Ostre ultimatum dla gwiazdy. Klub bez litości. "Przeproś i bierz się do pracy"

Ostre ultimatum dla gwiazdy. Klub bez litości. "Przeproś i bierz się do pracy"
Alter Photos / PressFocus
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 13:30
Wielkie pieniądze podobno lubią ciszę, ale głośne sagi transferowe kochają rozgłos. Jedna z najciekawszych w tym okienku dotyczy Juliana Alvareza znajdującego się w położeniu, z którego nie ma dobrego wyjścia. Na przeciąganiu liny w sprawie Argentyńczyka tracą dosłownie wszystkie zainteresowane strony.
Julian Alvarez i jego potencjalny transfer do Barcelony to temat, który od tygodni nie schodzi z okładek hiszpańskiej prasy. Można zrozumieć kataloński klub nalegający na sprowadzenie napastnika potencjalnie najlepiej pasującego do układanki Hansiego Flicka. Sam zainteresowany też wolałby grać w ekipie mistrzów Hiszpanii, co nikogo nie powinno dziwić. Jednocześnie całkiem naturalne pozostaje to, że Madrytczycy za żadne skarby nie chcą pozbyć się zdecydowanie największej gwiazdy drużyny. Stanowiska są jasne i niezmienne.
Dalsza część tekstu pod wideo
Wszystko zaszło już natomiast za daleko, aby znaleźć jakiekolwiek satysfakcjonujące rozwiązanie. Alvarez nie może udawać, że nagle kocha “Atleti” całym sercem, skoro niedawno publicznie deklarował chęć odejścia. Włodarze “Rojiblancos” oczywiście nie zgodzą się na transfer, ponieważ w świetle wcześniejszych deklaracji wyglądałoby to absurdalnie. Z kolei Barcelona, choć wie już raczej, że nie zdoła kupić Argentyńczyka, stwarza pozory dalszej walki, aby na koniec okienka Joan Laporta powiedział kibicom coś na zasadzie: “Patrzcie, próbowaliśmy wszystkiego. Nie udało się, trudno”.

Wieloczęściowa saga

Warto przypomnieć początek tej sagi, aby zrozumieć, skąd powstał cały ten ambaras. Pod koniec maja Barcelona złożyła za Alvareza ofertę w wysokości 100 mln euro. Atletico uznało to za afront i wyraz całkowitego braku szacunku. Rozzłoszczeni “Rojiblancos” postanowili publicznie zripostować ligowego rywala, zamieszczając serię kpiących wpisów. “Zaoferowali” za Lamine’a Yamala paczkę słoneczników i bilety na koncert Bad Bunny’ego. To był jasny sygnał - skoro składacie niepoważne oferty, nie oczekujcie poważnych odpowiedzi.
Na tym sprawa transferu teoretycznie mogłaby się zakończyć. Alvarez postanowił walczyć jednak o marzenia. I nie są to żadne wymysły katalońskiej prasy, która lubi koloryzować rzeczywistość, sugerując, że praktycznie każdy topowy piłkarz najchętniej widziałby siebie w barwach “Blaugrany”. Tym razem nie chodziło o artykuł na piątej stronie Sportu, tylko wypowiedź, która odbiła się bardzo szerokim echem. Po zwycięstwie z Austrią w drugiej kolejce fazy grupowej mundialu Julian przyznał wprost, że najlepszym rozwiązaniem byłby transfer, ponieważ chce spełnić marzenie. Tym samym jasno zasugerował chęć odejścia z Metropolitano.
Następnie mikrofony przejęły najważniejsze postacie obu klubów, czyli prezesi. Joan Laporta zaznaczył, że 100 mln euro to odpowiednia kwota za takiego piłkarza, a oferta Barcelony obowiązuje do końca lipca. W odpowiedzi Miguel Angel Gil Marin właściwie wyśmiał sternika “Dumy Katalonii” za próbę stawiania warunków. Szef “Rojiblancos” nie pozostawił złudzeń, mówiąc wprost: Alvarez nie jest na sprzedaż.
- Prezes innego klubu mówił, że ich oferta ma określony termin. Nasza odpowiedź ma zaś nieokreślony, ponieważ zawsze będzie taka sama. Daliśmy do zrozumienia zawodnikowi, jego agentom i przedstawicielom Barcelony, że nie będzie żadnego transferu. Nie przyjmiemy oferty w wysokości 100, 150 czy 200 mln euro. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że Atletico to właściwie miejsce dla Juliana, a Julian jest idealnym napastnikiem dla Atletico. Chcemy go zatrzymać. Kropka - podkreślał Gil Marin.

“Rodzinna” atmosfera

Temat potencjalnego transferu na parę tygodni przycichł. Oferta Barcelony teoretycznie wygasła, Laporta ograniczył aktywność medialną, a Alvarez poświęcił czas na odpoczynek po mistrzostwach świata. Kolejny moment kulminacyjny tej telenoweli miał nastąpić 10 sierpnia, kiedy Argentyńczyk wrócił do treningów po urlopie. Wydawało się, że będzie to idealna okazja, aby doszło do bezpośredniej rozmowy między piłkarzem, trenerem i działaczami “Atleti”. Tak się jednak nie stało, ponieważ Gil Marin wyjechał do Marbelli, a Diego Simeone udał się na krótkie wakacje na Ibizę. Patrząc z boku wyglądało to tak, jakby wszyscy chcieli uniknąć konfrontacji, do której prędzej czy później i tak dojdzie.
Następnie do głosu doszły media, które przedstawiają różne wersje wydarzeń. Źródła z Katalonii rozpisują się na temat rzekomej wściekłości Alvareza, który ma nie ustawać w pogoni za marzeniem o grze na Camp Nou. Madryckie dzienniki przekonują zaś, że Atletico trzyma się strategii “ani kroku w tył”. Włodarze z Metropolitano nie zgodzą się na transfer i nie interesuje ich wola piłkarza, ponieważ mają wszystkie karty w ręku. Julian może chcieć czego sobie tylko zapragnie, ale obowiązuje go kontrakt do 2030 roku, w którym zapisano klauzulę odstępnego na poziomie 500 mln euro. I to nie jest żadna niespodzianka. Przecież piłkarz dokładnie wiedział, co podpisuje, przechodząc dwa lata temu z Manchesteru City.
- Alvarez wybuchł ze złości, bardzo źle przyjął to, że w poniedziałek nie mógł porozmawiać ani z Simeone, ani z Gilem Marinem, których nie było w ośrodku treningowym. Piłkarz uważa, że klub nie dotrzymuje słowa i unika rozmowy na temat jego przyszłości. Nie porzuca jednak marzenia, chce zagrać tylko w Barcelonie. Jego przekaz do Atletico brzmi: “Na mnie już nie liczcie” - podano na łamach Mundo Deportivo. - Wiadomość Atletico do Juliana jest jasna: “Przeproś i bierz się do pracy”. Pięć konkretnych słów. To usłyszy Argentyńczyk od Simeone, Alemany’ego, Gila Marina i wszystkich. Stanowisko klubu pozostaje niezmienne. Atletico nie będzie prowadzić żadnych negocjacji w sprawie transferu, a Alvarez nie zagra w Barcelonie. Teraz powinien wziąć za przykład Antoine’a Griezmanna, który przyznał, że popełnił błąd, przechodząc na Camp Nou. Po powrocie przeprosił, strzelił mnóstwo goli i zamienił początkowe gwiazdy w owacje - opisał AS.

Wszyscy przegrali

Śledząc perypetie z Alvarezem w roli głównej, łatwo dojść do wniosku, że saga transferowa przysparza kłopotów wszystkim uczestnikom. Barcelona na razie nie kupiła żadnego nowego napastnika, trzymając się naiwnej wiary w to, że Atletico jednak odpuści i sprzeda Argentyńczyka. W efekcie po odejściach Roberta Lewandowskiego i za chwilę Ferrana Torresa realny staje się scenariusz, w którym Katalończycy rozpoczną sezon ligowy dosłownie bez ani jednej “dziewiątki” w kadrze. Julian próbował wymusić transfer, ale najwyraźniej mu się to nie udało. Można zatem domyślić się, że najbliższe miesiące spędzone w stolicy Hiszpanii nie będą dla niego łatwe. Kibice na Metropolitano raczej nie nagrodzą porcją oklasków zawodnika, który wyszedł przed kamery, aby ogłosić wszem i wobec, że wolałby zmienić barwy. Za to “Atleti” ma prawo do zatrzymania piłkarza z obowiązującym kontraktem i w pełni z tego korzysta. Jednocześnie “Los Colchoneros” nie zyskują na tym, że ich największa gwiazda do niedawna była myślami poza klubem.
Nie dokonano przecież zakupu innego snajpera, a jedyną alternatywą w kadrze pozostaje Alexander Sorloth, czyli gracz, chociaż wyraźnie wyższy, to ze zdecydowanie niższej półki.
Atletico powinno przede wszystkim zastanowić się, co poszło nie tak, że lider zespołu dosłownie nie chce w nim dłużej grać. To nie wygląda dobrze, kiedy kupujesz piłkarza za 75 mln euro, opierasz na nim ofensywę i po dwóch latach bez trofeów dochodzi do tak bolesnego rozłamu. Można krytykować Barcelonę, bo rozkręciła medialną machinę, trąbiąc o transferze, który wcale nie musi zostać zrealizowany. Koniec końców najważniejsze jest jednak to, co dzieje się na boisku. A tu “Blaugrana” dysponuje ciekawszym projektem sportowym, który działa na topowych graczy jak magnes. Pewnie, że w poprzednim sezonie “Rojiblancos” wyrzucili ekipę Flicka z Copa del Rey i Ligi Mistrzów. Ale potem sami przegrali w tych rozgrywkach odpowiednio z Realem Sociedad oraz Arsenalem. W 66. minucie rewanżowego półfinału na Emirates, kiedy “Atleti” przegrywało tylko jedną bramką, Simeone zdjął z boiska Alvareza i wpuścił Thiago Almadę. Obchodząc się w ten sposób z zawodnikiem klasy światowej, trudno oczekiwać w zamian wdzięczności.
- Z jednej strony masz zespół, który oferuje ci zero trofeów, gdzie w 60. minucie jesteś zmieniany przez obrońcę. Z drugiej, masz najlepiej atakujący zespół w Europie, w którym mógłbyś korzystać z dograń Pedriego, Lamine’a czy Raphinhi. Nadszedł czas, aby Julian dokonał właściwego wyboru - mówił w maju Lautaro del Campo, popularny argentyński streamer.
Jak to wszystko się zakończy? Idąc za słowami Gila Marina, Alvarez nie jest na sprzedaż, więc po prostu zostanie na kolejny sezon. Być może prędzej czy później zdecyduje się na przeprosiny i wycofanie z wcześniejszej deklaracji o chęci spełnienia marzeń w innym klubie. Pytanie brzmi, czy kibice na Metropolitano będą na tyle wyrozumiali, aby wybaczyć “synowi marnotrawnemu”. Kolejna kwestia dotyczy tego, jaką formę zaprezentuje zawodnik, któremu nie udało się postawić na swoim. Na uboczu mamy jeszcze Barcelonę, która zamierzała zastąpić Lewandowskiego Julianem, po czym nie ma ani Polaka, ani Argentyńczyka, a jeszcze Ferran wyjeżdża do Paryża.
Każdy może wyciągnąć z tego jakąś lekcję. “Barca” w przyszłości nie powinna fiksować się na jednym celu transferowym, mitrężąc praktycznie całe okienko. Atletico musi zrobić wszystko, aby podnieść poziom sportowy, co ograniczy chęć gwiazd do natychmiastowej wyprowadzki z Metropolitano w poszukiwaniu szczęścia gdzie indziej. Zaś sam Alvarez, a także wszyscy inni piłkarze, już wiedzą, że umów się dotrzymuje. Jeśli zgadzasz się na klauzulę w wysokości pół miliarda euro, nie bądź zdziwiony, gdy klub nie sprzeda cię pięć razy taniej. W biznesie najwidoczniej nikt nie kieruje się sentymentami.

Przeczytaj również