Od Ekstraklasy do IV ligi. Zapomniany polski klub próbuje wstać z kolan
Ruch Radzionków to obecnie cień dawnej potęgi. Pozbawiony własnego stadionu od ponad dekady pozostaje z dala od wielkiego futbolu. Dziś mało kto pamięta, że 28 lat temu pojawił się w ligowej elicie. I choć miał stanowić w niej tylko ciekawostkę, był w stanie postawić się każdemu. A to wszystko dzięki śląskiej swojskości.
Radzionków to stosunkowo małe, szczególnie jak na śląskie warunki miasteczko, liczące sobie nieco ponad 16 tysięcy mieszkańców. W dodatku w latach 1975-1997 stanowiące część Bytomia. Rok 1998 rok okazał się ważny dla radzionkowskiej tożsamości. W styczniu miasto odzyskało swoją niezależność i przestało być jedynie dzielnicą. Z kolei kilka miesięcy później na kartach historii całej lokalnej społeczności zapisał się tamtejszy Ruch. Klub, który sięgał po niekonwencjonalne metody i stawiał przede wszystkim na swoich ludzi, po wejściu do I ligi, czyli obecnej Ekstraklasy, nie zamierzał tylko przypatrywać się większym. Gdy z obranej przez siebie drogi postanowił lekko zboczyć, wszystko posypało się jak domek z kart.
Piłkarze za… świńskie tusze
Podczas gdy wiele śląskich klubów - takich jak choćby Górnik Zabrze czy GKS Katowice - powstało dopiero po II wojnie światowej, Ruch założony został w 1919 roku, co czyni go jednym z najstarszych klubów w regionie. Tu kończą się różnice, ponieważ podobnie jak u lokalnych rywali, tak i w Ruchu funkcjonowanie było niemal w pełni zależne od pieniędzy górnicznych. “Cidry” tuż po wojnie uzyskały patronat Kopalni Węgla Kamiennego Bytom. Drużyna przez dekady występowała w niższych ligach, ale zmienić miało się to w latach 90. - kiedy paradoksalnie przemysł górniczy z roku na rok popadał w coraz większy kryzys. To właśnie wtedy do klubu trafił człowiek związany z miejscową kopalnią, a przy okazji lokalny patriota i fanatyk piłki, Paweł Bomba, który stojąc na czele klubu w najróżniejszy sposób chciał poprawić jego sytuację.
- Bomba był bez wątpienia jedną z kluczowych postaci tamtego Ruchu. Sam wcześniej był jego trenerem, więc dobrze wiedział, kogo ściągnąć do Radzionkowa. Klub musiał wtedy szukać własnej drogi. To dlatego jako jeden z pierwszych dogadał się z CANAL+, aby to właśnie ta stacja pokazywałą ich mecze, a to było jeszcze przed tym, jak prawa telewizyjne zostały scentralizowane. Oprócz pieniędzy z tego kontraktu oraz funduszy od kopalni, wokół Ruchu stworzono również swego rodzaju brygady robocze, czyli zespoły pracowników w różnych dziedzinach - od budowlanki po inne okołogórnicze tematy. W ten sposób klub prowadził w pewnym sensie działalność gospodarczą, co też miało swoje przełożenie na budżet - opowiada nam Dariusz Leśnikowski, który jako dziennikarz katowickiego Sportu śledził ówczesne poczynania ekipy z Radzionkowa.
Zanim Bomba objął rolę prezesa “Cidrów”, fundamenty pod ich dalsze sportowe sukcesy położył Jan Żurek. To za jego pierwszej kadencji na Narutowicza trafili tacy zawodnicy jak Adam Kompała czy Roman Cegiełka, których szkoleniowiec doskonale znał ze swojego Górnika Zabrze. I choć później trener powrócił na Roosevelta, to stery w Radzionkowie przejął jeszcze chwilowo na początku sezonu 1997/1998, czyli w rozgrywkach, w którym Ruch sięgnął po historyczny awans. Ten był już jednak dziełem Andrzeja Płatka, wcześniej bardzo bliskiego współpracownika Antoniego Piechniczka. Przez ławkę trenerską Ruchu przewinęło się zresztą więcej takich swojskich Ślązaków, w tym choćby Gothard Kokot, legenda Rakowa Częstochowa. I to właśnie ta śląskość była kluczem do radzionkowskich sukcesów.
- To nie były czasy młodziutkich szkoleniowców z laptopem czy tabletem pod pachą, opierających swoją pracę na xG. Dużo więcej było tego trenowana na czucie. To byli ludzie stąd. Doskonale rozumieli tutejszy klimat, często potrafili też zagadać do piłkarzy po śląsku. Wiedzieli, kiedy trzeba było im dać wolne i pójść na piwo czy zorganizować grilla w środku lasu. To były zupełnie inne czasy, niż te, które obserwujemy teraz, kiedy w sztabach trenerskich potrafi być nawet ponad 20 osób. Był nieśmiertelny asystent Jan Pietryga, a tak to dużo wynikało z tej swojskości. Chociaż może to brzmieć banalnie, wtedy naprawdę działało. Ruch zresztą chętnie sięgał też po lokalnych piłkarzy i ściągął do siebie talenty z II czy III ligi. To był klub zarządzany w taki bardzo gospodarski sposób. Pamiętam, że jeden z piłkarzy został pozyskany za… świńskie tusze - wspomina nasz rozmówca.
Dziś się nie przyznają
Pierwotnie radzionkowska szatnia w dużej mierze bazowała na talentach z regionu. Jedną z gwiazd był legendarny Marian “Ecik” Janoszka, który na ostatnie lata profesjonalnej kariery postanowił wrócić do Ruchu z GKS-u Katowice i w dużej mierze to on na swoich barkach wprowadził Radzionkowian do Ekstraklasy. Debiutancki sezon w elicie rozpoczęli oni od sensacyjnej demolki Widzewa 5:0, a zakończyli na szóstym miejscu, co uczyniło ich wtedy najlepszą śląską drużyną. Sęk w tym, że w momencie, kiedy liga zaczęła stawać się coraz bardziej profesjonalna, Ruch nie chciał stracić dystansu do reszty stawki. Kiedy w trzecim sezonie do klubu zajrzało widmo spadku, w zespole pojawiło się więcej piłkarzy z zewnątrz. To nie był udany pomysł, bo tacy gracze często zarabiali więcej niż ich lokalni koledzy, a wcale nie okazali się zbawcami tej drużyny. Wszystko zaczęło się walić.
- Klub, który w dużej mierze opierał się na tej wyjątkowej, ale też specyficznej atmosferze, nie miał prawa na dłuższą metę funkcjonować z powodzeniem wśród najlepszych. Nie dało się wszystkiego wygrywać tylko dzięki tej swojskości. Z czasem w drużynie pojawiło się coraz więcej zawodników z zewnątrz. Tyle że gwiazdy z innych regionów wcale nie oznaczały gwarancji utrzymania się w Ekstraklasie. A to, że rzeczywiście inkasowali więcej od kolegów z szatni, mogło mieć też wpływ na atmosferę w zespole. Kiedy ta zaczęła się rozjeżdżać, to wszystko się już szybko posypało i wielu zawodników po prostu nie chciało za ten Ruch umierać - przyznaje Leśnikowski.
Ostatecznie “Cidry” zakończyły sezon 2000/2001 na ostatnim miejscu w tabeli i musiały pożegnać się z najwyższą klasą rozgrywkową. A szkoda, bo wcześniej w Radzionkowie czuć było głód wielkiej piłki. Ten klub nie był ciekawostką, która jedynie przeleciał przez rodzimą elitę. Mimo stosunkowo niskiej populacji i sporej konkurencji ze strony innych śląskich klubów, na przełomie wieków Ruch przyciągał do siebie sporo kibiców. Na wybudowanym w latach 70. stadionie potrafiło pojawić się ponad 10 tysięcy fanów - taka sytuacja wydarzyła się choćby podczas wspomnianej inauguracji z Widzewem.
- Tamte lata świetności Ruchu przypadły na dość dziwny okres śląskiego futbolu. W Bytomiu postanowiono dokonać fuzji Polonii i Szombierek. I chociaż dzisiaj pewnie niewielu kibiców Polonii by się do tego przyznało, w tamtych czasach oni również przychodzili na spotkania Ruchu, aby po prostu zobaczyć dobrą piłkę. Na Narutowicza przyjeżdżało też sporo fanów z Tarnowskich Gór, którym historycznie było bliżej do Radzionkowa niż Bytomia. Ludzi na stadionie bywało dużo, być może po części również z uwagi na odzyskanie niezależności przez Radzionków, które zbiegło się z awansem. Pech w tym, że po 1998 roku gmina nie odzyskała pełni terenów z lat 70. I dlatego stadion “Cidrów” pozostał w granicach Bytomia. Ruch w zasadzie nigdy w elicie nie zagrał w Radzionkowie - opowiada Leśnikowski.
Bez domu i bez pieniędzy
Klub po spadku z Ekstraklasy nigdy już do niej nie wrócił. W 2010 roku na chwilę znów pojawił się za to na jej zapleczu. I tu ponownie mieliśmy do pewnego stopnia wątek górniczy. Tomasz Baran, który postanowił wtedy zainwestować w Ruch, dorobił się na wywozie złomu, w tym w dużej mierze sprzętu pokopalnianego. Za jego rządów na Narutowicza powrócił m.in. Adam Kompała, a przez radzionkowską szatnie przewinęli się też tacy piłkarze jak Piotr Gierczak, Piotr Rocki, młody Łukasz Skorupski czy bracia Mak. Eldorado nie trwało jednak długo. Po sezonie 2011/2012, który zespół zakończył na dziewiątym miejscu, z powodów problemów finansowych został wycofany z rozgrywek i w kolejnym nie zagrał w żadnej lidze. Nowy zarząd z Marcinem Wąsiakiem na czele musiał posprzątać po poprzednikach i rozpoczął powolną odbudowę.
- To dzięki Wąsiakowi klub spłacił później spore długi. Tyle że potem prezes nagle znalazł się na cenzurowanym. Kibice oczekiwali od Ruchu szybszych i bardziej znaczących sukcesów sportowych. Tymczasem Wąsiak po prostu starał się prowadzić klub w taki sposób, aby ten znów nie popadł w kłopoty. Ostatecznie nie wytrzymał i postanowił odejść ze stanowiska. Za niego przyszedł prezes, którego kandydatura była popierana przez pewną część kibiców. I okazało się, że za jego kadencji niegospodarność w klubie była tak ogromna, że do odejścia zmusili go… kibice. Ruch wrócił trochę do punktu wyjścia. Może nie ma już tak wysokich długów jak za okresu Barana, ale jak na czwartoligowy zespół te zobowiązania są naprawdę spore - mówi Leśnikowski.
Od reaktywacji Ruchu, czyli 2013 roku, klub na 11 sezonów tylko dwa spędził w III lidze, a aż dziewięć w IV, w której występuje również obecnie. W tabeli zajmuje ósme miejsce, więc na piątym poziomie spędzi też kolejne rozgrywki. W nich - podobnie jak ma to miejsce już od ośmiu lat - klub nie będzie gościł swoich przeciwników na Narutowicza. Stadion, który w czasach wchłonięcia Radzionkowa przez Bytom został otoczony przez osiedle Stroszek, czyli bastion kibiców znienawidzonej przez “Cidrów” Polonii, już bowiem nie istnieje. Na skutek problemów finansowych klubu teren zajmowany przez obiekt został zlicytowany, a w jego miejscu powstało centrum handlowe. Ruch ostatni mecz zagrał tam w czerwcu 2018 roku, kiedy w symbolicznym pojedynku pokonał 2:1 w barażu o awans do III ligi… Polonię. Od tego czasu drogi klubów znacznie się jednak rozminęły - i to na niekorzyść Ruchu.
- Do dziś miejscowi kibice wspominają, jak na Narutowicza wygrywali z takimi ekipami jak Wisła Kraków czy Lech Poznań. I można tę ich nostalgię zrozumieć, zwłaszcza biorąc pod uwagę obecną sytuację klubu, który jest właściwie bezdomny. I niestety nie zapowiada się, aby w najbliższym czasie miało się to zmienić. Obecnie rozgrywa swoje mecze w roli gospodarza na boisku radzionkowskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Na pewno na plus, że jest to obiekt, który rzeczywiście znajduje się w Radzionkowie. Tyle że dla Ruchu to nigdy nie będzie własny dom. A przynajmniej nie taki, o jakim wszyscy jego kibice zawsze marzyli. Obecny zarząd od ponad roku próbuje przede wszystkim uporządkować kondycję finansową klubu. To jeszcze chwilę potrwa, więc w najbliższych latach po Ruchu raczej nie powinniśmy spodziewać się niczego spektakularnego - podsumowuje nasz rozmówca.