Nowa gwiazda Lecha Poznań rośnie! "Strach, co będzie z nim dalej"
„Mamo, nie teraz, maszyna ruszyła” – po dzisiejszym wieczorze chyba wreszcie można w stosunku do Lecha Poznań użyć popularnego mema. Trochę z wymuszonym uśmiechem, trochę z przymrużeniem oka, ale jednak. Mistrzowie Polski zdmuchnęli KÍ Klaksvík, wygrywając na wyjeździe 5:0 i zabukowali sobie bilety na europejskie, jesienne występy.
Jeśli eliminacje do Ligi Europy miały być dla Lecha Poznań wielką przygodą i szansą na odbudowę reputacji po niepowodzeniach w walce o Ligę Mistrzów, to sierpniowa wyprawa na Wyspy Owcze stała się raczej próbą cierpliwości i logistycznym koszmarem. Rewanżowe spotkanie trzeciej rundy eliminacji z KÍ Klaksvík miało być czystą formalnością, a stało się testem na dojrzałość zespołu Nielsa Frederiksena - zarówno na boisku, jak i poza nim.
Problem w tym, że zamieszanie z transportem przesłoniło to, co najważniejsze: formę sportową. A ta w ostatnich tygodniach pozostawia w Poznaniu sporo do życzenia. Po bolesnym zderzeniu z duńskim AGF Aarhus i pożegnaniu z marzeniami o Champions League, kibice przy Bułgarskiej oczekiwali mocnego otwarcia w eliminacjach Ligi Europy. Tymczasem pierwszy mecz z Farerami w Poznaniu był drogą przez mękę. Lech dominował w posiadaniu piłki, ale bił głową w mur defensywy rywala. Dopiero zryw i gol rezerwowego Yannicka Agnero w 81. minucie dały skromną wygraną 1:0.
Jednobramkowa zaliczka przed wyjazdem to najmniej bezpieczny kapitał, jaki można ze sobą zabrać na teren, gdzie faworyci regularnie gubią punkty i nerwy. Dla Lecha nie było jednak już miejsca na tłumaczenia mgłą, zmęczeniem czy turbulencjami. Jeśli mistrzowie Polski chcieli uratować ten pucharowy sezon i udowodnić, że wyciągnęli wnioski z lekcji z Aarhus, musieli zagrać dojrzałe, wyrachowane spotkanie - żeby choć trochę zmazać wstydliwe wrażenie. I chyba się udało.
Co z Ishakiem? Co z wizami?
Strach – albo przynajmniej obawa o wynik meczu – trwał dokładnie 20 minut. To wtedy Lechici po krótkim okresie całkiem niezłej gry wbili gola dającego względny spokój. Bramka była idealnym odzwierciedleniem formy piłkarzy z Poznania: trochę magii, ale jeszcze więcej przypadku. Błysk, bo Patrik Wålemark świetnie pokazał się kolegom, meldując się między liniami, a później sam dobrze obsłużył Mikaela Ishaka. Przypadek, bo Szwed, nie patrząc na ustawienie obrońców, na siłę próbował wykończyć akcję, po czym Allahyar Sayyadmanesh dopadł do bezpańskiej piłki i w końcu umieścił ją w siatce.
W pewnym momencie mistrzowie Polski zupełnie odpuścili i cofnęli się pod własną bramkę, dając przeciwnikom pretekst do częstszych wypadów ofensywnych. Na szczęście ich starania kończyły się na obijaniu obrońców w taki sposób, że Mateusz Lis ani razu nie musiał interweniować.
Zła wiadomość jednak nadeszła, choć nie wiązała się ze zmianą wyniku. Przedwcześnie, jeszcze zanim sędzia zaprosił piłkarzy na przerwę, boisko musiał opuścić Ishak. Kontuzja na pierwszy rzut oka nie wydawała się groźna, ale na więcej szczegółów dotyczących stanu zdrowia napastnika trzeba będzie jeszcze poczekać.
Uraz pokrzyżował szyki Poznaniakom z jeszcze jednego powodu - przylecieli na Wyspy Owcze bez rezerwowej „dziewiątki”. Yannick Agnero, podobnie jak stoper Terry Yegbe, przebywa w Afryce, gdzie czeka na wydanie wizy. Ważność ich poprzednich dokumentów wygasła i obaj nie mogą obecnie przekroczyć granicy strefy Schengen. Sytuacja ma się wyklarować dopiero w połowie przyszłego tygodnia. Lech zmuszony był więc wpuścić za Ishaka trzeciego skrzydłowego – Daniela Håkansa.
Sayyadmanesh show
Na szczęście obecność Szweda nie była aż tak potrzebna w drugich 45 minutach. Losy dwumeczu zostały przypieczętowane kilka minut po wznowieniu gry. Znów dużą rolę przy trafieniu odegrał Sayyadmanesh. Irańczyk świetnie odnalazł się w polu karnym, dostrzegł Pablo Rodrígueza i dodatkowo zablokował obrońcę Klaksvík, uniemożliwiając mu doskoczenie do Hiszpana. Wychowankowi Realu Madryt nie pozostało nic innego, jak umieścić piłkę w siatce.
Kolejne minuty minęły obu zespołom na graniu futbolu „na tak”. Efektem było głównie łapanie się za głowy – zarówno przez kibiców, jak i szkoleniowców. Gdyby twórcy filmu “Piłkarski poker” postanowili nakręcić w końcu kontynuację swojego wiekopomnego dzieła, spokojnie mogliby rozważyć dwie sytuacje z okolic 50. minuty tego meczu. Najpierw Lis nie wiedzieć, dlaczego wdał się w drybling na piątym metrze od własnej bramki i tylko brak umiejętności strzeleckich farerskich napastników uchronił go od straty gola. Chwilę później Luis Palma postanowił nie upokarzać przeciwnika, bo chybił okrutnie, mając przed sobą praktycznie pustą bramkę. Tak czy siak, role były już rozpisane, Wyspiarze z każdą minutą puchli i tracili kolejne bramki.
Z dwóch potyczek przeciwko Klaksvík Lech z pewnością wyciągnie parę wniosków. Pierwszy: organizacji w klubie przydałaby się znaczna poprawa (podobna tułaczka po Europie w wielu innych zespołach skutkowałaby dymisjami). Drugi: Sayyadmanesh musi na stałe zyskać miejsce w pierwszym składzie poznańskiej ekipy. Wszystko, czego dotykał się Irańczyk, zamieniał w złoto i aż strach pomyśleć, jak urośnie, gdy zakończy się jego proces adaptacji.
Światełko w tunelu
Europa zostaje w Poznaniu przynajmniej do zimy, ale Lech bynajmniej nie ma prawa się zatrzymywać. Następny przystanek w drodze do Ligi Europy? FC Thun. Dopiero po przejściu tego rywala wielu ludzi w Poznaniu odetchnie: od trenera Frederiksena, który w kilka tygodni zdążył narazić się wielu fanom, poprzez Antoniego Kozubala (autora trzeciego gola), aż po dyrektora sportowego i klubowych księgowych, którzy będą mogli przeliczać realne pieniądze, a nie tylko cyfry w budżecie.
Nie ma się czego bać. W rankingach siły zespołów (m.in. Opta Power Rankings) Lech klasyfikowany jest wyraźnie wyżej od Szwajcarów. Kadrowo poznański klub dysponuje większą głębią i bogatszym doświadczeniem w fazach pucharowych na europejskiej arenie. Przewagą Helwetów może być sztuczna murawa na ich stadionie, do której polskie zespoły historycznie rzadko adaptują się płynnie – chociaż Poznaniacy akurat dzisiaj udowodnili, że nie jest to dla nich przeszkoda nie do przejścia.
Jeśli Lech zagra na swoim optymalnym poziomie, uniknie prostych błędów i wypracuje dobrą zaliczkę przy Bułgarskiej, powinien przypieczętować awans do fazy zasadniczej Ligi Europy. FC Thun to rywal wymagający czujności, ale zdecydowanie leżący w zasięgu mistrza Polski. A nawet jeśli noga się powinie - “Kolejorz” zagra w Lidze Konferencji. Plan absolutnego minimum został wykonany.