Papszun mówi wprost. Legia straciła najlepszego piłkarza. "Ciężko przejść obojętnie"

Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Po dwóch sezonach z rzędu poza podium Legia musi w końcu powiedzieć sobie dość. Ale czy będzie w stanie to zrobić? Czy Marek Papszun wystarczy do tego, aby wyprowadzić klub na prostą?
Poprzedni sezon miał być dla Legii totalną katastrofą i wyniki za kadencji Inakiego Astiza nieomal do niej doprowadziły. Później jednak za stery chwycił Marek Papszun, wykorzystał swoje doświadczenie i ogólny chaos panujący w Ekstraklasie. Warszawiacy finiszowali nie w strefie spadkowej, ale w górnej połówce tabeli. Otarli się o puchary.
Teraz, rzecz oczywista, chcą więcej. Walka o mistrzostwo pozostaje w sferze marzeń, chociaż są powody ku temu, aby te marzenia podtrzymywać przy życiu. Jednocześnie najważniejsza postać w klubie nie składa w tej kwestii żadnych wiążących deklaracji. Dla Legii najważniejsze, aby znaleźć sobie miejsce na podium. Jak wygląda sytuacja niegdysiejszego hegemona?
Trener
Nie ma osoby, która lepiej znałaby możliwości i zarazem ograniczenia Legii. Na środowej konferencji prasowej Marek Papszun nie mydlił oczu - nie było ani deklaracji dotyczących walki o mistrzostwo, ani szukania wymówek, ani zapowiadania, że klub czeka niesamowicie trudna przeprawa i nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. To podejście o tyle rozsądne, że Legia pozostaje w komfortowej sytuacji, bo nie zagra przecież w pucharach. Jej kadrę trudno porównywać np. z Lechem, natomiast szereg innych drużyn dysponuje co najmniej porównywalnym składem. Sam szkoleniowiec nie chce jeszcze wywoływać wewnętrznej wojny, chociaż między słowami dał do zrozumienia, że obecna kadra jest dla niego niesatysfakcjonująca.
- Zobaczymy też, jaka będzie nasza siła, bo tego dzisiaj nie wiemy. Nie wiemy również, jaka będzie siła ligi, dlatego trudno dziś cokolwiek deklarować. Jednocześnie sama chęć wygrywania każdego meczu jest już dużą deklaracją. Nie ma u nas kalkulowania, że z Lechem nie mamy szans, a z kimś innym musimy wygrać. Do każdego meczu będziemy podchodzić tak samo – bez szukania wymówek i z nastawieniem na zwycięstwo. Jednocześnie nie mogę dziś niczego zadeklarować, biorąc pod uwagę liczbę zmian, które zaszły, oraz nasze obecne możliwości. Z drugiej strony chyba znacie mnie już na tyle, że wiecie, jakie są moje ambicje jako trenera i co już osiągnąłem. One na pewno nie są mniejsze niż wcześniej - powiedział, cytowany przez Legia.net.
Papszun już w poprzednim sezonie pokazał, że potrafi szybko dotrzeć do zawodników. Jego dotychczasową kadencję należy ocenić jednoznacznie pozytywnie. Stołeczni nie zdołali wprawdzie wyprzedzić GKS-u na ostatniej prostej, ale sam fakt, że do tego miana aspirowali, świadczy o sukcesie. 16 meczów przyniosło raptem dwie porażki, do tego sześć remisów i osiem zwycięstw. Od spotkania z Lechem Legia wygrała wszystko, a stanęła do rywalizacji między innymi w prestiżowym starciu z Widzewem. Oczywiście, Warszawiakom zdarzały się mecze całkowicie nudne i trudne w odbiorze, ale to immanentna część pracy Papszuna. Jeśli chcesz trenera gwarantującego widowisko, szukaj w innym miejscu. Papszun zawsze skupiał się na wyniku, często też za cenę rozwijania młodych zawodników, co swoją drogą regularnie stanowiło podstawę słusznej krytyki. Ale to właśnie taka bezkompromisowa postawa pchnęła go w stronę Łazienkowskiej.
Nic nie zapowiada, aby trener nagle zmienił swoje podejście. Pytano go o sześciu młodzieżowców, ale żadnego nie wymienił jako stałej części pierwszej drużyny. Wskazał natomiast, że Stanisław Gieroba i Maciej Ruszkiewicz najpewniej trafią na wypożyczenia, bo ich szanse na grę wydają się ograniczone.
Po staremu będzie również pod względem taktyki. Papszun od dawna hołduje silnym napastnikom, ostatnio przyznał nawet, że chciałby kolejną mocną "dziewiątkę" do uzupełniania się z Miletą Rajoviciem, Rafałem Adamskim i nowoprzybyłym Łukaszem Zjawińskim. Trener stara się budować Rajovicia, wskazuje, że Duńczyk się poprawił. Czas pokaże, czy taką samą cierpliwością wykaże się wraz z upływem sezonu i kolejnymi pudłami rosłego napastnika. Chyba że Rajović naprawdę zaskoczy każdego i zacznie wykorzystywać sytuację za sytuacją.
Skład
Papszun pozostaje najmocniejszym elementem Legii, co nie najlepiej może świadczyć o jakości piłkarzy. Kolejny sezon poza podium - drugi już z rzędu - odcisnął swoje piętno na budżecie. Nie ma przypadku, że stołeczni koncentrują się na transferach darmowych i wypożyczeniach. Trzeba przebierać w zawodnikach nie tylko pod kątem umiejętności, ale też dostępności, przede wszystkim finansowej.
Na ten moment na Łazienkowską trafili Ivan Brkić, Zoran Arsenić, Robert Deziel Jr. i Łukasz Zjawiński, natomiast Michal Sevcik został wypożyczony ze Sparty Praga. Odbiór tych wzmocnień był różny - Brkić wygląda dobrze, ale to dodatkowy piłkarz na pozycję już mocno obsadzoną, co poskutkowało obawami, że klub planuje sprzedaż Otto Hindricha. Arsenić z miejsca został określony transferem Papszuna, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, jak ograniczoną rolę zaczął odgrywać w Rakowie, a także fakt, jakie miał problemy zdrowotne. Deziel Jr. zbiera pochwały za okres przygotowawczy, jednak źle świadczy o akademii Legii, że trzeba było wyciągnąć chłopaka z rezerw Bayernu. Wreszcie zaś Zjawiński daje nadzieję na powtórzenie sukcesu Adamskiego, natomiast Sevcik wygląda porządnie - 11 goli w poprzednim sezonie ligi czeskiej i zdolność obsadzenia skrzydła oraz "dziesiątki" robią swoje.
Tylko czy to wystarczy? Niekoniecznie. Nieco wcześniej Papszun mówił o czwartym napastniku (Antonio Colak ma uraz, a do tego niezbyt pasuje do taktyki Legii), ale teraz zwrócił uwagę na tych, których przy Łazienkowskiej już nie ma. Zespół w istocie odarto z Juergena Elitima, Jeana-Pierre'a Nsame, Radovana Pankova czy Kacpra Urbańskiego, szybko sprzedano też Jana Leszczyńskiego, a Braga postanowiła zapłacić za Sergio Barcię. Następców większości z tych zawodników po prostu nie ma, co powoduje oczywiste braki.
- Ciężko przejść obojętnie, kiedy odszedł najlepszy - według mnie i sztabu - zawodnik Legii w poprzedniej rundzie - Juergen Elitim. Czy Pankov i Nsame. Takie jest życie - to już za nami - ocenił Papszun, po czym dodał, że mimo wszystko Legia jest mocniejsza niż przed sezonem.
To akurat wydaje mi się dość odważnym rachunkiem. Bo o ile wygląda na to, że o atak faktycznie nie trzeba się martwić, o tyle druga linia to już bardzo ograniczona możliwość wyboru. Są Kapustka (nadal będący kapitanem), Damian Szymański, Henrique Arreiol i Wojciech Urbański, ale Sevcik, Kovacik, Żewłakow i Biczachczjan, oraz wracający z wypożyczenia Szczepaniak, to zawodnicy o inklinacjach stricte ofensywnych. Wejście w nowy sezon z dwiema "ósemkami" to rozwiązanie ryzykowne. Nawet jeśli powinno być sporo okazji do odpoczynku.
- Mam nadzieję, że wszystkie osoby, z właścicielem na czele, rozumieją, jaka jest sytuacja i widzą, jakie są potrzeby. Ja oczywiście te potrzeby artykułuję, bo bardzo mi zależy na tym, żeby zespół był jak najmocniejszy. Wszystkim kluczowym osobom w klubie również powinno zależeć na osiąganiu dobrych wyników - podkreślił trener.
Sytuacja wewnątrz
Klub tkwi w trudnym miejscu. Potencjał sprzedażowy został skrajnie ograniczony. Wyjść z impasu właściwie się nie da, bo każdego wyróżniającego się zawodnika natychmiast przechwytują działacze zza granicy, co pokazał przypadek Leszczyńskiego. Papszun nie będzie zaś za wszelką cenę stawiał na młodzież, więc piłkarzy trudno zbudować, dać im się zaprezentować.
Jednocześnie sprowadzenie za bezcen zawodników bardzo utalentowanych pozostaje marzeniem ściętej głowy. Nie ma przypadku, że w bieżącym okienku Legia ściągnęła na stałe tylko jednego piłkarza U23 - Deziela Jr. Potencjał sprzedażowy drgnął nieznacznie, a Legia, bez pieniędzy ze swoich piłkarzy, nie będzie mogła sprowadzić kolejnych, bardziej jakościowych. Koło się zamyka, a jedynym rozwiązaniem wydaje się awans do europejskich pucharów, co zawsze wzmacnia budżet. Warszawa to nie Poznań, gdzie nawet Liga Konferencji nie spowoduje dramatu przy wydatkach rzędu co najmniej ośmiu milionów euro. Stołecznym nie pozostało zbyt wiele kart, na które można zagrać.
Za problemy Legii często obwinia się tylko Dariusza Mioduskiego. Nie ulega wątpliwości, że jedną z jego największych bolączek długo pozostawała nieumiejętność w wybieraniu współpracowników, co odciskało swoje piętno na kadrze. Mioduskiego w social mediach krytykuje się niemal za wszystko, za każde tylko potknięcie Legii, a nawet sukcesy Lecha. Jednocześnie jedynie wąska grupa kibiców realnie sprzeciwia się jego rządom. Nawet Żyleta reaguje ostrożnie, gdzie indziej szukając przeciwnika.
- Na początku poprzedniego sezonu był krótkotrwały bojkot: nie kupujemy biletów, karnetów, dopóki drużyna się nie wzmocni. Drużyna się wzmocniła, więc bojkot zawieszono. Wszystko to było mało poważne z perspektywy zewnętrznego obserwatora, ale na sprzedaż karnetów w ogóle nie wpłynęło. I ciekawe, jak bardzo się to zmieniło w ciągu ostatnich lat. 20 lat temu hasło od ultrasów: bojkot, nie przychodzimy, nie kupujemy i naprawdę nikt by nie przyszedł, nikt by nic nie kupił - powiedział Seweryn Dmowski goszczący w Dwóch Fotelach na kanale Meczyki.

Mioduskiego zaczęto ostatnio przymierzać do stanięcia w szranki z Giannim Infantino, ale zanim pojawi się na to szansa (kongres FIFA ma odbyć się w marcu), właściciel Legi powinien skupić się na uspokojeniu emocji wewnątrz klubu. W tym jednak nie jest najlepszy, pozostaje też niechętny do dosypywania wielkich pieniędzy do budżetu, co odróżnia go od kochanego przez kibiców Widzewa - Roberta Dobrzyckiego i uwielbianego przez kibiców Korony - Łukasza Maciejczaka. Być może to trwanie, a właściwie stagnacja, pozostaje największą bolączką Legii.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google