Piłkarz-mem znów jest świetny. Przeszedł piekło, teraz błyszczy w słynnym klubie
Loris Karius wciąż kojarzy się przede wszystkim z pamiętnym występem w finale Ligi Mistrzów w Kijowie, który zrujnował jego karierę. Teraz Niemiec znajduje się na drodze, by wrócić do futbolu na najwyższym europejskim poziomie. Co więcej - w barwach klubu chcącego zrobić to samo. I, co istotne, Niemiec odgrywa w tym dużą rolę.
Słyszysz: “Loris Karius”, myślisz: rzut piłką w Karima Benzemę i przepuszczony przez ręce strzał Garetha Bale’a w finale Ligi Mistrzów z 2018 roku. Od ponad siedmiu lat za niemieckim bramkarzem podążają wydarzenia z Kijowa, kładące się cieniem na jego karierze. Tamtego wieczora wszystko się posypało, a golkiper wypadł z piłkarskiego mainstreamu.
Teraz Karius stoi przed wielką szansą, żeby wrócić do gry w jednej z najmocniejszych lig w Europie. Jego Schalke przewodzi tabeli 2. Bundesligi, a on sam jest liderem najlepszej defensywy w niemieckim profesjonalnym futbolu. Po latach bycia pośmiewiskiem, tułaczki po peryferiach piłki na najwyższym poziomie i poszukiwaniu swojego miejsca wygląda na to, że wreszcie trafił tam, gdzie może wrócić na właściwe tory, przy okazji pomagając zrobić to samo wielkiej, podupadłej marce.
Złamał go wymarzony mecz
W maju 2018 roku Loris Karius spełnił marzenie każdego piłkarza. Usłyszał hymn Ligi Mistrzów, wychodząc w podstawowym składzie na jej finał. To była nagroda za cierpliwość i sumienną pracę, której owoce zebrał pod koniec drugiego sezonu w Liverpoolu. Do Anglii trafił przed startem rozgrywek 2016/17 z Mainz. Miał reputację solidnego, zdolnego, wciąż młodego bramkarza. Na Anfield zaczynał jednak jako zmiennik Simona Mignoleta.
Wygryzienie Belga z podstawowego składu na stałe zajęło mu półtora roku. Do tamtego momentu Karius bronił co prawda w meczach pucharowych, wliczając w to fazę grupową Champions League, ale Premier League należała do konkurenta. Aż w połowie sezonu 2017/18 niemiecki bramkarz przeskoczył go w hierarchii i zapewnił sobie miejsce między słupkami. Okazja do występu przeciwko Realowi Madryt w Kijowie, w walce o najcenniejsze klubowe trofeum Europy, stanowiła życiową szansę. Ten mecz stał się jednak przekleństwem Kariusa.
Niemiec spuentował przełomowy dla siebie sezon, puszczając dwie - mówiąc wprost - “szmaty” w jego najważniejszym spotkaniu. W 51. minucie, wprowadzając piłkę do gry ręką, nabił Karima Benzemę, a futbolówka wpadła do niestrzeżonej siatki i zrobiło się 1:0. To był jeden z najbardziej kuriozalnych goli w historii finałów Ligi Mistrzów. W 83. minucie golkiper Liverpoolu ponownie popełnił “wielbłąd”. Strzał Garetha Bale’a z dystansu przełamał jego ręce i wpadł za kołnierz, a “The Reds” przegrywali więc już 1:3 i nie byli potem w stanie nawiązać walki z “Królewskimi”.

Cały kredyt zaufania, na który Karius zapracował u Juergena Kloppa, wyparował. Sfrustrowani fani wysyłali mu pogróżki, w tym groźby śmierci. Plamy nie zmazały nawet informacje, że na jego postawę miał wpłynąć wstrząs mózgu, będący efektem starcia z Sergio Ramosem, co zostało potwierdzone nawet przez samego Kloppa.
- Gdy upubliczniono wyniki badań, pojawiły się obraźliwe komentarze i inwektywy, często sięgające poniżej pasa (...) - opowiadał Karius w rozmowie ze Sportbildem. - My, piłkarze, spotykamy się z ekstremalną wrogością w sieci. Jeśli czytasz każdy komentarz, to nie będziesz spać przez dwa dni. To niesamowite, co ludzie są w stanie zrobić pod przykrywką anonimowości, obrażając innych, dyskryminując ich czy posuwając się do rasizmu. Nie można winić kibiców, jeśli gwiżdżą na zawodnika. Płacą za bilety i mogą czuć się rozczarowani. Profesjonalny piłkarz musi się z tym liczyć. Jeśli jednak dochodzi do wycieczek personalnych lub gróźb śmierci, to jest to przekroczenie granicy.
Psychika Niemca pękła. On sam był skończony. A Liverpool latem zainwestował rekordową kwotę w nowego bramkarza - Alissona.
“Coś jest nie tak”
Kariusa po transferze Alissona wysłano na dwuletnie wypożyczenie do tureckiego Besiktasu, miejsca bardzo wymagającego pod względem psychicznym. Trudnym dla zawodnika poszukującego odpowiednich warunków do odbudowy po “rozsypaniu się”.
Kibice w Stambule są fanatyczni, ale i bardzo surowi. Jednego dnia cię kochają, jesteś ich bohaterem. Innego, po słabszym występie, nie hamują się i głośno wyrażają frustrację. Tak też było z Niemcem. Gdy zaliczał dobry mecz, stadion szalał na jego punkcie. Kiedy popełniał błędy, szybko odzywały się krytyczne głosy oraz niezadowolenie wyrażane głośno z poziomu trybun. Nie oszczędzał go nawet trener, Senol Gunes.
- Popełnił błędy przy puszczonych golach. Karius stoi w miejscu. Coś jest nie tak z jego motywacją, entuzjazmem do gry. Nie potrafimy sobie z tym poradzić i, oczywiście, to po części również moja wina. Coś jest nie tak, ale miał też pecha. Jest utalentowany, lecz sprawy nie układają się tak, jak liczyliśmy i mamy problem. Mówiąc szczerze, gdybym miał do dyspozycji Tolgę Zengina, to wystawiałbym jego - stwierdził w marcu 2019 roku cytowany przez Sky Sports Gunes po ligowym meczu z Konyasporem, w którym Karius puścił dwie bramki.
Większość z najpoważniejszych błędów bramkarza miała miejsce w pierwszym sezonie spędzonym w Stambule. Poza wspomnianym starciem z Konyasporem, miał też dwie wpadki w Lidze Europy, gdzie przepuścił do bramki dośrodkowanie w spotkaniu z Malmoe i zawalił wyjście poza pole karne podczas rywalizacji z Sarpsborgiem. W kampanii 2019/20 dorzucił jeszcze jedną poważną wpadkę, w spotkaniu ze Slovanem Bratysława, gdy ponownie wyszedł poza pole karne z fatalnym skutkiem.

Pomimo tych potknięć utrzymywał miejsce między słupkami. Może i nie był bezbłędny, może i nie budził stuprocentowego zaufania, lecz grał regularnie. Okres ten okazał się jednak frustrujący dla Besiktasu, który nie zdobył żadnego trofeum, a w lidze finiszował dwukrotnie na najniższym stopniu podium.
Zmarnowane cztery i pół roku
Po pobycie w Turcji przyszła pora na rok spędzony w Unionie Berlin, lecz tam Karius pełnił jedynie funkcję zmiennika. Zagrał pięć razy, po zakończeniu wypożyczenia wrócił do Liverpoolu i dokończył swój wygasający w 2022 roku kontrakt, ani razu nie łapiąc się nawet do kadry meczowej.
Następnie nadeszło krótkie bezrobocie, zakończone przez ofertę od Newcastle United. Niemiec podpisał umowę ze “Srokami” i został ich opcją numer trzy w bramce. Po kilku miesiącach dostał jednak zaskakującą szansę występu w finale Pucharu Ligi. Nick Pope pauzował z powodu zawieszenia za czerwoną kartkę, Martin Dubravka na wcześniejszym etapie rozgrywek wystąpił już w Carabao Cup w barwach Manchesteru United, co go “zablokowało”. Karius zagrał więc przeciwko “Czerwonym Diabłom” w przegranym finale na Wembley. To był jeden z jego dwóch występów w barwach drużyny z Tyneside.
Na przestrzeni sezonów 2020/21- 2023/24 Karius rozegrał zaledwie siedem meczów. Kolejne sześć miesięcy spędził bez klubu. Wreszcie jednak pojawiła się oferta, która wszystko zmieniła.
Zażegnał demony
W styczniu 2025 roku Niemiec podpisał kontrakt z Schalke. Jedną z największych niemieckich marek, pogrążoną w kryzysie, grającą w drugiej lidze. Zaczął od roli zmiennika, aby po kilku tygodniach wskoczyć między słupki.
- To zawsze trudna decyzja [zmiana bramkarza - przyp. red.], ale jest tu od dwóch miesięcy i dziś pokazał, że potrafi zrobić różnicę - komplementował go po udanym debiucie przy okazji wygranej 1:0 z Preussen Muenster były już szkoleniowiec Schalke, Kees van Wonderen.
- Dla bramkarza zawsze dobrze jest się wyróżnić. Starałem się dać zespołowi poczucie bezpieczeństwa i zniwelować każde zagrożenie bramki - oceniał z kolei swój występ Karius.
Sielanka jednak szybko się skończyła. Uraz już w czwartym meczu przedwcześnie zakończył jego sezon. Pomimo tego na starcie obecnych rozgrywek wrócił między słupki i wreszcie odnalazł długo poszukiwaną pewność siebie.
Na półmetku sezonu 2. Bundesligi Schalke przewodzi tabeli i po dwóch rozczarowujących sezonach zdaje się wreszcie kroczyć ku powrotowi do elity. Pozycję w tabeli zawdzięcza głównie świetnej defensywie - najlepszej w profesjonalnych rozgrywkach w Niemczech. W 17 kolejkach “Koenigsblauen” stracili zaledwie dziesięć goli, zachowując dziewięć czystych kont. To wynik imponujący. W dużej mierze będący dziełem Kariusa.
- Wiemy, że z Lorisem mamy za plecami człowieka, który potrafi obronić strzały nie do zatrzymania, co daje nam dużo więcej stabilności w obronie - chwalił go trener, Miron Muslić.
Golkiper lidera drugiej ligi niemieckiej plasuje się na trzecim miejscu w zestawieniu jej najlepszych graczy według Kickera. Jego średnia nota to 2,62 (w skali, gdzie szóstka jest najniższa, a jedynka najwyższa). Lepiej oceniani są tylko dwaj inni bramkarze: Timo Horn z VfL Bochum oraz Ernst Tjark z Herthy Berlin. Niemniej, Karius wreszcie stanowi filar swojej linii defensywnej. Portal FootyStats wylicza, że jego skuteczność interwencji to aż 76%, co stanowi bardzo dobry wynik. Wreszcie się pozbierał. Przynajmniej na to wygląda.
A to wszystko przed jedną z najwierniejszych, najliczniejszych widowni w kraju, a nawet i na świecie. Schalke, pomimo gry w drugiej lidze, przyciągało w 2025 roku średnio prawie 62 tysiące kibiców na swój mecz. To 12. wynik globu i dziesiąty w Europie. Karius, który niegdyś pękł pod presją na wielkiej scenie, teraz radzi sobie w takiej atmosferze, przy ogromnym ciężarze oczekiwań w walce o powrót do elity. To pozwala wierzyć, że wreszcie zażegnał dawne demony.
Po siedmiu latach Niemiec znalazł miejsce, gdzie naprawdę może się odbudować. I to miejsce symboliczne, bo przy okazji pomaga w odbudowie wielkiej marki niemieckiego futbolu - podobnie jak on - pogrążonej w marazmie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to Karius w kolejnych rozgrywkach ponownie zawita na murawy czołowej ligi Europy. Nie w roli zmiennika, ale “jedynki”. To byłby piękny powrót 32-latka do futbolu na najwyższym poziomie.