Oto najbardziej obrzydliwa drużyna mundialu. Żenujący spektakl. "Zachowywał się jak klaun"
Paragwaj nie wyszedł na boisko, aby wygrać z Francją. On nawet nie wyszedł na mecz, ale regularną bijatykę, w którą zamierzał wciągnąć rywala i pokonać doświadczeniem.
Paragwaj to dumny naród, który kocha swoją historię. Być może dlatego podopieczni Gustavo Alfaro próbowali wzorować się na wielkich poprzednikach. W 1966 roku Paragwaj miał najgorszą skuteczność podań w historii mistrzostw świata - 53,9% z Turcją. Od tamtej pory nikt się do tego wyniku nie zbliżył. W sobotę jednak zrobił to Paragwaj, miał 54,1% z Francją.
W 2011 roku Paragwaj zajął drugie miejsce w Copa America. W podstawowym czasie nie wygrał żadnego spotkania - remisy z Ekwadorem, Brazylią i Wenezuelą, w fazie pucharowej znów remis z Brazylią (2:0 w karnych), z Wenezuelą (5:3 w karnych) i dopiero w finale lanie od Urugwaju (0:3). Być może sam Alfaro i jego podopieczni uznali, że to właściwa droga, aby odnieść sukces na tegorocznym mundialu. Bo z całą pewnością nie zależało im na tym, aby z Francją wygrać na normalnych warunkach.
Drużyna z Ameryki Południowej z pełną premedytacją wykorzystała jeden z najgorszych indywidualnych występów sędziego w dziejach tego turnieju. Uzbek Ilgiz Tantashev był po prostu ślepy. Chociaż Paragwajczycy cięli rywala równo z murawą, bili rekord wślizgów, a oszalały Matias Galarza zachowywał się jak klaun, gdy padał przy najmniejszym podmuchu wiatru, chociaż wcześniej sam urządzał regularnie polowanie na Francuzów na czele z biciem Kyliana Mbappe i Micheala Olise - nie zobaczyli żadnej żółtej kartki. Prymitywne zachowanie Galarzy nie było nawet sprawdzane na monitorze VAR. Francuzi wygrali jedenastu na dwunastu.
Z biegiem czasu robiło się tylko gorzej i nie pojmuję, jak komuś postawa Paragwajczyków mogła się podobać. Nie było w niej nic z romantyzmu cechującego starcia underdogów z wielkimi mistrzami. Paragwajowi nie dało się kibicować, bo to nawet nie była piłka. Po spotkaniu z Niemcami Alfaro mówił, że jego chłopaki pochodzą z czerwonej ziemi. Zrobili wiele, aby murawa w Filadelfii przejęła taki właśnie kolor. Być może wtedy Paragwaj spróbowałby chociaż raz stworzyć składną akcję i spróbować strzelić gola. Temu zespołowi nijak nie zależało na zwycięstwie. Napędzała go jedynie ślepa furia.
Żaden to taktyczny geniusz, jeśli twój zespół ucieka się wyłącznie do fauli. To nie tak, że wślizgi Paragwajczyków cechowała wzorowa dokładność. Że sunęli po murawie i raz za razem zatrzymywali Francuzów. Wręcz przeciwnie. Często nawet nie próbowali sięgnąć piłki. W pewnym momencie Mbappe chronił futbolówkę w narożniku boiska, a Galarza rzucił mu się na wysokości kolan.
Nikt nie powinien wchodzić na boisko z myślą o tym, aby pobić przeciwnika w dosłownym znaczeniu tego słowa. A jednak to właśnie kierowało Paragwajem. Złotousty Alfaro próbował wywoływać współczucie, gdy na konferencji prasowej opowiadał o trudnej przeszłości zawodników, którzy nawet nie znali swych ojców. Nikogo to nie obchodzi. Paragwaj kończy jako czarny charakter tego mundialu, chociaż po meczu z Niemcami wydawało się to niemożliwe.
Zespół odarto z godności, Francuzi śmiali się przeciwnikom w twarz. W pełni zrozumiała reakcja, biorąc pod uwagę, że Paragwaj nie próbował grać w piłkę nawet wtedy, gdy musiał gonić wynik. W swej zapalczywości zapomniał o tym, że 0:1 nie daje niczego. Jedynym, który ostał się z filadelfijskiego piekła i nie splamił honoru, pozostaje Orlando Gill. Głównie dlatego, że golkiper, który sprzedawał swoje rzeczy, aby uratować życie córki, trzymał się bramki, jakoby przeczuwając, że krok dalej to krok w przepaść.
Da się odpaść jak Republika Zielonego Przylądka. Da się odpaść jak Paragwaj. Sami wybierzcie, co wolicie.