Od Ekstraklasy do IV ligi. A grali nawet w Europie. Znany polski klub dołuje
Niecałe dwie dekady temu GKS Bełchatów dosłownie na samym finiszu Ekstraklasy wypuścił z rąk tytuł mistrza Polski. Teraz po tamtej potędze pozostały już wyłącznie wspomnienia, a Bełchatowianie o grze w ligowej elicie mogą tylko pomarzyć. Szczególnie że właśnie spadli do IV ligi i to w niezwykle kuriozalnych okolicznościach.
Dla wszystkich kibiców, którzy zaczęli fascynować się Ekstraklasą w pierwszej dekadzie XXI wieku, nie jest to zespół anonimowy. GKS Bełchatów zadomowił się wtedy wśród najlepszych i przez blisko 10 lat stanowił nieodłączny element krajobrazu polskiej piłki. Napędzana górniczymi pieniędzmi ekipa weszła na salony z przytupem i już po chwili grała o pełną pulę. Mimo że ostatecznie skończyło się bez żadnego tytułu, nikt nie spodziewał się, że w teorii stabilny projekt zaliczy tak gwałtowny regres. Teraz o Bełchatowianach ponownie było głośno, ale nie za sprawą jakiegoś spektakularnego sukcesu, lecz z uwagi na absurdalny walkower, który przyczynił się do spadku na… piąty poziom rozgrywkowy.
Brunatne pieniądze, srebrne wyniki
Łukasz Garguła, Radosław Matusiak, Dariusz Pietrasiak, Dawid Nowak czy Mariusz Ujek. Nie trzeba być kibicem “Brunatnych”, aby doskonale kojarzyć te nazwiska. To właśnie ta grupa piłkarzy w sezonie 2006/2007 pod wodzą charyzmatycznego trenera Oresta Lenczyka biła się jak równy z równym o mistrzostwo Polski. I aż do 28. kolejki wszystko wskazywało na to, że uda się odnieść ten historyczny sukces. Porażki 3:5 z Koroną Kielce i 1:2 z Wisłą Kraków przekreśliły jednak szanse i sprawiły, że tytuł ostatecznie powędrował do Zagłębia Lubin. W tym samym sezonie GKS doszedł jeszcze do finału Pucharu Ekstraklasy, ale przed własną publicznością uległ 0:1 Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. I choć gablota wciąż świeciła pustkami, wydawało się, że to dopiero początek budowania nowej potęgi polskiej piłki.
- To były wspaniałe czasy, kiedy stadion pękał w szwach. Relacjonowałem wtedy praktycznie wszystkie najważniejsze mecze GKS-u Bełchatów - debiut w Ekstraklasie, mecze w eliminacjach europejskich pucharów. W podobnym okresie na szczyt polskiej siatkówki dotarła też tamtejsza Skra. Mam takie poczucie, że w pewnym momencie ludziom przejadły się sukcesy obu tych zespołów. GKS wciąż występował w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale kibice zaczęli narzekać, że skoro już nie walczy o czołowe miejsca, to już nie to samo. Podobna sytuacja miała miejsce też w siatkówce. Tyle że Skra potem zdołała się jeszcze odrodzić, a piłka nożna niekoniecznie - opowiada nam Michał Ostafijczuk, dziennikarz Radia Łódź i redaktor naczelny serwisu Łódzki Futbol.
Powstały pod koniec lat 70. klub, podobnie jak Skra, miał być wizytówką nie tyle miasta, co przede wszystkim lokalnych gigantów przemysłowych - Kopalni Węgla Brunatnego, a także Elektrowni Bełchatów, później wchłoniętych przez PGE. I dopóki górnicze pieniądze trafiały na konto “Torfiorzy”, to mogli liczyć się w walce o najwyższe cele. Nie panowało tam może finansowe eldorado, ale na tle innych klubów ten był bardzo stabilny. GKS płacił na czas i nie musiał ratować swoich finansów poprzez sprzedaż największych gwiazd, więc trener Lenczyk mógł zbudować naprawdę konkurencyjną ekipę. Nawet po jego odejściu zespół potrafił jeszcze dwukrotnie zakończyć sezon w czołowej piątce. Powolny upadek rozpoczął się dopiero w 2010 roku.
- Sport w Bełchatowie od zawsze był nierozerwalnie związany z górnictwem. Jeśli chodzi o kibiców, to tamtejsze kluby powstały przede wszystkim po to, aby stanowić rozrywkę dla mieszkających tu pracowników kopalni i elektrowni. Kiedy dekadę temu GKS spadł z elity, zbiegło się to akurat ze zmianami w samym PGE, który zaczął wtedy więcej inwestować w inne zespoły, w tym m.in. Stal Mielec. To był taki początek końca, choć próbowano szukać jakichś punktów zaczepienia. Klub szukał pieniędzy, ale ostatecznie głównie przez złe zarządzanie nie udało się tego poskładać - opowiada w rozmowie z nami Robert Zwoliński, dziennikarz Radia Łódź.
Zewsząd, tylko nie od siebie
GKS z Ekstraklasy spadł w 2013 roku. W kolejnym zdołał do niej powrócić, ale już tylko na jeden sezon. Później zaczął miotać się między drugim i trzecim poziomem, a w lutym 2022 roku, grając w II lidze, z uwagi na problemy finansowe całkowicie wycofał się z rozgrywek. Klubowi poważnie groziła możliwość odbudowy od B-klasy, ale ostatecznie Łódzki Związek Piłki Nożnej zgodził się, aby na bazie licencji Akademii GKS Bełchatów zespół rozpoczął kolejny sezon w IV lidze. Z niej “Brunatni” błyskawicznie wyrwali sę na szczebel wyżej, na którym rywalizowali przez ostatnie trzy lata.
- Początków aktualnego kryzysu GKS-u Bełchatów należy dopatrywać się dwa sezony temu, kiedy klub zamienił trenera Bogdana Jóźwiaka na Artura Derbina. Bełchatowianie zaczęli wtedy żyć ponad stan, zakontraktowali trenera z nazwiskiem i nowych zawodników, chociaż finanse na to nie pozwalały. Zaraz pojawiły się też wzajemne pretensje, aż wreszcie w połowie zeszłego sezonu z klubu odeszli prezes Szymon Serwa i dyrektor sportowy Marcin Danielski. Władzę w pewien sposób przejęli kibice, którzy namaścili swojego prezesa, Jakuba Rzeszowskiego. Tyle że po czasie można stwierdzić, że nie za bardzo znali się na zarządzaniu klubem piłkarskim - uważa Ostafijczuk.
Bełchatowianie w tych ostatnich trzech sezonach ani przez moment nie mogli realnie marzyć o powrocie na szczebel centralny. Zajęli kolejno czwarte, ósme, a teraz 16. miejsce, przez co spadli do IV ligi. Tego czarnego scenariusza można było uniknąć, gdyby nie fatalny błąd w majowym meczu z Olimpią Elbląg. Choć pierwotnie piłkarze trenera Mateusza Milczarka wygrali to spotkanie 3:1, okazało się, że w jego końcówce po jednej ze zmian na boisku przez mniej więcej dwie minuty przebywał tylko jeden, a nie dwóch młodzieżowców. Komisja ds. rozgrywek PZPN ukarała GKS walkowerem. Zespół zupełnie się załamał i do końca sezonu przegrał już wszystkie spotkania. Do utrzymania zabrakło mu trzech punktów, co nie zmienia faktu, że kolejny spadek nie do końca był jedynie wypadkiem przy pracy.
- GKS od zawsze prowadzi zupełnie niezrozumiałą politykę transferową. Mając tak prężnie działającą akademię i tylu utalentowanych wychowanków, zamiast korzystać z nich, często sięgano po zawodników z całej Polski. Dziś wychowankowie Bełchatowian występują w ościennych zespołach. Przecież nawet po awansie z IV do III ligi, też zaczęto szukać nowych piłkarzy poza klubem. Taki np. Serhij Napołow to naprawdę bardzo fajny piłkarz, ale czy naprawdę trzeba było go specjalnie ściągać do Bełchatowa, dysponując tu na miejscu równie ciekawą młodzieżą czy zawodnikami z regionu? Nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego pod względem kadrowym klub wciąż popełnia te same błędy - mówi Ostafijczuk.
Atom może tchnąć nowe życie
Teraz GKS czeka ponowna walka na czwartoligowych boiskach. Tym razem tak łatwo jak te kilka lat temu może już nie być. Drużyny pokroju RKS Radomsko czy Sokoła Aleksandrów Łódzki już w tym sezonie miały całkiem wysokie aspiracje i w kolejnym będzie podobnie. Przy czym sami “Brunatni” muszą wreszcie zbudować projekt podobny do tego, z którego słynęli, kiedy sięgali po swoje największe sukcesy, czyli stabilny i oparty na zdrowych zasadach. Szczególnie że tym razem pod względem finansowym powinno obyć się bez większych turbulencji.
- Jeśli chodzi o powrót GKS-u na właściwe tory, to tu dużo będzie zależało od finansów i dalszej współpracy z PGE, która w ostatnim czasie na pewno trochę się poprawiła. Klub musi liczyć na odpowiednie zarządzanie budżetem, bo od momentu awansu z IV ligi gdzieś tam mówiło się, że i tak zdarza mu się wydawać więcej, niż powinien. Do tego warto, aby postawił w większym stopniu na młodzież. Na pewno Bełchatowian jest stać, aby zbudować silną kadrę i powalczyć o szybki powrót przynajmniej na czwarty poziom rozgrywkowy. Choć trzeba też pamiętać, że w tej IV lidze łódzkiej jest kilka mocnych drużyn z apetytem na walkę o awans. GKS nie będzie murowanym faworytem, ale powinien znaleźć się w gronie tych trzech czy czterech drużyn rywalizujących o czołowe lokaty - mówi Zwoliński.
A przecież mówimy tu o zaledwie piątym poziomie rozgrywkowym, na którym GKS w XXI wieku występował dotąd tylko tylko raz - we wspomnianym sezonie 2022/2023. I tylko ta statystyka może powodować spory ból głowy u bełchatowskich kibiców. Walka o europejskie puchary w Bełchatowie z dzisiejszej perspektywy brzmi jak scenariusz science-fiction. Zresztą podobnie jak ewentualne starania o powrót do ligowej elity.
- Z uwagi na to, jak często bywałem kiedyś jako dziennikarz w Bełchatowie, czuję teraz lekki smutek, kiedy patrzę, co się dzieje z tym klubem. Nie wiem, czy obecnie Bełchatów jest ośrodkiem, który powinien mieć piłkę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Pamiętajmy, że w ciągu najbliższych lat bełchatowska kopalnia zakończy działalność i jeśli ostatecznie nie dojdzie tam do budowy elektrowni atomowej, miasto może stać się wymarłe. Nie można jednak nigdy wykluczyć, że nie pojawi się jakiś bogaty inwestor z zewnątrz, który postanowi włożyć duże pieniądze w ten zespół. Przykład Wieczystej pokazuje, że wszystko jest możliwe - podsumowuje Ostafijczuk.