Nowy cel kadry Urbana. O to powinna grać dalej
Najbrzydsze zwycięstwo zawsze będzie lepsze od pięknej porażki. Ale skoro nic nie wskazuje na to, by Polska miała prawdziwie triumfować - to wolę by napawała mnie dumą niż wstydem.
W pokoju - pełnym biało-czerwonych szalików, koszulek z Lewandowskim, plakatów z Błaszczykowskim i żywcem wyjętych spod Wielkiej Krokwi czapek z rogami - siedział sobie słoń. Długo. Od kilkunastu lat co najmniej. Dotąd aż Wojciech Szczęsny na swoje odchodne nie powiedział o nim głośno: „Nigdy nie będziemy potęgą w Europie. Nigdy EURO nie wygramy, a jeśli nam się uda to cudem, jak Grecji”.
„Pieprzony minimalista bez ambicji i marzeń”, pomyślałem w pierwszej sekundzie. „Ma rację”, przyznałem gorzko już w sekundzie drugiej, bo o ile nadzieja jest najlepszą przyjaciółką kibica, to kibicowanie nie może być życiem złożonym wyłącznie ze złudzeń.
Każdy cykl eliminacyjny to nowy start, czysta karta, świeża nadzieja i kilka innych frazesów, ale nie oszukujmy się: ta droga raczej nie skończy się wielkim sukcesem na wielkim turnieju. Nie mamy do tego piłkarzy. Nie naprodukujemy ich w moment. Możemy nadrobić braki taktyką, sprytem, zaangażowaniem, walką - ale to przeciąganie liny daleko od mety.
Szczęsny głośno powiedział to, co urodzeni po erze Deyny i Bońka czują całe życie: jesteśmy Syzyfem, któremu się ten kamień prędzej czy później spieprzy na dół.
Zasadne staje się więc pytanie: jak go wnosić? Im dłużej i wyżej tym lepiej, jasne, a na to pozwalają tylko zwycięstwa. Ale czuję, że reprezentacja kraju gra nie tylko na bramki, ale też na serca.
Serca swoich kibiców. Jeden z nich napisał, że podczas tych 90 minut finału baraży ze Szwecją bawił się lepiej niż przez cały mundial w Katarze. Myślę, że nie był w tym osamotniony.
Pewnie wolałby jechać na mundial niż oglądać na nim innych. Jak każdy z nas. To oczywiste. Ale czy wystarczające?
Pamiętam, że nawet na 16-letnim głodzie mundialu Paweł Zarzeczny zachował zmysły, apelując na początku tego wieku za „Pulp Fiction”, że sam awans na turniej w Korei Południowej i Japonii to nie czas na lizanie się po fiu*ach.
Za mityczne „wyście z grupy”, które stało się dla nas substytutem zaginionego Pucharu Julesa Rimeta, nikt nam nie przyznał choćby medalu. Ani w 2002, ani w 2022 nie staliśmy się piłkarsko nieśmiertelni. Warszawa nawet w promilu nie zalała swoich ulic euforycznymi kibicami tak jak Buenos Aires.
Naprawdę, dużo większe znaczenie od tego, czy do domu po laniu od Argentyny, czy po dodatkowym laniu od Francji - miało to, jak generalnie się zaprezentowaliśmy. Bo od tego, jak sama nazwa wskazuje, jest reprezentacja Polski. Ma reprezentować naród. Godnie. Dumnie.
I niezależnie od wyników. Z tymi kadry jest trochę jak z pieniędzmi. Bez nich trudno. Ale i wynik, i pieniądze, to nie wszystko.
Nawałka we Francji zrobił w zasadzie taki rezultat jak Michniewicz w Katarze, bo na starym, 16-zespołowym EURO, ćwierćfinał oznaczał właśnie wyjście z grupy. A jednak odbiór tamtych mistrzostw kontynentu - przecież nieco mniej istotnych i prestiżowych od tych całego globu - jest dużo bardziej pozytywny.
Ostatnie wyniki natomiast obniżyły poziom oczekiwań wobec drużyny narodowej mniej więcej na wysokość kostek. Być może dlatego teraz łatwo jest go przeskoczyć, ale po ostatnim mundialu ciągle się o niego przewracaliśmy:
- szybka porażka z Czechami,
- kompromitacja w Mołdawii,
- oklep w Albanii,
- zakończenie kompromitującej kadencji Santosa,
- Mołdawia na Narodowym skazuje nas na baraże,
- doczołganie się do EURO przez męczarnie w Walii,
- jako pierwsi żegnamy się z mistrzostwami Europy, nie wygrywając w Niemczech ani razu,
- Portugalia strzela nam osiem goli w dwóch meczach,
- Szkocja wygrywa na Narodowym, wyrzucając nas z najwyższej ligi w Lidze Narodów,
- męczarnie z Litwą i grającą w dziesiątkę Maltą,
- żenująca afera z opaską kapitańską,
- porażka z Finlandią.
Były momenty, że pomimo wielkich wewnętrznych pokładów patriotyzmu - tego już nie chciało się oglądać. Nie było z kim się identyfikować. Nawet jeśli biało-czerwoni po pokonaniu potężnej Malty mogli o sobie powiedzieć: „wygrani”, to ja coraz mniej czułem, że są „nasi”. A to przydomek, który jest w relacji kibic - drużyna narodowa fundamentalny.
I po takim paśmie nieustających sukcesów reprezentację Polski objął Jan Urban. Punkt startowy: nie ma drużyny, klimatu, atmosfery. Jak u śp. Krzysztofa Kononowicza: nie ma niczego. A jednak, nowa miotła zadziałała. Kadra Urbana nie przegrała żadnego z dwóch meczów z Holandią, a pozostałe pięć wygrała.
I wreszcie przyszła porażka. A że po niezłym dla oka meczu, to wraz z nią - fala komentarzy, że lepiej brzydko grać i wygrywać.
Tak jakby istniały tylko dwie drogi: albo ładnie przegrać, albo brzydko wygrać.
Tymczasem jedno nigdy nie wyklucza drugiego. Setki razy graliśmy brzydko i pragmatycznie, a kończyło się porażką. Wielokrotnie ładne, dobre mecze przynosiły triumfy. Generalnie, jeśli istnieje korelacja między stylem i wynikiem, to prędzej taka, że to dobra gra zwiększa prawdopodobieństwo wygranej. Z taką jak ze Szwecją, na dziesięć meczów przegrywamy jeden. Szkoda, że akurat ten jeden przypadł wczoraj.
Mimo końcowego wyniku, naprawdę dobrze patrzyło się na to, jak z piłką w Szwecji tańczy Nicola Zalewski, jakie cudowne przerzuty rozdaje Piotr Zieliński, jak pomaga mu w rozegraniu i haruje w obronie Sebastian Szymański. Czułem, że jesteśmy drużyną. Że walczymy. Gramy jak potrafimy. Jedziemy jak możemy. Przegraliśmy błędami obrońców, sędziego, pewnie też selekcjonera. Ale trudno, taki jest sport.
Nie przegraliśmy tego meczu dlatego, że ładnie graliśmy w piłkę. Przegraliśmy pomimo tego.
I nie warto schodzić z tej drogi. Nieuleganie pokusie zamordowania futbolu, niekiedy krótkoterminowo opłacalnej, może sprawić, że w dłuższej perspektywie będzie można się nim cieszyć.
Teraz trudno to przyznać, bo Gyokeres wyrzucił nasze bilety na mundial i celebrując bramkę złożył palce przy twarzy. Ale cieszyłem się, że nie musiałem przez takie palce - umieszczone trochę wyżej, zasłaniające oczy - oglądać reprezentacji swojego kraju. Zamiast tego mogłem wyprostować klatkę, podnieść głowę, a przy niektórych akcjach złożyć ręce do oklasków.
Widziałem, że w mojej reprezentacji wójcikowa kiełbasa jest w górze, a biało-czerwona trzepocze na maszcie. To wystarcza, bym szedł za nią w ogień - może jeszcze nie dumnie, ale na pewno bez wstydu.
A zwycięstwa? Same przyjdą, jak efekt uboczny. Z taką grą mam na nie dużo większą nadzieję w przyszłości. Najlepsza przyjaciółka kibica wróciła.