Ośmieszył Ronaldo, pobił rekord Guinnessa. Teraz znów zachwyca na mundialu
Mistrzostwa Świata 2026 to póki co turniej bramkarzy z cienia, którzy po znakomitych występach niespodziewanie znaleźli się na świeczniku. Jest wśród nich Alireza Beiranvand, Irańczyk, który niegdyś wybronił rzut karny Cristiano Ronaldo, pobił historyczny rekord, a kilka dni temu w imponującym stylu zatrzymał Belgię. Teraz chce to powtórzyć, wprowadzając Iran do fazy pucharowej mundialu pierwszy raz w historii.
Pochodzi z koczowniczej rodziny Nomadów, więc od najmłodszych lat nie miał stałego miejsca zamieszkania. Ojciec całkowicie zabraniał mu grać w piłkę. Historia bramkarza brzmi jak materiał na świetny film - zresztą, zauważyli to irańscy reżyserowie, którzy w 2022 roku, na otwarcie 40. edycji Festiwalu Filmowego Fajr, przygotowali produkcję o drodze młodego Beiranvanda na szczyt. Dziś w oczach irańskich kibiców Alireza Beiranvand wyrasta na legendę reprezentacji - między słupkami bramki “Team Melli” stanął już 88 razy. Ii nawet mimo nieudanej przygody w Europie uznawany jest w kadrze narodowej za postać niezastąpioną.
Ucieczka za futbolem
- Mój ojciec w ogóle nie lubił piłki nożnej i kazał mi pracować. Nawet podarł mi ubranie i rękawiczki, a ja kilka razy grałem z gołymi rękami - wyjawił Beiranvand w wywiadzie dla The Guardian sprzed ośmiu lat.
To pokazuje, że jego życie od początku nie było usłane różami. Rodzice golkipera reprezentacji Iranu zajmowali się koczowniczym pasterstwem, żyli poszukując pastwisk dla swoich zwierząt. Będąc jeszcze dzieckiem, Alireza pomagał im w tych obowiązkach. - Nie byliśmy stabilni finansowo, żyliśmy w ubóstwie - wspomina po latach dla FIFA.
Priorytety Irańczyka zmieniły się jednak, gdy odkrył futbol. Kiedy jego rodzice wreszcie zamieszkali na stałe w malutkiej wiosce Sarab-e Yas, zaczął grać w piłkę z rówieśnikami. Początkowo robił na boisku to, co chciał robić każdy 12-letni chłopak - strzelał gole jako napastnik. Kto by się spodziewał, że później zostanie przesunięty na pozycję bramkarza.
The Guardian opisuje piłkarskie początki Beiranvanda bardzo dokładnie. Zaczęło się od kontuzji bramkarza lokalnego klubu, którego bohater tekstu miał zastąpić jedynie tymczasowo. Między słupkami szło mu jednak wyjątkowo dobrze i zdecydował się pozostać tam na dłużej. Zaczął marzyć o karierze. Ojciec chciał wybić mu ten pomysł z głowy, bo nie wierzył, że futbol zapewni jego synowi pieniądze. Wolał, żeby Alireza rozejrzał się za normalną pracą i pomógł rodzinie finansowo, tym bardziej, że był najstarszy z rodzeństwa. Nastoletni wówczas chłopak nie widział jednak takiej opcji - zamierzał zrobić wszystko, by wyszło na jego.
- Obiecałem sobie, że osiągnę sukces. Z przyjaciółmi postanowiliśmy wyjechać do Teheranu, ale nie mówiłem nic rodzicom. Najtrudniejsze było to, że nie mieliśmy gdzie spać. Nawet teraz, gdy o tym wspominam, czuję gulę w gardle - opowiadał we wspomnianej rozmowie dla FIFA.
Do irańskiej stolicy przyjechał autobusem. Nie pracował, więc musiał żebrać na ulicach, tych samych, na których później nocował. Czekał na szansę, aż ta w końcu nadeszła.
- Chciałem zatrzymać się u cioci, ale nie było tam dla mnie miejsca, więc błąkałem się po ulicach. Pewnego dnia w autobusie spotkałem pana Hosseina Faiza. Podszedł do mnie i zapytał: „Czy jesteś sportowcem?” - relacjonował piłkarz na łamach IranWire.
Faiz, trener stołecznego Vahdat FC, był gotowy przyjąć Beiranvanda na testy do swojego klubu za zaliczkę w wysokości 300 tomanów (ekwiwalent około 20 dolarów w tamtym czasie). Chłopak nie miał takich pieniędzy, ale nie tracił wiary. Dalej próbował dobijać się drzwiami i oknami. Spał pod stadionem. Finalnie, widząc zawziętość i ambicję aspirującego golkipera, Faiz zrobił wyjątek, pozwalając Alirezie dołączyć na testy za darmo. Poza treningami golkiper też pracował - chwytał się robót takich jak krawiectwo czy mycie SUV-ów w myjni samochodowej. Co ciekawe, w tej drugiej pracy zupełnie przypadkiem natrafił na największą legendę irańskiej piłki, Aliego Daeiego. Nie wykorzystał jednak sytuacji, by z nim porozmawiać.
- Wiedziałem, że gdybym porozmawiał z panem Daeim, to na pewno by mi pomógł, ale wstydziłem się mu opowiadać o swojej sytuacji - przyznał na łamach Guardiana bez ogródek.
Wielka szansa, rekord Guinessa i pierwszy mundial
Ostatecznie taka rozmowa nie była potrzebna, bowiem Alirezę zauważyli skauci Naftu Teheran. Podpisał kontrakt, przeszedł przez akademię i zaczął grać w pierwszej drużynie, a po sześciu latach w stolicy zmienił drużynę na rosnącą potęgę irańskiej ekstraklasy - Persepolis FC. Dziś to najbardziej utytułowany klub w kraju, który ma na koncie osiem wygranych sezonów ligowych. Beiranvand był jego częścią podczas sześciu z nich. W międzyczasie dostał się też do reprezentacji Iranu, gdzie przejął pałeczkę po dotychczasowej “jedynce” kadry - Alirezie Haghighim. Stopniowo stawał się coraz ważniejszym zawodnikiem zarówno w klubie, jak i w drużynie narodowej.
2016 rok był w karierze golkipera absolutnym przełomem. To wtedy świat po raz pierwszy zauważył, że wśród innych graczy na jego pozycji wyróżnia go jedna, szczególna cecha - nieprawdopodobna siła ramion. Znakiem rozpoznawczym Beiranvanda stały się dalekie wyrzuty z pola karnego. 11 października pobił nawet rekord Guinnessa. W meczu Iran - Korea Południowa, rozgrywanym w ramach kwalifikacji do mundialu 2018, udało mu się wyrzucić futbolówkę aż na 61 metrów i 26 milimetrów. Wpis w księdze pojawił się co prawda z pięcioletnim opóźnieniem, ale dziś piłkarz oficjalnie może mówić o sobie jak o rekordziście.

Iran zakwalifikował się na rosyjski mundial, roznosząc w pył swoją grupę eliminacyjną. Wygrał ją z 22 punktami, podczas gdy drudzy w tabeli Koreańczycy mieli tych punktów zaledwie 15. Na samym turnieju trafił do trudnej grupy z Hiszpanią, Portugalią i Marokiem. Carlos Queiroz i spółka pokazali jednak, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych.
W pierwszej kolejce “Team Melli” rzutem na taśmę wygrali kluczowy mecz z Marokańczykami. 1:0 wydarte po golu w ostatniej akcji dało Persom pozycję lidera tabeli przed drugą serią gier. Od tej pory przyszedł czas na znacznie grubsze ryby. Następna w kolejce była Hiszpania, gdzie zabrakło naprawdę niewiele do sprawienia niespodzianki. Jedynego gola w meczu strzelił Diego Costa, a “La Roja” wygrała spotkanie 1:0. Iran spadł na trzecie miejsce, więc żeby awansować, musiał pokonać Portugalię z rozkręcającym się Cristiano Ronaldo, który w pierwszych dwóch meczach MŚ zdobył cztery bramki.
Przez długi czas zespół z Azji utrzymywał remis 0:0, natomiast mistrzowie Europy wyszli na prowadzenie tuż przed przerwą za sprawą Ricardo Quaresmy. Sytuacja wyraźnie się skomplikowała - Irańczycy musieli nie tylko odrabiać straty, ale i liczyć na to, że Maroko pokona Hiszpanię. A do przerwy w ich meczu był wynik 1:1.
W 53. minucie nastąpił koszmar - ze względu na faul Ezatolahiego w “szesnastce”, sędzia podyktował rzut karny dla Portugalii. To mógł być koniec marzeń o fazie pucharowej dla Iranu. Beiranvand stanął w szranki z wielkim Ronaldo. Gwiazdor Realu Madryt wziął rozbieg, i… nie wykorzystał “jedenastki”. Bramkarz “Team Melli” wyczuł jego intencje i popisał się kapitalną interwencją.

Dzięki heroicznej obronie Alirezy, Irańczycy wciąż byli w grze. Koniec końców udało im się nawet wyrwać remis, bo w 90. minucie karnego wykorzystał Ansarifard. I choć okazało się to zbyt mało na awans, to o występie Beiranvanda zaczął mówić cały świat. Tak samo zresztą, jak o jego historii.
A historia lubi się powtarzać
Osiem lat po tym spotkaniu nazwisko golkipera ponownie znalazło się na ustach wszystkich. Znów dzięki mundialowi. 21 czerwca reprezentacja Iranu zremisowała 0:0 z Belgią, otwierając sobie szansę nawet na wygranie grupy G. To byłaby wielka sensacja, nie tylko ze względu na fakt, że byłoby to pierwsze, historyczne wyjście z grupy na MŚ. Chodzi tu też o konflikt Islamskiej Republiki Iranu ze Stanami Zjednoczonymi, który mocno namieszał także w kontekście reprezentacji. Nie wykluczano, że Iranu w ogóle na mundialu nie będzie - i choć finalnie kadra przyjechała do Ameryki Północnej, to na miejscu wciąż mierzy się z logistycznymi problemami, na które skarżyło się kilku reprezentantów (więcej TUTAJ). Nawet wczoraj, podczas podróży do Seattle na mecz z Egiptem, zatrzymani zostali asystent selekcjonera Saeid Alhoei oraz największa gwiazda drużyny, Mehdi Taremi. W takich warunkach trudno o uczciwą rywalizację.
Beiranvand zaliczył w meczu z Belgią siedem udanych interwencji. Znów został bohaterem drużyny w meczu z wyżej notowanym rywalem i całkiem zasłużenie wybrano go na piłkarza meczu. To dzięki niemu “Team Melli” wciąż jest na MŚ niepokonana - co więcej, zajmie w grupie pierwsze miejsce, jeżeli pokona jutro Egipt, a Belgia nie wygra wystarczająco wysoko z Nową Zelandią. W żadnym innym meczu świetna dyspozycja bramkarza nie będzie im tak bardzo potrzebna, jak w tym nadchodzącym. Wystarczy spojrzeć na rosnącą formę egipskich gwiazd - Mohameda Salaha i Omara Marmousha.
Bardzo możliwe, że do mundialowej paczki, złożonej m.in. z Guillermo Ochoi, Xherdana Shaqiriego i Ahmeda Musy, dołącza właśnie kolejny zawodnik, którego przeciętni kibice będą kojarzyć niemal wyłącznie ze świetnych występów na mistrzostwach świata. Szczególnie, że 33-letni już Beiranvand europejskiej piłki w swoim życiu liznął i zupełnie sobie nie poradził. Tuż po pandemii dołączył do belgijskiego Royal Antwerp, gdzie przez większość sezonu przykuty był do ławki. To samo było na wypożyczeniu w portugalskiej Boaviście, więc dziś znów gra w lidze irańskiej. Od dwóch lat stoi między słupkami tamtejszego FC Tractor, z którym rok temu sięgnął nawet po tytuł mistrzowski.
Dwa znakomite mecze na MŚ w przeciągu ośmiu lat to może być za mało, żeby na stałe wryć się w pamięć kibicom oglądającym turniej. Kiedy to więc zrobić, jeśli nie jutro? Mecz z Egiptem będzie najważniejszym w historii całej irańskiej piłki. Na awans “Team Melli” do fazy pucharowej mundialu, kibice czekają latami. Było blisko cztery lata temu w Katarze, jeszcze bliżej osiem lat temu w Rosji. Zdaje się więc, że nadchodzi czas, by to zmienić. I niech zmieni to Alireza Beiranvand - syn nomadyjskich pasterzy, który uciekł od rodziny w ślepej pogoni za futbolem.