Niebywałe, kogo sprowadził Enrique. "Wszyscy byliśmy w szoku"
Mówi się, że już teraz jest jednym z najlepszych trenerów XXI wieku. Jego magnetyzm i bezkompromisowość odwróciły narrację wokół PSG i zburzyły tzw. monarchię piłkarzy. Luis Enrique rządzi kijem i marchewką, za chwilę może mieć trzy Ligi Mistrzów na koncie, a mimo to ciągle powtarza jedno: “Bez mojego sztabu jestem nikim”. To dlatego na drugim planie coraz mocniej świeci 38-letni Rafel Pol, nazywany w Paryżu “Komputerem”.
Rok temu bohaterów w finale było wielu. Kibice zapamiętali Ousmane’a Dembele i Kwaracchelię. Graczem meczu został Desire Doue. Ale w centrum był oczywiście Luis Enrique, a obok niego Rafel Pol. Jeszcze przed końcowym gwizdkiem kamery pokazały jak prawa ręka trenera płacze. Był to poruszający obraz człowieka, który sześć miesięcy wcześniej w wyniku choroby stracił żonę. Podobnie jak Enrique w przypadku dziewięcioletniej córki: przeżył osobiste piekło, a potem zacisnął zęby i ruszył dalej. Piłkarze PSG w poprzednim sezonie grali również dla niego.
Siła sztabu
O mistrzu Francji mówi się dzisiaj, że jest mieszanką niezwykłej jakości z potężną dyscypliną. Era katarskich pieniędzy w Paryżu przerabiała m.in. Carlo Ancelottiego, Unaia Emery’ego i Thomasa Tuchela, ale dopiero Luis Enrique potrafił zbudować szatnię, gdzie zawodnicy nie patrzą tylko na czubek własnego nosa. Grubo ponad dekadę trwało zamienianie zespołu “błyskotek” w fortecę. Często mówi się, że Enrique wygrał pozbyciem się Kyliana Mbappe i przekonaniem graczy do absolutnego poświęcenia. Rzadko jednak zwraca się uwagę, że to kolejny trener, który umie otaczać się mądrymi ludźmi. Siłą PSG nie jest sam Enrique. Jest nim sztab liczący aż 37 osób, jeśli weźmiemy pod uwagę dietetyków, lekarzy i logistyków.
- Moją najlepszą cechą jest selekcjonowanie otoczenia. To ludzie wokół mnie wyciągają ze mnie to, co najlepsze. Wyprowadzają mnie ze strefy komfortu. Są pracowici i dużo wymagają - mówił Enrique w rozmowie z L’Equipe.
To nie jest tylko facet pochłonięty obsesją kontroli. PSG jako marka zatrudnia dzisiaj ponad 700 osób, każda dokłada swoją cegiełkę, a całą kulturę klubu podsyca trener, który umie słuchać innych i nie boi się stawiać na młodszych. Rafela Pola poznał, kiedy ten miał 24 lata. Przy transferze do Romy w 2011 roku musiał osobiście przekonać właścicieli, że ten chłopak jest gotowy na Serie A. Wcześniej nie pracował w zawodowej piłce - to Enrique najpierw go wypatrzył, a potem zaufał.
Książka inspiracji
To były jeszcze czasy rezerw Barcelony, kiedy Enrique wbijał pierwszą flagę na swojej drodze. Rolę jego asystenta pełnił Robert Moreno, który był wspólnikiem w jednym z wydawnictw. Podczas wspólnej rozmowy pojawił się temat książki studenta z Majorki. Temat dotyczył przygotowania fizycznego. Autorem był Rafel Pol, który pracował też z drużyną kobiet w drugiej lidze. Enrique przeczytał tę książkę i koniecznie chciał poznać autora, który nie bał się wielu kwestii podważać i narzucać własnego, rewolucyjnego myślenia. W swojej pracy mieszał Mourinho z Einsteinem, wplatał wątki filozofów i odnosił się do praktyków jak Andres Iniesta. Po latach prezes Las Planas, gdzie pracował Pol, powiedział: “Wszyscy byliśmy w szoku. Rafel był w skromnym klubie, a nagle wyjechał do Romy”.
Przez następną dekadę poznawał warsztat Enrique. Byli ze sobą wszędzie: w Celcie Vigo, w reprezentacji Hiszpanii, a od 2023 roku pracują w PSG. Zdanie z książki Pola pt. “Piłkarz ma więcej wspólnego z asystą niż z robotem” bardzo spodobało się Enrique. Obaj twierdzą, że nie wystarczy tylko “pompować” zawodników fizycznie i że równie ważne jest pobudzanie ich umysłów. Treningi w Paryżu zawsze są różnorodne. To Pol odpowiada za sesje, które uczą zawodników reagowania na nieprzewidywalne sytuacje – tak jak w meczu, gdy przez 90 minut zarządzasz chaosem.
Więcej elastyczności
W Paryżu dostał ksywkę “Komputer”, ale nie odnosi się ona tylko do chłodnej analityczności. Ludzie w klubie widzą w Hiszpanie kogoś, kto w każdym aspekcie jest bardzo spójny i precyzyjny. Odpowiada za kilka obszarów jednocześnie, np. dalej pracuje nad stałymi fragmentami gry. Podczas meczów PSG jeden rytuał stale się powtarza: kiedy Enrique kuca i wraca na ławkę, Pol nagle się podnosi i zaczyna instruować zawodników przy każdym rzucie rożnym albo wolnym. Zawodnicy mają do niego ogromny szacunek, choćby za to, że szybko nauczył się francuskiego i zaczął komunikację w tym języku. Enrique pozwala Polowi przemawiać w szatni, choć wydawałoby się, że taki “autokrata” wszystko chciałby robić sam.
Ostatnio sporo mówi się o tym, że trener PSG nie jest już takim despotą, jak dawniej. Wynika to być może z tego, że zbudował fundamenty w szatni, która sama już wie, które zachowania są właściwe. I która po prostu widzi, że droga obrana ponad dwa lata temu przynosi sukcesy. Wiosną podczas meczu Ligi Mistrzów Enrique miał wątpliwości odnośnie stanu fizycznego jednego z liderów ofensywy. Spytał go, czy jest w stanie poświęcić się w obronie i kryć indywidualnie pomocnika rywali. “Jeśli nie, to znajdziemy inne rozwiązanie” - miał powiedzieć Enrique. Piłkarz ostatecznie wykonał zadanie. Według Hiszpana, dając graczom pewną elastyczność, dużo łatwiej jesteś w stanie zachęcić ich do określonych działań.
Obsesja wygrywania
- Z każdym rokiem mam coraz mniej kontroli - przyznał niedawno Enrique. Wynika to z tego, że bardzo ufa sztabowi i po prostu wiele rzeczy przerzuca na nich. Kiedy przychodził do Paryża, dyrektor Luis Campos chciał za wszelką cenę zatrzymać poprzedniego asystenta, Joao Sacramento. Enrique od początku uparł się na swoich ludzi. Cała jego kariera zbudowana jest na uporze i twardych zasadach. Jako piłkarz dwa razy był odrzucany przez akademię Gijon - tylko własnej pracy i waleczności zawdzięcza to, że nie pozwolił innym meblować swojego życia. Z Barcelony też przecież odchodził wtedy, kiedy kierownictwo zaczęło z butami wchodzić w jego kompetencje.
Przez lata mówiło się o nim, że jest nieufny do świata zewnętrznego. Ciągnie się to za nim od 1996 roku, kiedy przy transferze z Realu do Barcy wpadł w szał i zniszczył aparat fotografa, który przyłapał go na badaniach lekarskich. Potem oczywiście zadzwonił do redakcji i zapłacił za szkodę. Zawsze był impulsywny i robił rzeczy, których potem żałował. Z drugiej strony w ostatnich latach nieco wyluzował. Paradoksalnie Paryż, w którym zawsze się kotłowało i który był trudny do ujarzmienia, dla Enrique okazał się oazą.
Nie zmienia się tylko jedno: dalej wymaga pełnego zaangażowania i nienawidzi przegrywać. To obsesja wygrywania ciągle pcha go do przodu, a nadający na tych samych falach sztab ludzi stale podsyca ogień. 30 maja w Budapeszcie znowu zobaczymy ich razem. W wielkim finale Ligi Mistrzów będą chcieli pokonać Arsenal.