Koszmar Anglików. A inni nie uczą się na błędach. "Przepis na katastrofę"
Wprowadzanie zawodników na boisko wyłącznie pod serię rzutów karnych to fatalny pomysł. Tak przynajmniej mówią twarde dane. Do głośnych przypadków znanych z EURO 2020 i wcześniejszych imprez dołączyły najnowsze historie z obecnego mundialu. A to oznacza jedno: mamy do czynienia ze stałym, ugruntowanym trendem.
To jeden z najbardziej dramatycznych momentów w nowoczesnym futbolu. Zbliża się 120. minuta wyczerpującego meczu fazy pucharowej. Wynik na tablicy świetlnej ani drgnie, cały czas wskazując remis. Perspektywa rzutów karnych jest już nieunikniona. Wtedy trener decyduje się na zagranie va banque: przeprowadza zmianę w ostatnich chwilach dogrywki, ściągając z boiska skrajnie zmęczonego zawodnika i wprowadzając świeżego – w domyśle „specjalistę” od stałych fragmentów gry.
Z perspektywy teorii i czystej statystyki brzmi to logicznie. W praktyce? To taktyczny grzech pychy, który ignoruje dwie kluczowe kwestie: ludzką psychikę oraz fizjologię. W efekcie ten manewr regularnie zamienia wielkie gwiazdy w tragicznych bohaterów narodowych dramatów. Czas, aby trenerzy ostatecznie porzucili ten bezsensowny schemat.
Dlaczego to nie ma prawa działać?
Piłka nożna to nie bejsbol ani futbol amerykański, gdzie niemal każdy ruch da się przełożyć na suche arkusze kalkulacyjne. Kiedy piłkarz wchodzi na murawę w 119. minucie, jego ciało i umysł znajdują się w zupełnie innym stanie niż u gracza, który od dwóch godzin walczy o każdy centymetr boiska i jest maksymalnie „dogrzany” emocjonalnie.
Często taki zmiennik do końca dogrywki nie zdąży nawet poczuć piłki, zaliczyć chociażby jednego podania czy wejść w bezpośrednie starcie z rywalem. Pozostaje bez tzw. czucia gry, a w perspektywie czeka go jedno ultrawaźne kopnięcie – i to po kilkuminutowej przerwie przeznaczonej na losowanie stron oraz oficjalne przygotowania do serii jedenastek. W normalnych warunkach zawodnik potrzebuje czasu, by zaadaptować się do temperatury meczu. Tutaj jego pierwszym i zarazem ostatnim kontaktem z futbolówką jest strzał z „wapna”, od którego zależą losy turnieju.
To na nim skupiają się oczy całego świata, a już na pewno kraju, który reprezentuje. Staje się centralnym punktem uwagi. Jeśli trafi – nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, zrobił po prostu to, czego od niego oczekiwano. Jeśli jednak spudłuje, cała odpowiedzialność spada na jego barki. To potworny, niesprawiedliwy ładunek emocjonalny, zdolny przygnieść każdego sportowca. Najbardziej jaskrawe i bolesne przykłady tej błędnej strategii widzieliśmy na najwyższym światowym poziomie. Trenerzy zdają się zapominać, że karne to w 80% wojna psychologiczna, a nie festiwal czystych umiejętności technicznych.
Southgate przekombinował
Zjawisko to straciło jakiekolwiek argumenty obronne podczas EURO 2020. Gareth Southgate, ówczesny selekcjoner reprezentacji Anglii, przeszedł do historii jako autor jednej z najbardziej spektakularnych klęsk wizerunkowych tej taktyki. W 120. minucie finału przeciwko Włochom zaordynował wprowadzenie Marcusa Rashforda i Jadona Sancho. Obaj mieli być gwarantem precyzji przy strzałach z jedenastu metrów. Efekt? Pierwszy trafił w słupek, uderzenie drugiego obronił Gianluigi Donnarumma. Obaj zawiedli w kluczowym momencie, a Anglia straciła tytuł na własnym terenie.
Wydawałoby się, że wyciąganie wniosków z takich lekcji to domena elitarnych szkoleniowców. Jednak trzy lata później, podczas EURO 2024 w Niemczech oraz na tegorocznym mundialu, sztaby szkoleniowe znów uległy tej samej iluzji. W meczach fazy pucharowej, gdy dochodzi do dogrywek, nadal oglądamy gorączkowe roszady przy linii bocznej w okolicach 118. czy 119. minuty.
W 1/16 finału MŚ w USA, w starciu Niemiec z Paragwajem, obaj trenerzy zdecydowali się na ten ryzykowny krok. Po stronie “Die Mannschaft” Nadiem Amiri ostatecznie utrzymał zimną krew, ale już Fabian Balbuena, który pojawił się na boisku na ostatnie sekundy, fatalnie przestrzelił swoją próbę i omal nie pogrzebał szans Paragwaju na awans do czołowej szesnastki. Na jego szczęście koledzy z drużyny zdołali go później wyręczyć.
Bezwzględne statystyki
Kiedy sprawy przybierają taki obrót, najprościej powiedzieć, że wprowadzanie graczy „z ławki, na zimno” to błąd. I nie są to tylko puste frazesy – dane w tej kwestii są niepodważalne. Według statystyk zebranych przez Optę podczas ostatnich edycji mistrzostw Europy i świata, aż ośmiu z ostatnich dziesięciu piłkarzy wprowadzonych na boisko po 115. minucie zmarnowało swój rzut karny. To porażający wynik, oznaczający skuteczność na poziomie zaledwie 20 procent.
W tym gronie znajduje się m.in. trzech reprezentantów Anglii. Poza wspomnianymi Rashfordem i Sancho, warto pamiętać o ćwierćfinale mundialu w 2006 roku przeciwko Portugalii. Jamie Carragher wszedł wtedy na murawę w 119. minucie, dotknął piłkę tylko raz, po czym przestrzelił karnego (który i tak był powtarzany), przyczyniając się do eliminacji „Synów Albionu”.
Co ciekawe, Carragher, Rashford i Sancho mieli przynajmniej okazję poczuć futbolówkę przed końcowym gwizdkiem. Tego komfortu zabrakło Balbuenie, a znacznie wcześniej podobnego pecha miał Simone Zaza. Włoski napastnik został wpuszczony na boisko w końcowych sekundach ćwierćfinału EURO 2016 przeciwko Niemcom. Przed podejściem do piłki ustawionej na jedenastym metrze nie zdążył dotknąć w grze choćby raz. Skończyło się to memiczną katastrofą – do dziś wszyscy pamiętają jego słynny rozbieg odmierzany drobnymi kroczkami, po którym posłał piłkę wysoko nad poprzeczką.
Sam pomysł na wpuszczanie zawodnika wyłącznie pod karne to w gruncie rzeczy dość świeży wymysł. W całej historii mistrzostw świata i Europy zaledwie 12 piłkarzy weszło na murawę po 115. minucie, by chwilę później strzelać w serii jedenastek. Tylko trzy z tych przypadków miały miejsce przed EURO 2016. To osobliwy paradoks, szczególnie w erze futbolu tak mocno opartego na analityce. Liczby bowiem wyraźnie premiują wykonawców, którzy grają od pierwszej minuty.
Od EURO 1996 do dziś zawodnicy z wyjściowych składów wykorzystali 201 z 277 rzutów karnych w turniejowych seriach jedenastek, co daje solidne 73% skuteczności. Z kolei gracze wprowadzani w drugiej połowie dogrywki trafili zaledwie 18 z 32 prób, zatrzymując się na skromnych 56%. Im później wchodzą na boisko, tym ich szanse drastycznie maleją.
Bramkarze też bywają ofiarami
Zwolennicy tej metody zawsze wracają pamięcią do mistrzostw świata w 2014 roku. Louis van Gaal w meczu z Kostaryką wprowadził Tima Krula tuż przed rzutami karnymi, a ten został absolutnym bohaterem Holandii.
To jednak klasyczny błąd poznawczy. Zmiana bramkarza ma zupełnie inną dynamikę psychologiczną – to golkiper próbuje zdestabilizować strzelca i nie ciąży na nim aż tak paraliżująca presja bezbłędności jak na zawodniku z pola, który po prostu musi trafić w światło bramki. Ponadto ten manewr udaje się tylko czasami. Na obecnym mundialu widzieliśmy już taką sztuczkę i kompletnie ona nie wypaliła.
W starciu Australii z Egiptem, na minutę przed końcem dogrywki, broniący od pierwszej minuty Patrick Beach – który do tamtego momentu notował genialną średnią obronionych strzałów – został zmieniony przez doświadczonego Mathew Ryana. Zmiana miała być genialnym posunięciem taktycznym, tymczasem Ryan nie wybronił ani jednego strzału rywali i „Kangury” pożegnały się z turniejem.
Trenerzy muszą wreszcie zrozumieć, że rzuty karne to nie jest powtarzalne ćwiczenie treningowe w sterylnych warunkach. Rzucanie zawodnika na jedną minutę tylko po to, by wykonał wyrok, to gotowy przepis na sportową tragedię. Czas zaufać tym, którzy zostawili serce na boisku przez pełne dwie godziny.