcia Chelsea. Hiszpan był podekscytowany projektem, ale to włodarze ze Stamford Bridge stwierdzili, że odrzucą tę kandydaturę. Od tamtej pory “The Blues” zatrudnili pięciu trenerów, a “Lucho” wygrał w PSG 12 trofeów. Nieszczęście jednego bywa szczęściem drugiego. Dziś Chelsea może pluć sobie w brodę, żałując tamtej decyzji.

Przeczytaj również