"Brylant w polskiej piłce. Robi furorę". To przed nim drżą Albańczycy?
O meczu, który w dużym stopniu zdefiniuje przyszłość reprezentacji Polski - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
I znowu mecz o wszystko! Rysowanie czarnych i optymistycznych scenariuszy w naszym reprezentacyjnym futbolu to podstawowa zabawa wszystkich, którzy zajmują się kadrą narodową. I ci, którzy biorą pieniądze za pracę i grę w niej, i ci którzy jej dopingują, i niedzielni kibice telewizyjni – wszyscy wstrzymują oddech. Bo przecież porażka z Albanią to kres marzeń o finałach mistrzostw świata, to kolejny wielki piłkarski kac, początek dyskusji pod różnymi hasłami: czy zostawić selekcjonera, czy zwolnić prezesa (nie da się – uprzejmie wyjaśniam), czy uroczyście pożegnać wieloletniego kapitana reprezentacji Polski. Jęki, lament, a nawet wycie. Czy to tylko polska specjalność? Niekoniecznie. Wyobrażam sobie taki stan depresji piłkarskiej w Brazylii czy Argentynie. Tam, gdzie piłka nożna od dawna jest religią.
U nas nie jest, z pewnością. Jest bardziej takim wspólnym “zajobem”, jaki wybucha po kilku nieudanych spotkaniach, kiedy trzeba się zjednoczyć pod biało-czerwoną flagą i pomóc drużynie na trybunach Narodowego. I ta chęć kolejnego sprawdzenia jednej możliwości czy też marzenia pod tytułem: “Czy umiemy grać w piłkę i czy pojedziemy na największą imprezę świata w najpopularniejszej dyscyplinie sportu”. Nie ma w takiej atmosferze miejsca na zbyt chłodne analizy, spokojne przewidywania i prognozy. “Wygramy” – takie hasło obowiązuje Polaka-kibica niemal przed każdym meczem. Francja? Brazylia? Argentyna? Anglia? Proszę bardzo! Nie wiadomo, skąd włącza się ten nieracjonalny wirus optymizmu. Czekamy na wszystko: wygraną, dwa gole Lewandowskiego, stan uniesienia i wiarę w to, że faktycznie raz na jakiś czas Łączy nas Piłka. W tak podzielonym kraju dobre i to…
W porządku, ale w czwartek gramy z Albanią. Pewno to zespół składający się z dzielnych ludzi, z niegłupim selekcjonerem na ławce, z dobrym pomysłem na grę i wygraną w Warszawie. Tylko czy aż Albania? Zacznijmy od selekcjonera: Brazylijczyka Sylvinho, uczącego się zawodu m.in. w reprezentacji “Canarinhos”, Interze Mediolan, Olympique’u Lyon, Corinthians. Były reprezentacyjny obrońca, wiedzący jak grać konsekwentnie i stabilnie w defensywie. Cała piłka albańska od lat pozostaje pod wpływem włoskiej myśli piłkarskiej, a więc naturalna staranność o zabezpieczenie własnej bramki, konsekwencja i odpowiedzialność, kiedy atakuje przeciwnik. O dobrym wyszkoleniu technicznym umiejętności wyprowadzania szybkiego ataku nie wspomnę. Kiedy się czyta wypowiedzi ich gwiazdorów, a więc Hysaja (Lazio), Muciego (kiedyś Legia, dziś Trabzonspor) czy samego Sylvinho, można w nich ”usłyszeć” poczucie dumy, ambicji i chęci sprawienia niespodzianki w Warszawie.
I nawet ich zapewnienia (dość szczere) o wielkiej klasie biało-czerwonych i sporych możliwościach piłkarzy Jana Urbana, nie mogą nas uśpić. Jeśli w naszej szatni zapanuje atmosfera z głównym mottem: “Eeee… To tylko Albania”, to lepiej nie wychodzić na plac. Bo jak zaczniemy analizować ostatnie występy Juljana Shehu w Widzewie Łódź, to możemy dojść do bardzo optymistycznych wniosków. Tym bardziej, że w historii spotkań Polska – Albania nie brakuje z naszej strony czasami trudnych wspomnień. Nie przesadzajmy jednak. Statystyki też grają dla Polaków. 13 meczów z Albanią to dziewięć zwycięstw, trzy remisy i jedna porażka (1953 rok w Tiranie…). Leży nam ta drużyna od lat i nie wygłupiajmy się, że należy bać się jedenastki Sylvinho. Jeśli miałbym o coś drżeć, to z pewnością o brak należytej koncentracji i szacunku dla rywala przez 90 minut. A nawet kwadrans pomiędzy pierwszą a drugą połową spędzany w szatni nie może być relaksem bo “przecież prowadzimy i mamy ich!”.
Żarty jednak na bok. Mamy w sumie lepszych piłkarzy, grających w renomowanych klubach i niezadowalających się jedynie byciem tam czy uczestniczeniem w treningach. Grają i to regularnie, są w formie, mamy nowy brylant w polskiej piłce, czyli Oskara Pietuszewskiego, robiącego furorę w Portugalii. I rzeczowego, myślącego, umiejętnie zarządzającego kadrą narodową Jana Urbana. Same atuty i podstawy do optymizmu. Gdyby to było takie proste… Warto też wiedzieć, że ewentualne ogranie w czwartek Albanii nie stanie się automatyczną przepustką do finałów mistrzostw świata. Trzeba jeszcze ograć Ukrainę albo Szwecję. Nie chce jednak wybiegać tak do przodu. To temat na zupełnie inne opowiadanie.