Oto nowy trener Rakowa Częstochowa? "Zanosi się na gotowanie w sosie własnym"

Jak to się stało, że Raków - przez lata uchodzący na polskim podwórku za wzór profesjonalizmu i poukładania - znalazł się w miejscu, w którym każda decyzja jest kwestionowana? Dlaczego w Częstochowie wciąż trzymają się jednej wizji, chociaż przestała przynosić rezultaty? Problemy pod Jasną Górą coraz trudniej zbagatelizować.
Przejęcie sterów Rakowa przez Marka Papszuna w 2016 roku to najważniejsza decyzja we współczesnej piłce w naszym kraju. Bez tego ruchu Michała Świerczewskiego nie byłoby ani wielkiego Rakowa, ani wielkiego Papszuna. Ponad siedmioletni związek zakończył się przemarszem z II ligi do Ekstraklasy, zdobyciem dwóch Pucharów Polski, dwóch Superpucharów oraz mistrzostwa. Na krajowym podwórku Raków wygrał wszystko, co tylko wygrać mógł.
Niewielki przecież klub znalazł swoje miejsce na piłkarskiej mapie Polski i stopniowo zaczął poszerzać wpływy. Finalnie osiągnął status, który większość zespołów buduje przez kilkanaście lat, a niektórym nie udaje się nawet do niego dotrzeć. Stał się projektem rewolucyjnym, unikatowym, skłaniającym do refleksji. Bo jeśli wyciągnięty z drugoligowego niebytu Raków mógł nagle rzucić rękawicę Legii i Lechowi - nie mówiąc już o pogrążonych w problemach Wiśle Kraków, Widzewie czy Górniku Zabrze - to zaczęto marzyć, że każdy będzie w stanie to osiągnąć. W Częstochowie zbudowano jednak wyjątkowe fundamenty, które stały u podstaw sukcesu. W centrum postawiono Papszuna i trzymano się go za wszelką cenę.
Chociaż zespół miewał gorsze okresy, jedynym warunkiem pożegnania Papszuna stało się jego odejście. O zwolnieniu nikt w gabinetach nie chciał rozmawiać ani nawet myśleć. W końcu jednak sam szkoleniowiec postanowił zrobić krok do przodu. A Raków nie tyle został w miejscu, co zaczyna się cofać, cały czas oglądając za ramię i kierując tęskny wzrok w stronę Łazienkowskiej.
Jeden schemat
Papszun pierwszy raz odszedł z Rakowa w 2023 roku. Przez kolejne 12 miesięcy był łączony z licznymi zagranicznymi drużynami lub reprezentacją Polski, bo też z taką myślą porzucał pracę pod Jasną Górą. W reprezentacji zdecydowano się jednak na Michała Probierza, Papszun przegrał bezpośredni pojedynek, co swoją drogą sprawiło, że z wielką niechęcią zaczął patrzeć na Cezarego Kuleszę. Z klubami zaś było jeszcze ciekawiej, przynajmniej pod względem spekulacji. Chronologicznie rzecz ujmując trenera przymierzano do Maccabi Hajfa, Olympiakosu, Arisu Saloniku, Dynama Kijów, Bordeaux, Schalke (Tomasz Hajto uruchamiał kontakty), Szachtara, OFI Kreta i Sunderlandu. Do tego reprezentacji Czech. Jak wiemy - nie wyszło. Papszun przez rok odpoczywał.
Raków natomiast pierwszy raz od siedmiu lat stanął przed zadaniem wyboru nowego szkoleniowca. Sytuacja niestandardowa, bo rzadko który trener dostaje tyle czasu we współczesnej piłce, to cecha nie tylko polska. Rozwiązanie było unikalne, bo chociaż mówiono o dużych nazwiskach, Świerczewski i spółka postawili na człowieka z cienia. Stery pierwszej drużyny przejął Dawid Szwarga, dotychczasowy asystent Papszuna. Szwarga nie miał żadnego doświadczenia w samodzielnym prowadzeniu zespołu, tymczasem przejął znajdujące się u szczytu potęgi “Medaliki”. Wytrwał sezon.
Kadencję Szwargi oceniono bardzo krytycznie. 35-latek pozostaje ostatnim szkoleniowcem polskiego klubu, który usłyszał hymn Ligi Mistrzów, ale długo było to jedyne pozytywne wspomnienie. W Lidze Europy Częstochowian zlały rezerwy Atalanty, w ćwierćfinale Pucharu Polski zrobił to Piast Gliwice, w Ekstraklasie skończyło się na słabiutkim siódmym miejscu. W ostatnich 10 kolejkach Raków zdobył wtedy dziewięć punktów. Dalsza praca Szwargi okazała się wykluczona. Wydawało się więc, że klub wyciągnie wnioski i nie będzie na siłę szukał dosłownego następcy Papszuna. Że nie będzie już wrzucał młodych ludzi na bardzo głęboką wodę. Nic bardziej mylnego.
Po próbie ze Szwargą wrócił Papszun, który pracował przez kolejne półtora roku. Pewnie pracowałby do tej pory, gdyby nie Legia, ukochany klub szkoleniowca. Poza tym klub będący marką znacznie potężniejszą niż Raków. Bo chociaż “Medaliki” osiągały sukcesy spokojnie dorównując Warszawiakom, to wytworzenie kibicowskiego fermentu okazało się zadaniem znacznie trudniejszym, właściwie niewykonalnym. Marka Legii pozostaje wyjątkowa w skali kraju, toteż bez większych problemów udało się Papszuna przekonać.
Co w tej sytuacji zrobił Raków? Ano wydawało się, że jest przygotowany. Szybko ogłoszono, że zespół poprowadzi Łukasz Tomczyk. Trenera Polonii Bytom, rewelacji pierwszej ligi, witano z fanfarami, mówiono o długoterminowej współpracy. Tomczyk miał również tę zaletę (przynajmniej z perspektywy władz Rakowa), że był człowiekiem z Częstochowy. Na początku kariery prowadził lokalną Victorię, był też związany z młodzieżowymi zespołami Rakowa. W mitycznym notesie Świerczewskiego był od kilku lat. Po pół roku nazwisko zaczęto energicznie wymazywać.
Tomczykowi nie pozwolono nawet dokończyć sezonu. Wyleciał z hukiem po klęsce z Górnikiem Zabrze w finale Pucharu Polski. W ostatnich kolejkach drużynę prowadził Dawid Kroczek. Początkowo mówiono, że to rozwiązanie tymczasowe, ale kiedy Raków zdołał wywalczyć miejsce w eliminacjach Ligi Konferencji, potwierdzono, że Kroczek zostaje na dłużej. Stwierdzenie “na stałe” byłoby w tym wypadku absurdalne.
Kroczek - znów trener zdecydowanie przed 40. rokiem życia - nieźle wypadł w Cracovii. Poza tym był, bez zaskoczenia, asystentem Papszuna. Kiedy zaś stery przejął Tomczyk, Kroczka przesunięto na inną funkcję, bo Tomczyk wolał swoich ludzi. Kroczek pozostał jednak w klubie i w maju dostał szansę. Wytrzymał jeszcze krócej niż Tomczyk. Trzy miesiące i do widzenia - Raków w tym czasie odpadł z eliminacji Ligi Konferencji oraz przegrał wszystkie spotkania w Ekstraklasie. Przez siedem lat miał trenera jednego, w ostatnich 12 miesiącach będzie miał… czwartego.
Paradoks Rakowa
Kroczka zwolniono bez przygotowania odpowiedniego gruntu, co znów podważa słynny profesjonalizm Częstochowian. Kiedy ogłoszono decyzję, klub nie miał dogadanego następcy. Ba, sprawy nie udało się załatwić w ciągu następnych 24 godzin, a wszystko wskazuje na to, że wybór pochłonie kolejne dni. Nowy trener nie poprowadzi drużyny w nadchodzącym starciu z Górnikiem Zabrze, a nawet nie wiadomo, czy znajdzie się na ławce już w starciu z Lechem Poznań. Sytuacja jest dynamiczna, ale nie można wykluczyć, że dwa spotkania Raków rozegra z trenerem tymczasowym.
Po pożegnaniu Kroczka funkcję na chwilę powierzono Dawidowi Szulczkowi. Czwarty raz z rzędu - piąty, jeśli pominiemy drugą kadencję Papszuna - Raków poszedł tym samym schematem. Szulczek ma 36 lat, a ostatnio pracował w Rakowie jako asystent. Trudno nie odnieść wrażenia, że klub kręci się w kółko, ale umyka mu, że goni nie czołówkę Ekstraklasy, ale własny ogon.
Paradoks Rakowa polega na tym, że chociaż udało się stworzyć bardzo poważny klub, to pozostał on skrajnie wręcz hermetyczny. Raków nie ma nawet jako takiego dyrektora sportowego, co wynika ze specyfiki zarządzania klubem przez Świerczewskiego i jego najbliższych współpracowników. Problem w tym, że ta taktyka zdała egzamin jedynie przy Papszunie. Kolejne wybory to mniejsze lub większe pomyłki.
Skauting trenerów w Rakowie po prostu nie istnieje. Nie ma nic złego w posiadaniu własnej filozofii, ale musi przynosić konkretne efekty, w innym przypadku staje się niczym więcej jak tylko szkodliwą fanaberią. Każdy z ostatnich pięciu szkoleniowców “Medalików” był Papszunem, jego asystentem, asystentem asystenta lub człowiekiem z Częstochowy. Urosło to do rangi mema. Minimalizowanie ryzyka przesunięto do tego stopnia, że samo w sobie stało się wielkim ryzykiem. A na zmianę podejścia nic nie wskazuje.
Teraz, gdy Raków znów wybiera, mówi się przede wszystkim o dwóch nazwiskach - z jednej strony Szwarga, z drugiej Goncalo Feio. Portugalczyk może wydawać się odświeżeniem, ale tylko na pierwszy rzut oka. 36-latek przez dwa lata był przecież asystentem Papszuna. Dopiero po okresie w Częstochowie poszedł na swoje i szturmem wziął Motor Lublin. Znów więc zanosi się na gotowanie w sosie własnym. Raków nie potrafi wyjść poza ramy pewnego schematu, nawet jeśli schemat przestał działać, a piłka w Polsce dynamicznie się zmieniła. Klub, który wyznaczał trendy, nie potrafi teraz za tym nadążyć.
Szwarga i Feio są też dowodem na to, że Raków nie określił sobie konkretnej koncepcji. Jeden hołduje futbolowi bardziej defensywnemu, drugi kocha piłkę ofensywną. Trudno to pogodzić, jednolicie ubrać, co powoli staje się motywem przewodnim Rakowa. Tomczyk miał odejść od filozofii Papszuna, ale mu na to nie pozwolono. Kroczek miał do niej nawiązać, ale też nie dał rady. Klub się pogubił, szuka oddechu, lecz ciężko go zaczerpnąć, skoro liga nie zwalnia, wymarzony trener nie istnieje, zaś skonstruowana za spore pieniądze kadra zawodzi na każdym kroku.