Piłkarz z szóstej ligi... jedzie na mundial. Jego klub zyska finansowo nowe życie
Jedzie na swoje drugie mistrzostwa świata, choć dopiero co spadł z piątej ligi. Nowozelandczyk Tommy Smith jest bohaterem jednego z najbardziej zaskakujących powołań na mundial 2026. Co ciekawe, może ono okazać się bardzo ważne dla jego klubu.
- By być bezlitośnie szczerym - gram jeszcze w piłkę tylko dlatego, że stanowię część reprezentacji - mówił doświadczony Nowozelandczyk, Tommy Smith, w podcaście Unused Subs.
35-letni weteran od roku grał w piątej lidze angielskiej, a od niemal dwóch lat nie zagrał w narodowych barwach. Teraz, choć po spadku jego Braintree Town, jest już właściwie zawodnikiem szóstoligowca, jedzie na Mistrzostwa Świata 2026. W ostatnim sezonie grał przy średniej frekwencji około tysiąca fanów, a niedługo doświadczy atmosfery na 54- i 70-tysięcznych stadionach w Vancouver oraz Los Angeles. To jedno z najciekawszych powołań na turniej rozgrywany w Ameryce Północnej. Co ciekawe, dla Smitha nie są to pierwsze mistrzostwa globu w karierze. Miał już okazję reprezentować swój kraj na mundialu w 2010 roku.
Gdyby nie reprezentacja, byłby na emeryturze
Tommy Smith jest z reprezentacją Nowej Zelandii od ponad 15 lat. I, poza okresem na przełomie lat 2016-17, gdy selekcjoner Anthony Hudson zarzucał mu brak zaangażowania, właściwie zawsze otrzymuje regularne powołania. Grał dla niej na Mistrzostwach Świata 2010 i Igrzyskach Olimpijskich 2012. Uzbierał 56 meczów. Wielokrotnie zakładał opaskę kapitańską. A teraz, choć od dawna nie zaliczył występu w narodowych barwach, pojedzie na mundial w USA, Kanadzie i Meksyku.
35-letni środkowy obrońca może liczyć na miejsce w drużynie narodowej pomimo tego, że na co dzień reprezentuje już właściwie szóstoligowe angielskie Braintree Town. Sezon 2025/26 drużyna ta zakończyła w strefie spadkowej piątego poziomu rozgrywkowego.
Wcześniejsze lata swojej kariery Smith spędził głównie właśnie w niższych ligach w Anglii, gdzie zresztą się urodził. Grał nawet dla tamtejszych młodzieżówek, ale ostatecznie zdecydował się na reprezentowanie Nowej Zelandii. Przez ponad dekadę był związany z Ipswich Town, którego jest wychowankiem. Uzbierał tam niemal 250 występów w Championship. Zaliczył też przygody w trzeciej i czwartej lidze, wyjazd do Colorado Rapids z MLS czy półtora roku w lidze australijskiej, gdzie grał dla Macarthur FC i Auckland FC. Latem 2025 roku wrócił na Wyspy i dołączył do wspomnianego Braintree.
- By być bezlitośnie szczerym - gram jeszcze w piłkę tylko dlatego, że stanowię część reprezentacji. Jeśli Darren [Bazeley, selekcjoner - przyp. red.] powiedziałby mi: “słuchaj, nie będziesz otrzymywał powołań”, to już bym z tym skończył. Zawiesiłbym buty na kołku i otworzył nowy rozdział. Bardzo mi na tym zależy, więc daję z siebie wszystko - przyznał bez ogródek w podcaście Unused Subs.
Jest ważny, choć nie gra od dwóch lat
Decyzja o zejściu do piątej ligi angielskiej okazała się słuszna. Choć Smith zagrał w zaledwie 21 meczach, utrzymał odpowiednią formę. Nie przeszkodził mu spadek Braintree do szóstej ligi. Selekcjoner mimo wszystko znalazł dla niego miejsce w samolocie. W dużej mierze z uwagi na jego doświadczenie.
- Część kryteriów to to, co oferujesz poza boiskiem. Czy pomagasz zbudować odpowiednią kulturę, jesteś liderem? Tommy to architekt naszej kultury. Odgrywa tę rolę od lat. Zdejmuje też dużo ciężaru z barków innych liderów - tłumaczył Bazeley, cytowany przez yahoo! sports.
O istotnej roli Smitha dużo mówi nie tylko fakt, że jedzie na turniej jako zawodnik powołany ze spadkowicza do szóstej ligi, ale i jego ostatnie występy w narodowych barwach. Nie zagrał dla Nowej Zelandii od rozgrywanego we wrześniu 2024 roku meczu towarzyskiego z Meksykiem. Od tamtej pory jeździ na zgrupowania, by siedzieć na ławce. W eliminacjach mistrzostw świata strefy Oceanii na środku obrony pojawiali się Michael Boxall, Tyler Bindon, Finn Surman i Nando Pijnaker. Wszyscy jadą na mundial i grają w zdecydowanie mocniejszych klubach - Boxall i Surman w MLS, Bindon w Championship, a Pijnaker w lidze australijskiej. Weteran będzie więc opcją numer pięć.
- Jestem realistą. Stoperzy, którzy są w hierarchii wyżej ode mnie, grają na świetnym poziomie. Moje minuty będą więc pewnie ograniczone, ale to ok. Moje zadanie to sprawić, aby wszyscy gracze byli jak najlepiej przygotowani do naszych spotkań pod względem fizycznym i psychicznym - przyznał.
Jego doświadczenie to bezcenny atut. W drużynie “All Whites” tylko Smith i napastnik Nottingham Forest, Chris Wood, znają smak rywalizacji na MŚ. Grali bowiem w 2010 roku, gdy Nowa Zelandia pojawiła się na nich ostatni raz. 20-letni wówczas stoper nie ominął ani minuty, a ekipa z Oceanii nie przegrała choćby raz, remisując ze Słowacją, Włochami i Paragwajem. Niestety dla siebie, odpadła wówczas po fazie grupowej.
Gwiazdka z nieba dla klubu w kryzysie
Powołanie Smitha na mundial to też zaskakujący plus dla Braintree. Kluby, dla których grają zawodnicy reprezentacji, otrzymują od FIFA pieniądze za każdy dzień spędzony przez ich piłkarzy na turnieju. Sam udział Nowej Zelandii w fazie grupowej gwarantuje szóstoligowcowi ponad 120 tysięcy funtów. Kwotę bardzo istotną, bo zmaga się on ze sporymi problemami finansowymi.
- Braintree stara się rywalizować z klubami o przychodach 10-, 15- czy 20-krotnie wyższych od naszych. Jesteśmy pod wszelkimi względami półprofesjonalnym klubem rywalizującym w pełni profesjonalnej lidze - mówił ich prezes, Lee Harding, w rozmowie z BBC.
Niespinający się budżet doprowadził nie tylko do słabych wyników sportowych, ale i nałożenia na Braintree zakazu transferowego. Ekspert od finansów w futbolu, Kieran Maguire, poinformował na podstawie zeznań finansowych klubu, że straty za sezon 2024/25 (ostatni z oficjalnie dostępnymi danymi) wynosiły 165 tysięcy funtów przy łącznym zadłużeniu 1,2 miliona. Wyjazd Tommy’ego Smitha pokrywa więc około 80% rocznego deficytu.
Jego powołanie to gwiazdka z nieba dla małego klubu, ze średnią frekwencją na poziomie około tysiąca widzów. Naturalnie, nie rozwiąże ono problemów w stu procentach, ale przynajmniej tymczasowo ulży w poważnych tarapatach i potencjalnie da więcej czasu na podjęcie koniecznych działań.
Bardzo możliwe, że Smith nie zagra na MŚ ani minuty. Ten wyjazd ma jednak zupełnie inny wymiar. Jego obecność to po pierwsze pomoc mentalna dla kolegów z reprezentacji. A po drugie - wsparcie dla klubu cierpiącego z powodu kłopotów finansowych. Nowozelandczyk, wyjeżdżając na najprawdopodobniej ostatni wielki turniej w karierze, pisze więc naprawdę zaskakującą, pozytywną historię.