"Okazali się naiwniakami. Nie bijmy im brawa". Nie milkną echa porażki biało-czerwonych

O feralnym meczu Polski ze Szwecją i jego skutkach - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
"Polacy nic się nie stało…". Stało się. I to jest bardzo złe dla wszystkich: reprezentantów, selekcjonera, prezesa związku, sekretarza generalnego, dziennikarzy i kibiców też, a może przede wszystkim. Zły jest brak awansu do finałów mistrzostw świata. To straty sportowe wizerunkowe, reklamowe, biznesowe, szczery płacz kibiców, a zwłaszcza tych, którzy czekali na reprezentację Polski za Oceanem. Jak oni czekali na naszych "Orłów", jak się przygotowali do uchylenie nieba tego w Teksasie (tam miała być nasza baza na Mundialu) i w całej Ameryce. Zawsze chętni do kibicowania i pomagania swoim, oddani biało-czerwonym barwom ludzie dla których udział Ich kadry narodowej w takich mistrzostwach byłby miodowym miesiącem, w którym przychodząc do roboty patrzysz spokojnie a nawet hardo na swego bossa, pochodzącego z Włoch, Irlandii czy nawet Meksyku… No nic tylko siąść i płakać!
Zamiast płaczu nie warto też się cieszyć z tego, że graliśmy w barażowym meczu ze Szwecją całkiem dobrze, a nawet wedle niepoprawnych optymistów – świetnie. Kolejna polska piękna klęska, którą zaczynamy z marszu czcić. Już wkrótce powstanie nad Wisłą piękne Muzeum Futbolowego (oczywiście przegranego) Męstwa. Sala klęski finałów w Korei, dział porażek z powodu niechęci sędziów, pokój przegranego finału igrzysk w Barcelonie i Montrealu… Nie zabraknie eksponatów, zdjęć, wspomnień i flaszek na łzy. W zasadzie nie powinno mnie dziwić, że w kraju, gdzie przede wszystkim wyjątkowo uroczyście i nostalgicznie czci się przegrane wojny, stracone kampanie, klęski w powstaniach narodowych, tak łatwo rozgrzesza się też przegrane wojny futbolowe. Może mało ważne te wojny czy wojenki, ale jak powiedział kiedyś legendarny trener Liverpoolu, Bill Shankly: "Piłka nożna nie jest sprawą życia i śmierci, to coś znacznie ważniejszego".
Wyjątkowo łatwo i lekko podeszliśmy do braku awansu i przyjdzie nam za kilka miesięcy kibicować dzielnym jedenastkom Curacao, Uzbekistanu czy Republiki Zielonego Przylądka. To zacznie boleć w czerwcu, kiedy odbędą się finały mistrzostw świata. Nagle ci zachwyceni dziś ofensywną postawą naszej drużyny w Sztokholmie poczują się nieswojo, bo jakoś dziwnie będzie oglądać światową imprezę bez naszych. Nieśmiertelny Kazimierz Górski zwykł mawiać: "Skoro było tak dobrze, to dlaczego było w końcu źle...". Święte słowa!
Cóż nam przyjdzie dziś po dobrych statystykach (prawie 70 procent posiadania piłki, większa liczba strzałów, wolnych, rożnych). Jakie to ma znaczenie? Jakie znaczenie miała aktualna forma i umiejętności polskich piłkarzy występujących na co dzień w lepszych klubach niż Szwedzi? A dorobek Szwedów w grupie eliminacyjnej mistrzostw świata? Raczej zawstydzający. A może przydałoby się jednak zagrać z klasycznym defensywnym pomocnikiem, a nie bawić się w piłkarską reprezentację Hiszpanii. Tak bardzo ci nasi zawodnicy starali się o awans, że aż solidarnie pospali się w końcówce i dali sobie wbić decydującego o przegranej gola. Zostawmy plany taktyczne, pomysły sztabu, zmiany z ławki i selekcjonera, ale nasi wybrańcy, w zasadzie mający więcej doświadczenia i boiskowego bycia niż gospodarze, okazali się naiwniakami w polu karnym czy środku pola. Więc nie bijmy im brawa, bo przegrali wielką rzecz! Nie pamiętam bowiem, by tylko walory artystyczne czy statystyczne (poza liczbą bramek) decydowały o wygranej w meczu piłkarskim.
Selekcjoner Jan Urban zostaje. To jest logiczne i perspektywiczne. Dla mnie Urban przypomina mi kierowcę, który w ostatniej chwili przejął kierownicę od szofera, który omal nie wypadł z wirażu, i sam wyszedł z tej opresji, ale nie zdążył jednak uchronić przed dachowaniem. Mam wrażenie, że Urban jako selekcjoner mający z pół roku więcej zbudowałby zespół inaczej. Może dorobiłby się mniej nerwowych defensorów, a może poszukałby innego sposobu gry. Zwłaszcza w defensywie. Szybka, ogłoszona zaraz po meczu decyzja prezesa Cezarego Kuleszy o przedłużeniu kontraktu Urbanowi, zamknęła niepotrzebne dyskusje o przyszłości szefa kadry i rozmontowała falę spekulacji i tzw. “jojczenia”.
Dziś trudno o krytykowanie Urbana, choć przegrał w Sztokholmie i nie awansował do finałów mistrzostw świata. Możemy "kwękać", że polska specjalność to jednak wzmocniona obrona i gra z kontry. I długa piła: kiedyś na Bońka, Smolarka, Koseckiego, Olisadebe, Lewandowskiego… Dziś zamiast tego Jan Urban proponuje pozytywną, ofensywną grę do przodu, uwzględniając spory potencjał najlepszych polskich piłkarzy. Ma też wpływ na tzw. dobrostan kadry, a więc m.in atmosferę, spokój i zaufanie. Tę drużynę zaczęło się znowu lubić czy kochać. I tylko ten cholerny Sztokholm, ten znienawidzony Gyokeres i gapiowaty Przemek Wiśniewski.
Do du*y z takim futbolowym światem, w którym masz się cieszyć pozytywną, ofensywną grą i jednocześnie płakać po porażce, która skutecznie zablokowała udział Polski w finałach mistrzostw świata. Lany wtorek sześć dni przed lanym poniedziałkiem.