Polska ma piłkarskiego geniusza. "Patrzysz i widzisz gościa z Argentyny"

O będącym w kapitalnej formie Piotrze Zielińskim, losowaniu Ligi Narodów, a także pomeczowych "rozmowach" piłkarzy z kibicami - pisze Janusz Basałaj w kolejnym odcinku cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
"Zielu" geniusz
Już dawno zapisałem się do kościoła wyznawców talentu Piotra Zielińskiego. Piłkarz Interu Mediolan i reprezentacji Polski jest naszym futbolowym geniuszem. Patrzysz na Piotra i widzisz w nim gościa, który przyjechał do Europy z Argentyny, Brazylii albo z innej planety futbolowej. Odległej tak bardzo od zawodników, których przez lata produkował polski futbol, że oglądamy go z wielką niewiarą. Taki swobodny drybling, przyjęcie kierunkowe, podanie bilardowe lub kilkudziesięciometrowy cross na skrzydło, strzał z prawej lub lewej nogi – bez różnicy! Zbyt długo wierzyliśmy że nasz rodzimy futbol to zajęcie dla silnych, szybko biegających młodzianków kochających grę z kontry, by wierzyć, że taki Polak – krew z krwi - rządzi dziś w Interze, o kadrze narodowej nie wspominając. Wiem, że talentów piłkarskich Pan Bóg raczej nie daje równo. Wyraźnie widać faworyzowanie Ameryki Południowej, ludów z Afryki czy południa Europy. A tu taki brylant z Ząbkowic Śląskich nam się trafił.
Dla swego zawodowego szczęścia prędko wyjechał do Włoch, by tam niemal od razu stać się nie tylko wielkim talentem, ale podstawowym zawodnikiem Udinese, Empoli, Napoli, Interu. W każdym z tych klubów niemal każdy trener klękał przed talentem i możliwościami Piotra. Warto było, bo w swojej drugiej ojczyźnie z roku na rok spisywał się coraz lepiej. Tylko kibice naszej reprezentacji od czasu do czasu zżymali się, że w kadrze narodowej nie spisuje się tak genialnie jak w Serie A. Tłumaczono to różnie. W klubie ma lepsze towarzystwo niż w reprezentacji. Nie każdy selekcjoner umiał go dobrze ustawić na boisku i wyegzekwować to, czym Zieliński czaruje cały świat. W dyskusjach o priorytetach dla Roberta Lewandowskiego, o tym jak wszyscy powinni wykorzystywać umiejętności strzeleckie kapitana, za mało czasu poświęcano Zielińskiemu – reżyserowi, Zielińskiemu – bombardierowi, mistrzowi dryblingu i podania. Może jeszcze nie trafiliśmy na selekcjonera, który znalazłby sposób na duet geniuszy, a nie tylko gwiazdę Barcelony. Choć zdaje się, w ostatnich miesiącach łatwiej byłoby wyróżnić (pochwalić) Piotra niż RL9.
Ta fenomenalna forma Zielińskiego w ostatnich tygodniach i miesiącach każe nam zacierać ręce przed barażami o wejście do finałów mistrzostw świata. Na miesiąc przed “godziną zero” Piotr Zieliński wygląda na boisku zjawiskowo. Dowiezie formę do barażów? Daj Boże, choć znam byłego reprezentanta Polski, który w takich sytuacjach zwykł mawiać: “Dwa - trzy miesiące przed ważnym turniejem dobrze na kilka tygodni odpocząć. Jakiś drobny uraz, absencja w kilku meczach ligowych i przyjdzie świeżość i apetyt na grę dla repry”. Brzmi jak herezja! Dziś w tak zwariowanym kalendarzu ligowym, pucharowym, w poważnym klubie nie ma mowy o tego rodzaju “odpoczynku”. Pozostanie więc nadzieja, że w znakomitej formie Zieliński wprowadzi biało-czerwonych do finałów mistrzostw świata. Do spółki z innymi reprezentantami, oczywiście z kapitanem drużyny na czele.
Losowanie Ligi Narodów
Kompletnie nie zajmuje mnie losowanie eliminacji Ligi Narodów. Odległa jesienna perspektywa meczów z Rumunią, Bośnią, Szwecją nie tyle uspokaja, co wręcz odpycha od rozważań, czy po tych spotkaniach wrócimy do Dywizji A czy jednak na dobre zainstalujemy się w Dywizji B. Najpierw baraże, bój o finały MŚ, a potem w czerwcu, wiadomo, ewentualne gry na mundialu. Rozumiem Jana Urbana, który nie lubi takich rozważań z cyklu “co będzie za siedem miesięcy”, skoro za pięć tygodni czeka nas barażowy bój z Albanią. Tu i teraz? Trochę tak, bo jak nie pójdzie nam w marcu, to wiadomo: po pierwsze będzie nerwowo, po drugie (czego absolutnie nie zalecam) mogą się zacząć poszukiwania nowego selekcjonera, kapitana itd. itp. Tematy o odmładzaniu reprezentacji, zmiany stylu, narzekania na szkolenie, to się może wylać na co najmniej pół roku ogólnonarodowej dyskusji. Nerwowej, mało merytorycznej, choć tak bardzo kochanej przez Polaków. Lament, hejt, szalone pomysły, krytyka i krytykanctwo,
To czarny scenariusz, a pozytywny? Do tematu wrócimy po finałach mistrzostw świata…
O "rozmowach" piłkarzy z kibicami
Czy wygrają, czy przegrają, czy nawet zremisują nasi ligowi piłkarze, po ostatnim gwizdku sędziego nie spieszą się do szatni. Nie stoją w kole środkowym boiska. Czym prędzej ruszają pod sektor “swoich”. Czasami czynią to w towarzystwie trenerów, ludzi ze sztabu szkoleniowego, a w przypadku wielkich triumfów nawet kilkuletnie dzieciaki lądują na ramionach taty-piłkarza, który musi albo podzielić się radością ze swymi fanami, albo odbyć coś w rodzaju hołdu. Spuścić nisko głowę i wsłuchać się w ostre słowa fanów, którzy są bardzo, ale to bardzo niezadowoleni z meczu, ze stylu gry, z porażki (dla kibica-radykała każda porażka jest kompromitacją…). Czasami muszą oddać koszulki, wysłuchać zachęt do pracy i wykazać natychmiastową skruchę. Nieco to upokarzające, ale chyba to lubią i jakoś żaden z gwiazdorów Ekstraklasy nie protestuje. Może to przypominać dzieciństwo, w którym matka wracająca z wywiadówki potrafiła cię objeżdżać a ty po kilku takich “wykładach” już przywykłeś i na spokojnie przyjmowałeś takie matczyne kazanie.
Wystarczy wygrywać, więc hołdów nie trzeba będzie składać. A co do takiej “ściany płaczu” pod sektorem kibiców, lepiej chyba postać i wysłuchać “jobów” niż otrzymać kilka liści od kibiców, którzy w ten sposób lubią zmotywować do lepszej pracy i nie przegrywania. Czekam na pierwszego odważnego pana piłkarza, który odmówi po przegranej w takim hołdzie. Może harował, strzelił dwa gole, ale jednak jego zespół nie dał rady. Więc po co ma iść pod kibicowską trybunę? Jemu przykro, im przykro, więc po co ten spektakl?