Słynny klub wraca do elity! Szalony zwrot akcji w ostatniej kolejce sezonu
Dokładnie wczoraj, 28 listopada, minęła dziewiąta rocznica katastrofy lotniczej w Kolumbii, w której zginęła praktycznie cała piłkarska drużyna Chapecoense. W ostatnim czasie klub ze stanu Santa Catarina wraca do łask. Udało mu się bowiem awansować do brazylijskiej ekstraklasy po czterech latach przerwy.
Niejednemu kibicowi końcowa tabela sezonu 2025 brazylijskiej Serie B przyniesie duży uśmiech na twarzy. Zestaw czterech beniaminków, jaki ostatecznie zakwalifikował się do krajowej elity, wygląda bardzo ciekawie. Ligę wygrała Coritiba FBC, czyli klub mający swoją siedzibę w jednym z największych ośrodków polonijnych w kraju, a którego kapitanem jest znany nam dobrze z Legii Warszawa Josue. Po 31 latach na najwyższy szczebel rozgrywek wraca Club Remo, zaś promocję wywalczyło również Athletico Paranaense - klub, który w przeszłości wydał na świat takich zawodników jak Neto, Vitor Roque, Alex Sandro, Michel Bastos czy Bruno Guimaraes.
Jest jeszcze czwarty zespół. Ten, w którego historii znaczące piętno odcisnęła przerażająca tragedia. Mowa oczywiście o Chapecoense, które swoje miejsce w elicie wyszarpało rzutem na taśmę.
W imię tych, co nie przeżyli
Na kolejkę przed końcem rozgrywek drugiej ligi brazylijskiej ekipa z Chapeco plasowała się na piątym miejscu w tabeli, z dwupunktową stratą do czwartej lokaty. Ostatni mecz z przeciętnym Atletico Goianense udało się jej jednak wygrać 1:0. Przy potknięciach znajdujących się wyżej Criciumy i Goias dało jej to trzecie miejsce na koniec kampanii, a co za tym idzie - powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej po czterech latach. Częścią tego sukcesu został Pedro Perotti, 28-letni napastnik, który w pierwszej połowie 2025 roku bronił barw Radomiaka Radom.
Niegdyś Chapecoense wyrastało na nowego, rosnącego w siłę gracza na brazylijskim podwórku klubowym. Wszystko zaczęło się od 2014 roku, kiedy drużyna rozegrała swój drugi w dziejach sezon w brazylijskiej elicie (ten pierwszy miał miejsce aż 35 lat wcześniej). Jako beniaminek zajęła 15. miejsce, pięć punktów nad strefą spadkową. Dwa lata później zapewniła sobie awans do Copa Sudamericana, czyli południowoamerykańskiego odpowiednika Ligi Europy. Sezon 2016 w jej wykonaniu okazał się rewelacyjny właśnie ze względu na przygodę w tym pucharze. “Verdao” dotarli do finału, eliminując każdego rywala po kolei, jednak zdecydowanie największe problemy sprawiły im starcia z klubami z Argentyny. Dwumecz z CA Independiente wygrali dopiero po rzutach karnych, podobnie jak półfinał przeciwko faworyzowanemu San Lorenzo.
Sam awans do najlepszej czwórki Copa Sudamericana był dla Chapecoense ogromnym sukcesem. Jego skalę wystarczająco oddaje sam fakt, że to pierwszy w historii udział klubu w jakichkolwiek rozgrywkach CONMEBOL. Finałowy dwumecz z Atletico Nacional nie odbył się jednak ze względu na katastrofę, która wstrząsnęła całym piłkarskim światem.
28 listopada 2016 roku samolot Avro RJ-85, którym drużyna leciała na pierwsze spotkanie do Kolumbii, zniknął z radarów. Później przekazano wstrząsającą informację - obiekt rozbił się o wzgórze Medellin kilkanaście metrów od miejsca planowanego lądowania. 71 na 77 znajdujących się na pokładzie osób zginęło. Poza praktycznie całą kadrą Chapecoense byli to także działacze, członkowie sztabu trenerskiego czy zaproszeni na mecz dziennikarze. Po latach dochodzenie boliwijskich władz wykazało, że przyczyną tragedii było “nieodpowiedzialne zarządzanie ryzykiem”. Konkretnie chodziło tu o brak paliwa przed planowanym lądowaniem oraz błąd załogi, która nie poinformowała o tym fakcie kontroli ruchu powietrznego.
Wieczni Mistrzowie
- Gdybym umarł jutro, umarłbym szczęśliwy, bo wszystko, czego pragnąłem w życiu, udało mi się osiągnąć - mówił tuż po półfinałowym rewanżu z San Lorenzo ówczesny szkoleniowiec “Verdao”, Caio Junior. Pięć dni po wypowiedzeniu tych słów stracił życie w tragedii.
Za serce chwytają również historie ocalałych. Tylko trzech zawodników znajdujących się na pokładzie samolotu przeżyło. Zdecydowanie największe obrażenia odniósł rezerwowy bramkarz Jakson Follmann, który trafił na wózek inwalidzki po poddaniu się amputacji prawej nogi od kolana w dół. To on w styczniu 2017 roku odebrał trofeum Copa Sudamericana, które CONMEBOL oficjalnie przyznał Chapecoense wraz z tytułem. Działacze federacji otrzymali list od prezesa wspomnianego Atletico Nacional, który sam poprosił o ogłoszenie przeciwnej drużyny triumfatorem rozgrywek. Ten gest sprawił, że jego klub został wyróżniony nagrodą fair play.
Po wypadku Follmann długo wracał do sprawności. Przeszedł intensywną rehabilitację i miał nawet ambicje na występ w paraolimpiadzie, lecz póki co nie udało mu się zrealizować tego celu. Później zaczął komentować mecze w stacji FOX Sports, a w latach 2017-2021 był także oficjalnym ambasadorem Chapecoense. Dziś funkcjonuje z protezą nogi, a na co dzień poświęca się… tworzeniu muzyki. Teledysk do jego najpopularniejszego utworu Vestido de Flor zebrał już ponad 274 tysiące wyświetleń na platformie YouTube.
Obok Follmanna w samolocie siedział Alan Ruschel, czyli jeden z pierwszych uratowanych po tragedii, a także jedyny z ocalałych, który wciąż gra w piłkę na profesjonalnym poziomie. Gdyby jednak nie zamienił się miejscami przed odlotem, prawdopodobnie podzieliłby los większości pasażerów.
- Dyrektor klubu Cadu Gaucho poprosił mnie, żebym usiadł gdzie indziej, żeby z tyłu mogli razem usiąść wszyscy dziennikarze. Na początku nie chciałem, ale potem Jakson Follmann namówił mnie, żebym usiadł tuż za nim. Tylko Bóg potrafi wyjaśnić, dlaczego przeżyłem. Dał mi drugą szansę - zwierzał się po tragedii 36-latek, który dziś jest kapitanem drugoligowego Juventude. Nie da się ukryć, że w porównaniu do kolegów z drużyny miał bardzo duże szczęście. Trzeci z ocalałych piłkarzy, Helio Neto, był związany kontraktem z Chapecoense do grudnia 2019 roku, ale w dniu tragedii doznał bardzo poważnych urazów kręgosłupa. Z tego względu nie grał, a przechodził przez bardzo żmudną rehabilitację.
Życie po tragedii
Imponujące jest to, jak klub ze stanu Santa Catarina zdołał się po tej katastrofie podnieść. Oczywiście nie bez uwagi pozostaje fakt, że otrzymał ogromne wsparcie na skalę międzynarodową - taryfy ulgowe w kwestiach formalnych ze strony CONMEBOL, dotacje ze strony innych klubów, w tym FC Barcelony, która w 2017 roku rozegrała z nim mecz w ramach Pucharu Gampera. Na boisku była znacznie lepsza i wygrała 5:0, ale to nie miało większego znaczenia - głównym celem było oddanie hołdu ofiarom katastrofy oraz przekazanie wpływów z biletów na odbudowę klubu.
Faktem jest, że nową drużynę Chapecoense musiało zbudować praktycznie od zera. Kadra na sezon 2017 była szyta bardzo grubymi nićmi, głównie poprzez wolne transfery i wypożyczenia. Wszystko wskazywało na to, że klub będzie walczył o utrzymanie w elicie. Po ponad połowie sezonu był wśród najsłabszych trzech drużyn w brazylijskiej Serie A, ale w rundzie wiosennej dokonał niesamowitego powrotu - kampanię zakończył na najlepszym w historii, ośmym miejscu w tabeli, z serią 10 meczów ligowych z rzędu bez porażki. Co więcej, po raz pierwszy wziął udział w fazie grupowej Copa Libertadores. Tam zabrakło mu zaledwie punktu, by wejść do 1/8 finału. Tak naprawdę awans wypuścił z rąk na własne życzenie. Kluczowy okazał się mecz piątej kolejki z Lanus. Chape wygrało go 2:1, jednak ostatecznie przegrało walkowerem. Powód? Wystawienie nieuprawnionego do gry Luiza Otavio, który w poprzednim meczu z urugwajskim Nacional otrzymał czerwoną kartkę.
Z drugiej strony to nie był całkowity koniec przygody “Verdeos” w pucharach. Ten nastąpił dopiero po dwumeczu 1/8 finału Copa Sudamericana z Flamengo (0:0, 0:4). Udało im się też obronić tytuł mistrza stanu, więc całościowo wciąż był to bardzo dobry sezon w ich wykonaniu. Później zaczęło być już gorzej. Utrzymanie, spadek, awans, spadek - tak wyglądał cykl kolejnych ligowych sezonów Chapecoense w latach 2018-2021. Przez ten czas mistrzostwa stanu klub wygrał tylko raz, w 2020 roku. Coś ewidentnie przestało więc funkcjonować.
Powrót mimo problemów
Po spadku na drugi poziom rozgrywkowy drużyna znalazła się w jeszcze większym dołku. Przez trzy sezony z rzędu walczyła o utrzymanie, lecz za każdym razem udawało jej się zachować minimalną przewagę nad strefą spadkową. W 2022 roku były to trzy punkty, w 2023 roku zaledwie jeden, a w 2024 roku najwięcej - sześć. Warto zaznaczyć, że klub przez ten czas przechodził przez proces reorganizacji sądowej, aby uporządkować finanse. Według Globo Esporte jego zadłużenia, w których skład wchodziły między innymi niewypłacone odszkodowania dla ofiar katastrofy lotniczej, wynosiły ponad 180 milionów reali brazylijskich (czyli ponad 122 miliony złotych). Przekładało się to na ograniczone możliwości na rynku transferowym, a co za tym idzie - wyniki.
Tegoroczny awans Chapecoense do elity zbiegł się w czasie z oficjalnym domknięciem wszystkich procedur restrukturyzacyjnych na polu prawnym. Czy będzie to początek lepszych czasów dla klubu? Być może, choć pewne jest, że tym razem czeka go spore wyzwanie. Brazylijska ekstraklasa należy do najbardziej zaciętych i konkurencyjnych lig na świecie. Poza tym obecnie występują w niej praktycznie wszystkie największe marki z czterech najmocniejszych lig stanowych (Flamengo, Sao Paulo, Palmeiras, Santos, Corinthians, Cruzeiro, Fluminense, Atletico Mineiro, Botafogo, Gremio, Internacional i Vasco da Gama - aż 12 na 20 drużyn). Dobry sezon “Verdeos” w takim kotle bez wątpienia byłby czymś godnym podziwu, szczególnie biorąc pod uwagę, co działo się w klubie przez ostatnie lata.