Polski klub zadziwia. Gra kapitalnie, niedługo grubo zarobi. "Kilkanaście milionów euro"

Na pytanie, ile bramek potrzeba, Lechia odpowiada: tak. Nie ma w Ekstraklasie bardziej bezkompromisowej drużyny. Gdańszczanie dawno wydostali się ze strefy spadkowej, a gdyby nie odjęte punkty, walczyliby o mistrzostwo. Teraz cel wydaje się tylko nieco skromniejszy: puchary.
W niedzielę Lechia znów poszła na całość, tym razem ograła Motor 3:2. Dobiła jednocześnie do nieprawdopodobnego wyniku - w jej spotkaniach padło już 85 bramek. Średnio 4,04 gola na spotkanie. Drugi pod tym względem Radomiak ma 67 trafień, trzecia Pogoń Szczecin 66, ale akurat jej bilans bramkowy jest na minusie. Lechia natomiast ma trzy gole zapasu i korzystniejszą sytuację punktową.
Gdyby Gdańszczanom nie odjęto pięciu "oczek" - co zrobiono nie bez powodu; w poprzednim sezonie pojawiały się zarzuty, że Lechia utrzymała się nieczysto, że wydawała pieniądze, których nie miała - byliby w ścisłej czołówce ligi ze stratą raptem punktu do drugiej obecnie Wisły Płock i czterech do liderującej Jagiellonii. W obecnej sytuacji o mistrzostwie marzyć niepodobne, ale puchary powracające na Pomorze to scenariusz coraz bardziej realny.
Lechia wydaje się rozpędzać w sytuacji, gdy reszta stawki zwolniła. Ostatnie pięć meczów przyniosło drużynie Johna Carvera aż 13 punktów. Z górnej połówki tabeli jedynie Zagłębie może się pochwalić zbliżonym wynikiem. Lechia nie przestaje atakować, nie przestaje zaskakiwać i nie przestaje walczyć o miano drużyny najbardziej atrakcyjnej z perspektywy neutralnego widza. Łączy i wyniki, i zdrowe podejście do zawodników.
- Jeśli trener stworzy złą atmosferę, zawodnik przychodzi do pracy i po pracy idzie do domu i tyle. A tego nie chcę. Musi być atmosfera. Ale też nie mogę być cały czas przyjacielem, bo jestem szefem i podejmuję decyzje. A mogę wybrać tylko 11 zawodników. To oznacza, że 13 albo 14 muszę zostawić na ławce i ci zawodnicy są rozczarowani. Ale musisz im to wyjaśnić, pokazać, że masz do nich szacunek. (...) Chcę, żeby piłkarze popełniali błędy. Jeśli to robią, to znaczy, że szukają rozwiązań niestandardowych, nie grają bezpiecznie, chcą zrobić coś niespodziewanego. Nie chcę zawodników, którzy nie popełniają błędów, bo to znaczy, że grają bezpiecznie, na alibi. Ja sam mam 60 lat i też popełniam wiele błędów. To moje podejście, próbuj, rozwijaj się. Zawsze możesz grać na 10 metrów do tyłu, wtedy nie popełnisz błędu. Ale jak zagrasz na 40 metrów do przodu i to nie wyjdzie, nie będę na zły. Następnym razem po prostu popraw jakość podania - powiedział trener dla Przeglądu Sportowego.
Carver, chociaż niewiele na to wskazywało, okazał się strzałem w sam środek tarczy.
Pierwszy raz w karierze
Ja także kwestionowałem zatrudnienie Anglika. W listopadzie 2024 roku klub bezwzględnie zakończył współpracę z Szymonem Grabowskim - z jednej strony był on architektem awansu do Ekstraklasy, z drugiej nie potrafił wydobyć z drużyny jakości pozwalającej na utrzymanie. Zwolnienie Grabowskiego było więc niejako zrozumiałe, ale ściągnięcie Carvera wydawało się złapaniem brzytwy.
Anglik już wcześniej bawił się w "strażaka", ale bez żadnych sukcesów. W 2006 roku w Leeds przegrał cztery z pięciu spotkań, a w 2015 w Newcastle 13 z 20. Nieco lepiej wypadał wprawdzie w Omonii Nikozja oraz Toronto FC, ale to też były przygody odległe czasowo. Zanim po Carvera zgłosili się Gdańszczanie, trener nie prowadził drużyny przez ponad siedem lat. Sprawował jedynie funkcję asystenta - najpierw w WBA, następnie zaś w reprezentacji Szkocji.
Co więcej, gdy już Lechia ściągnęła weterana, okazało się, że musi się nim dzielić. Carver z jednej strony ratował klub przed spadkiem do I ligi, z drugiej zaś odgrywał ważną rolę w sztabie Steve'a Clarke'a. Kibice beniaminka powątpiewali w sukces misji, nie pomagały też sugestie, że Anglika wzięto, bo doskonale zna się z Kevinem Blackwellem - dyrektorem Gdańszczan, ale też byłym przełożonym Carvera w Leeds i Luton.
Czas pokazał jednak, że Carvera zatrudniono, nie dlatego, że współpracował już z Blackwellem, ale dzięki temu. Bo Carver nie tylko Lechię utrzymał, ale też uczynił z niej jedną z najatrakcyjniejszych drużyn w Polsce. Bieżący sezon stanowi najlepszy dowód.
Lechia nie oddaje może gargantuicznej liczby strzałów - w tej statyce góruje Pogoń - ale to drużyna z Pomorza przewodzi, jeśli chodzi o konwersję uderzeń. Współczynnik wynosi 21,78, a dla drugiego Piasta ledwo przekracza 17. W wypadku Pogoni to 12,86, natomiast najgorzej w Ekstraklasie wygląda Legia z wynikiem 10,31. Podopieczni Carvera oddają jakościowe strzały, w czym pomaga odpowiednie przygotowanie sytuacji. Aż 44 zdobyte bramki wzięły się z 32,74 xG, będącego trzecim najwyższym w lidze.
Większość z nich to zasługa doskonałych kontr. Szybkie ataki stanowią główną broń Lechii, zazwyczaj niezbyt przejętą posiadaniem piłki. 47,6% kontroli piłki to dopiero 12. gorezultat w stawce i czwarty najniższy wśród drużyn, które zdobyły przynajmniej 30 punktów. To drugie pokazuje, że Gdańszczanie, w przeciwieństwie do Wisły czy Zagłębia, nie czekają wyłącznie na rywala. Potrafią przejąć inicjatywę i osiągnąć korzystny rezultat. Tak było między innymi z Termalicą (5:1), Widzewem (2:1), Wisłą (1:1), Arką (1:0) czy Motorem (3:3). Lechia woli, gdy to rywal ma piłkę i musi się głowić, co z nią zrobić, ale w odwrotnej sytuacji też żyje.
To wszystko działa na korzyść Carvera. Anglik bardzo udanie współpracuje z Radosławem Bellą, a w niedzielę pobił osobisty rekord. Nigdy wcześniej nie poprowadził jednego zespołu w ponad 40 spotkaniach. W Lechii ma już 41, a do lata przekroczy 50. Jest na dobrej drodze, aby wypełnić kontrakt ważny przecież do połowy 2028 roku! Niewielu szkoleniowców obdarzono podobnym zaufaniem.
- Nigdy wcześniej nie wpadłbym na to, że zamieszkam w Gdańsku, nie miałem takich planów. Ale jestem tu. Świat futbolu uczy nas: "Nie przewiduj za bardzo, bo się zdziwisz". Jestem teraz w Polsce, w Gdańsku i tyle, zobaczymy, co przyniesie przyszłość - przyznał sam Anglik w rozmowie z Markiem Wawrzynowskim.
Rozbić bank
Lechia może wzbogacić się nie tylko poprzez europejskie puchary. Jeszcze bardziej prawdopodobny wydaje się ruch na rynku transferowym. Największe zainteresowanie przyciąga oczywiście Tomas Bobcek. Reprezentant Słowacji zdobył już 14 bramek, zmierza po tytuł króla strzelców. Kilkanaście miesięcy temu o napastniku myślał Lech, ale zrezygnował, gdy usłyszał żądania na poziomie czterech milionów euro. Teraz "Kolejorz" nie ma szans na to, aby sprowadzić 24-latka.
Oczekiwania wystrzeliły bardziej niż ceny na rynku nieruchomości po pandemii, ale w tym wypadku znajdują swoje uzasadnienie, Bobcek gra wszak rewelacyjnie. Lechia już teraz liczy banknoty i nikt nie spogląda na nią z przymrużeniem oka. Dość powiedzieć, że Slavia i FC Midtjylland miały odbić się od 12 (sic!) milionów euro. Duńczycy starali się negocjować, ale ich sześć milionów storpedowano.
Najbardziej prawdopodobnym kierunkiem dla Słowaka wydaje się zatem Anglia, większość klubów z Championship i Premier League nie narzeka na zasobność portfela. Jeśli ktoś miałby pobić rekord Ekstraklasy, to właśnie Brytyjczycy. Chętnych nie powinno brakować, Meczyki ustaliły, że o snajpera pytało między innymi Southampton.
Ale Bobcek nie jest jedynym, co Lechia może zaoferować rynkowi. "Dziewiątki" zabrakło w starciu z Motorem, pauzował za żółte kartki. Mimo tego drużyna zwyciężyła, strzeliła trzy gole, a prym w ofensywie wiódł Camilo Mena. Kolumbijczyk śmiało zgłasza pretensje do tytułu czołowego skrzydłowego ligi. Nie tylko dominuje pod względem liczby dryblingów, ale też stale daje konkrety. W trzecim sezonie z rzędu ma dwucyfrowy wynik w klasyfikacji kanadyjskiej. Obecne pięć goli i sześć asyst zaowocowało siódmym miejscem generalnie, a pierwszym, jeśli chodzi o skrzydłowych.
Trudno uwierzyć, aby za tę dwójkę Lechia nie zainkasowała kilkunastu milionów euro. Są w formie, sile wieku, mają obowiązujące ponad rok umowy, a ich drużyna może zakończyć sezon bardzo wysoko w tabeli. Spełniają wszystkie warunki drogich transferów.
- Chcemy ściągać młodych zawodników, rozwijać ich, "podrasowywać" i wypuszczać wyżej, może do dużych europejskich klubów. Myślę, że mamy całą grupę zawodników, którzy zrobili ogromny postęp, od kiedy tu jestem, nie tylko na boisku, ale też pod względem fizycznym. (...) Mena to typowy indywidualista, zawodnik kreatywny. Chcę, żeby wyrażał siebie na boisku. Ale też, jeśli chce zrobić duży krok, musi poznać tę drugą stronę piłki. I on to robi. To młody zawodnik, który słucha, uczy się, wciąż ma duże pole do poprawy. Ale to jest właśnie nasza filozofia. Jeśli mam zawodnika, który nie będzie najlepszy w grze jeden na jednego, to tak długo, jak wraca i dobrze się ustawia z tyłu, pracuje dla zespołu, ma dużo swobody z przodu - podsumował Carver w rozmowie z Przeglądem Sportowym. Jego podejście daje bardzo urodziwe plony.