"Parodia, piłkarz-duch". Hiszpańskie gwiazdy doszczętnie skompromitowane
Sensacyjny występ Republiki Zielonego Przylądka, kompromitujący Hiszpanii. Podopieczni Luisa de la Fuente zaczęli mistrzostwa świata od blamażu, jakim trzeba nazwać bezbramkowy remis z kompletnym debiutantem na turnieju. Jedna z gwiazd mistrzów Europy będzie szczególnie źle wspominać ten mecz.
Dla takich historii powstał mundial. Być może już teraz byliśmy świadkami największej niespodzianki tego turnieju, którą sprawiła Republika Zielonego Przylądka. 40-letni Vozinha na bramce, Roberto Lopes w obronie, którego selekcjoner znalazł na Linkedinie, i wielu innych, nie oszukujmy się, dość anonimowych piłkarzy, zatrzymało wielką Hiszpanię stawianą jako faworyta do wygrania całej imprezy.
Podopieczni Bubisty zasługują na ogromne pochwały za wytrwałość, skuteczne egzekwowanie planu i wytrącenie rywalom praktycznie wszystkich argumentów. Jednocześnie trzeba skrytykować Hiszpanię, która zagrała nawet nie na 50 czy 20%, ale niemal na zero. Nie pokazała nic, co czego można, a wręcz trzeba było oczekiwać od takiej drużyny. Przydomek “La Furia Roja” dziś może odnosić się tylko do furii kibiców na Półwyspie Iberyjskim, którzy musieli rwać włosy z głosy, obserwując swoich ulubieńców w akcji.
Gwiazdy zgasły
Wróciły stare demony. Na trzech poprzednich mundialach Hiszpania grała słabo, wolno i przewidywalnie. Jakby celem samym w sobie było utrzymanie się przy piłce, a niekoniecznie próba posłania ją do siatki. Pozytywny przełom stanowiło poprzednie EURO, na którym zmurszała tiki-taka została zastąpiona bardziej bezpośrednim stylem gry. Głównymi architektami triumfu w Niemczech byli Lamine Yamal i Nico Williams, którzy brali piłkę i po prostu parli na bramkę w każdej akcji. Bez udziwnień, bez zwalniania gry, bez czekania na Godota. Przeciwko Republice Zielonego Przylądka mistrzowie Europy zapomnieli o swoich największych atutach. Znów wrócili do monotonnej taktyki tysiąca i jednego podania, z których nic nie wynika. Dość powiedzieć, że w pierwszej połowie to rywale z Cabo Verde częściej próbowali wchodzić w drybling. Hiszpanie klepali, klepali i usypiali nie tylko kibiców, ale przede wszystkim samych siebie.
- Hiszpania to drużyna skrzydłowych. Bez nich nie może grać po swojemu. W efekcie prezentuje ociężały i przewidywalny styl, który był charakterystyczny już na poprzednich mundialach - stwierdził Miguel Quintana z Radio Marca. - Trzeba postawić na skrzydłowych, którzy potrafią robić różnicę. Nie ma innego wyjścia. Gavi i Ferran tego nie zapewniają - wtórował Rodrigo Quesada.
Lamine Yamal i Nico Williams dopiero niedawno wyleczyli urazy, więc to zrozumiałe, że pojawili się na murawie dopiero w drugiej połowie. Problem polega na tym, że od drużyny tej klasy należałoby wymagać czegoś więcej niż liczenia na indywidualny zryw skrzydłowych-rekonwalescentów. De la Fuente wystawił na bokach Gaviego i Ferrana Torresa, którzy doszczętnie zawiedli. Nominalny pomocnik właściwie nie istniał w grze, a wychowanek Valencii wyróżnił się jedynie dwoma zmarnowanymi okazjami. To nie był “Rekin”, a co najwyżej parodia filmu Szczęki.
Idąc dalej, środek pola, czyli formacja, która zwykle jest chlubą Hiszpanii, tym razem dostosował się do powszechnego marazmu. Rodri i Pedri grali w trybie slow motion. Podsumowaniem występu Fabiana Ruiza była seria strzałów w trybuny na początku drugiej odsłony. Wprowadzeni z ławki Mikel Merino i Dani Olmo nie wyróżnili się praktycznie żadnym ciekawszym zagraniem. Przy czym trzeba też zaznaczyć, że De la Fuente też nie pomógł swoimi decyzjami. Dość późno zaczął reagować na niekorzystne wydarzenia, pierwsze zmiany przeprowadził dopiero w 71. minucie. Ani sekundy na murawie nie dostał Borja Iglesias, chociaż mógłby się przydać, aby wpłynąć na zmianę sposobu gry. Jeśli nie idą ci akcje kombinacyjne, przez ponad godzinę rozgrywasz po obwodzie bez powodzenia, to może warto wpuścić rosłego napastnika i chociaż w paru akcjach pograć na wrzutki. Nie. Drużyna od pierwszego do ostatniego gwizdka wolała trzymać się planu, który ewidentnie nie działał.
“La Roja” naturalnie przeważała w wielu w statystykach, ale one nie dają pełnego obrazu. Na 27 strzałów tylko siedem było celnych. Zespół wymienił 734 celne podania, ale ile z nich było progresywnych? Ile takich, które faktycznie mogły przeszyć zwarty i dobrze funkcjonujący szyk obronny Cabo Verde? Można było odnieść wrażenie, że ten mecz trwałby jeszcze dwie godziny i Hiszpania nadal nie znalazłby sposobu na strzelenie gola.
Zaginiony w akcji
Po tak słabym występie całego kolektywu trudno krytykować jednostki. Nie można jednak przejść obojętnie wobec “wyczynu” Mikela Oyarzabala, który chyba spóźnił się na mecz. Pierwszy kontakt z piłką zanotował dopiero w 31. minucie. Dla przypomnienia, mówimy o napastniku reprezentacji Hiszpanii w starciu z Republiką Zielonego Przylądka. To jest jakaś kompletna aberracja, błąd w symulacji. Powód do wstydu tak dla samego piłkarza chowającego się od odpowiedzialności w gąszczu obrońców, jak i dla całej drużyny, która nie potrafiła wymienić z nim nawet jednego podania. Portale statystyczne podały, że po raz pierwszy od 1966 roku zdarzyło się, aby zawodnik przez pierwsze dwa kwadranse meczu na mundialu nie dotknął piłki.
- To był słaby występ całej Hiszpanii, a szczególnie Mikela Oyarzabala. Przez pierwsze pół godziny nawet nie dotknął piłki, czym ustanowił negatywny rekord. Włączył tryb “piłkarz-duch”. Zagubił się wśród obrońców rywali - podsumowała Marca.
Co najgorsze, kiedy Oyarzabal już zaczął notować kontakty z piłką, nie wyglądało to wcale lepiej. W jednej sytuacji mógł rozegrać akcję, ale wolał oddać dziwny centrostrzał z 30 metrów. Pod koniec meczu stanął przed dobrą sytuacją w polu karnym, jednak dał się zablokować. Miał więcej strat (dziewięć) niż celnych podań (osiem). Wygrał jeden z czterech pojedynków. To był poradnik: Jak nie grać w piłkę, będąc napastnikiem.
Fatalny występ kapitana Realu Sociedad jest o tyle dziwny, że przed turniejem wręcz fruwał w narodowych barwach. W poprzednich 11 meczach reprezentacji wykręcił 12 bramek i sześć asyst. To on strzelił też gola na wagę zwycięstwa z Anglią w finale EURO 2024. Generalnie był zawodnikiem, który prawie każdym występem odwdzięczał się De la Fuente za zaufanie. Ale to samo można też powiedzieć o Rodrim, Pedrim czy Fabianie Ruizie. A jednak wszyscy zawiedli. Ponad przeciętność wzbił się jedynie Marc Cucurella, który mógł zakończyć mecz z dwoma asystami, gdyby Ferran miał lepiej skalibrowany celownik.
Teraz zacznie się granie
- Sztuczna inteligencja mówiła, że jesteśmy faworytami do wygrania mundialu. Ale chyba nie powiedziała, ile trzeba będzie wycierpieć, aby ewentualnie osiągnąć ten cel. Łatka faworyta została zredukowana do smutnego bezbramkowego remisu, po którym mamy mnóstwo wątpliwości. Hiszpania była bezsilna, nie miała duszy. Czy dalej jest faworytem? Odłóżmy ten temat na bok - opisał AS. - Byli tacy, którzy myśleli, że Hiszpania zmiażdży Cabo Verde, nie wysiadając z autokaru, że bez trudu zmiecie rywali z powierzchni ziemi. Tymczasem nie było pomysłu, nie było indywidualnych błysków, nie było reakcji z ławki. Ten mecz to poważny dzwonek alarmowy. Brutalna lekcja pokory - przyznał Albert Ortega z El Confidencial.
Dzwonek alarmowy to dobre określenie. Nie doszło bowiem jeszcze do żadnej katastrofy, Hiszpania nie odpadła z turnieju, a jedynie skomplikowała sytuację w grupie. Margines błędu w starciach z Arabią Saudyjską i Urugwajem będzie mniejszy, ale wciąż jakiś. Specyfika turnieju, w którym do fazy pucharowej awansuje 32 z 48 uczestników, sprawia, że w pewien sposób trzeba się postarać, aby odpaść w grupie. Potknięcie w pierwszym meczu jeszcze nie przekreśla definitywnie szans na sukces. Hiszpanie rozpoczęli mundial w RPA od porażki, Argentyńczycy przegrali z Arabią Saudyjską na inaugurację imprezy w Katarze. Obie te ekipy ostatecznie zostały mistrzami świata. Co nie oznacza oczywiście, że z perspektywy mistrzów Europy nic się nie stało. Stało się i to wiele złego. Kluczowa kwestia dotyczy tego, jak na to zareagują.
De la Fuente powiedział po meczu, że trudno wygrać, kiedy piłka nie chce wpaść do bramki. Kibice z Półwyspu Iberyjskiego powinni mieć nadzieję, że to tylko przekaz do mediów, który nie pokrywa się z tym, co selekcjoner naprawdę myśli o tym występie. Problemem jego drużyny nie była bowiem sama nieskuteczność. Brakowało też szybkości, ruchu bez piłki, dryblingów, odwagi, chęci przełamania utartych schematów. Krótko mówiąc, zabrakło wszystkiego, co zapewniło Hiszpanii na EURO 2024. Przeciwko Republice Zielonego Przylądka to nie była drużyna sprzed dwóch lat. Co najwyżej jej karykatura.