Ronaldo zawalił sprawę. Zostawił ogromne długi i się ewakuował. "Mieli go dość"

Ronaldo zawalił sprawę. Zostawił ogromne długi i się ewakuował. "Mieli go dość"
IMAGO / pressfocus
Piotrek - Przyborowski
Piotrek PrzyborowskiDzisiaj · 06:50
Kiedy Ronaldo Nazario przejmował władzę w Realu Valladolid, zapowiadał, że w ciągu kilku lat klub wróci do europejskich pucharów. W rzeczywistości okazało się, że “Pucela” nie potrafi sobie poradzić nawet na krajowym podwórku. Choć dziś Brazylijczyka nie ma już na Estadio Jose Zorrilla, coraz mocniej zagląda tam widmo kolejnego spadku.
Na boisku czegokolwiek się dotykał, zamieniał w złoto. Ronaldo Nazario piłkarzem był wybitnym, być może jednym z najlepszych w dziejach futbolu. Dwa mistrzostwa świata i tytuł najmłodszego zdobywcy Złotej Piłki w historii to przecież tylko pierwsze z brzegu sukcesy Brazylijczyka. Na podobne laury liczył też jako działacz. I mimo że Cruzeiro, którego jest wychowankiem, zdołał odbudować, to misja stworzenia wielkiego Realu Valladolid okazała się fiaskiem. Tam “Il Fenomeno” plany miał ambitne, ale skończyło się tylko na tych szumnych zapowiedziach. Hiszpanie zostali na lodzie. Dziś bez pieniędzy i wyników znów muszą drżeć o swój ligowy byt. A być może nawet przyszłość całego klubu.
Dalsza część tekstu pod wideo

Niecierpliwy “Il Fenomeno”

To miało być brazylijskie eldorado. W Kastylii i Leon, największej wspólnocie autonomicznej w Hiszpanii, witano go jak zbawiciela. Valladolid po latach tkwienia w przeciętności wreszcie miało grać o coś więcej niż tylko kręcenie się pomiędzy pierwszą i drugą ligą. Tymczasem przez siedem lat rządów Ronaldo “Pucela” najwyżej wspięła się na 13. miejsce w La Liga. W dodatku w tym okresie aż trzykrotnie opuszczała hiszpańską elitę. Po raz ostatni w ubiegłym sezonie, kiedy prowadzona w sumie przez trzech szkoleniowców zebrała zaledwie 16 punktów. Pod tym względem w XXI wieku nie było gorszej drużyny w Primera Division. Trybuny Estadio Jose Zorrilla zresztą już wcześniej nie wytrzymały i zaczęły domagać się odejścia słynnego właściciela.
- Kibice mieli dość rządów Ronaldo, bo ten obiecywał wiele rzeczy, a potem potrafił nie pojawić się na stadionie przez cały sezon. Jego największym błędem było to, że chciał za szybko zbudować klub na miarę europejskich pucharów. Przecież po przyjściu miał wypalić, że w perspektywie kilku lat widzi Valladolid w Lidze Mistrzów. Takie pogłoski pobudziły nadzieje kibiców, ale rzeczywistość okazała się brutalna. Gdyby zamiast tego dobrał odpowiedniego dyrektora sportowego, to ten przy odpowiednim finansowaniu zbudowałby tu solidny zespół, który z dużym spokojem mógłby co roku walczyć o miejsca w środku tabeli Primera Division, a nie grać o utrzymanie się na drugim poziomie - opowiada nam Daniel Sobis, mieszkający na co dzień w Valladolid dziennikarz Eleven Sports.
Ronaldo w końcu zrozumiał, że dalsza zabawa w Valladolid już mu się nie opłaca i sprzedał klub. W maju zeszłego roku pakiet kontrolny przejęli inwestorzy z Meksyku, USA i Hiszpanii, skupieni pod nazwą Grupo Ignite. Tyle że na miejscu zastali ogromne długi, sięgające ponoć nawet 50 milionów euro. Jedną z ostatnich decyzji ich poprzednika był zresztą znany także z polskiego podwórka wniosek do władz ligi o przyspieszoną wypłatę transzy z tytułu praw telewizyjnych. Pozyskane w ten sposób 12 milionów euro pozwoliło choć w części zasypać i tak potężną dziurę budżetową, która po spadku jeszcze tylko się powiększyła. Wraz z nowymi właścicielami w klubie pojawił się też w roli dyrektora sportowego Victor Orta, który w przeszłości odnosił sukcesy w Leeds, ale po powrocie do Hiszpanii zanotował nieudany epizod w Sevilli. W Valladolid stanął przed kolejnym sporym wyzwaniem.
- Klub musi zmagać się z limitem wynagrodzeń ustalonym odgórnie przez ligę. 40 procent z tej kwoty przeznaczył na umowy już wcześniej zakontraktowanych piłkarzy. W tej grupie jest zresztą sporo zawodników, których dawno nie ma w zespole, jak Darwin Machis czy Ivan Sanchez. Niektóre umowy podpisane za czasów gry w Primera Division były niebotycznie wysokie - szczególnie w momencie, kiedy Real musi odnaleźć się w drugoligowych realiach. Mówimy tu o kwotach rzędu miliona euro za sezon. Przez to w klubowej kasie nie było wystarczających środków na stworzenie dobrej kadry. Celem był oczywiście jak najszybszy powrót do elity - tak jak po poprzednich spadkach. Te plany szybko zweryfikowało jednak boisko - opowiada nam Ignacio Bailador, korespondent Diario AS w Valladolid.

Zjadł zęby na tej lidze

Ignite oprócz Orty wprowadzili również do klubu “swojego” trenera, Guillermo Almadę, który wcześniej z powodzeniem prowadził Pachucę. W 2024 roku sięgnął z nią po Ligę Mistrzów CONCACAF, ale praca w Valladolid była jego pierwszą w Europie i to niestety dało się zauważyć. Ostatecznie odszedł z klubu 15 grudnia, a już dzień później związał się z Realem Oviedo, gdzie jednym z właścicieli jest… Grupo Pachuca. W “Puceli” za Urugwajczykiem nikt nie zamierzał więc płakać, ale wybór na jego następcę Luisa Teveneta był dyskusyjny. Nie jest to bowiem szkoleniowiec o dużym doświadczeniu w Segunda Division. Prowadził w niej przez moment tylko Huescę oraz rezerwy Sevilli, a ostatnio pracował u boku Davide Ancelottiego w Botafogo. W Valladolid wytrzymał siedem meczów, spośród których wygrał tylko jeden. Po jego zwolnieniu w lutym klub uznał, że potrzebuje starego wygi i postawił na Frana Escribę.
- Po sprzedaży klubu, która poszła dość gładko, kibice Realu Valladolid dostali nie do końca to, czego oczekiwali. Nowi inwestorzy sprowadzili trenera, który kompletnie nie potrafił się odnaleźć w tutejszych warunkach. Tevenet również nie miał odpowiedniego doświadczenia i dopiero Escriba, człowiek, który zjadł zęby na tej lidze, wydaje się właściwym wyborem. To trener, który potrafi wycisnąć maksa ze swoich drużyn. Problem w tym, że po jego przyjściu wyniki wcale się aż tak nie poprawiły, na co wpływ ma też trochę kadra, którą tu zastał. Aby grać w Segunda Division musisz posiadać świetnego bramkarza, solidną defensywę i napastnika zapewniającego ci gole. O ile Guilherme Fernandes takim golkiperem jest, to z przodu Valladolid często miało w tym sezonie spore problemy - zauważa Sobis.
Marcos Andre w trwających rozgrywkach więcej czasu niż na boisku spędza w gabinetach fizjoterpautów. Sprowadzony zimą Vegard Erlien na gola czeka od sierpnia ubiegłego roku. Ściągnięty w tym samym oknie Noah Ohio rozegrał dotąd zaledwie 19 minut. Dobrze, że u Escriby odblokował się Juanmi Latasa. To obecnie najskuteczniejszy z napastników “Puceli”, a trzy spośród sześciu goli strzelił właśnie pod okiem doświadczonego szkoleniowca. Sęk w tym, że od końca października aż do początku marca nie potrafił znaleźć drogi do bramki rywali. Na przestrzeni całego sezonu drużynę na swoich barkach niesie więc głównie Chuki. Ten 21-letni ofensywny pomocnik ma na swoim koncie po siedem bramek i asyst, co wkrótce może doprowadzić go do Primera Division - tyle że w barwach klubu, który wyłoży za niego odpowiednią sumę, a nie w zespole, którego jest wychowankiem.
- Chuki to bez wątpienia najlepszy piłkarz tej drużyny i zawodnik o największym potencjale. W pierwszych tygodniach po objęciu stanowiska przez Escribę wiele wskazywało na to, że sprawy wreszcie zaczynają się układać. Po czterech meczach, w których sięgnął po osiem punktów, zespół złapał zadyszkę i przegrał kolejne dwa spotkania. Duży wpływ na to mogła mieć nagła zmiana ustawienia, w którym to właśnie Chuki został przesunięty na skrzydło. A to jest gracz, który musi mieć dużo swobody i występować za dobrym napastnikiem. Kiedy tego nie ma, wszystko zaczyna się komplikować, a drużyna musi walczyć o to, aby nie spaść jeszcze niżej, co stanowiłoby bardzo poważny problem dla całego klubu - przyznaje Bailador.

Kryzys nie klubu, lecz regionu

Od końca lat 40. Real Valladolid spędził na trzecim poziomie rozgrywkowym zaledwie jeden sezon - 1970/1971. Już ta statystyka pokazuje, jak wielkim dramatem byłby więc ewentualny spadek. Szczególnie że obecne rozgrywki są trudne dla całego regionu. Po zeszłorocznym blamażu “Puceli” Kastylia i Leon nie ma swojego przedstawiciela w Primera Division. Choć teraz w walce o awans pozostaje Burgos, wiele wskazuje na to, że z drugim poziomem rozgrywkowym pożegnają się dwie inne drużyny mające swoje siedziby w tej wspólnocie autonomicznej - Cultural y Deportiva Leonesa oraz Mirandes. Jeśli do tej listy dopisałoby się jeszcze Valladolid, byłaby to istna kompromitacja.
- Valladolid, a szczególnie jego kibice, zasługują na stałą obecność w Primera Division. Na mecze przychodzi tu regularnie po 20-25 tysięcy ludzi i są oddani tym barwom, ale sami też czegoś wymagają. To powinien być klub pokroju Getafe, Mallorki czy nawet Villarrealu. Ten ostatni wywodzi się przecież z małego miasteczka, ale dzięki dobremu zarządzaniu potrafili tam stworzyć zespół walczący co roku o puchary. Wielu fanów sądziło, że kiedy przyjdzie Ronaldo i wpompuje pieniądze, w Valladolid będzie podobnie. Tymczasem widmo kolejnego spadku jest spore, a różnice punktowe nadal są minimalne. Przecież w strefie spadkowej znajduje się choćby Real Saragossa, równie wielki klub, który ostatnio zaczął łapać wiatr w żagle. Dlatego ja jedyną nadzieję pokładam w pracy Escriby - mówi Sobis.
Escriba z niejednego pieca jadł i jego doświadczenie może okazać się nieocenione w tym kluczowym momencie sezonu. Po nieudanym eksperymencie z przestawieniem zespołu na 4-4-2, 60-latek w ostatnim meczu z Cadiz wrócił do 4-2-3-1. W tym systemie drużyna z Jose Zorrilla jeszcze nie przegrała, a ekipę z Kadyksu rozniosła 3:0 po m.in. dublecie Chukiego. To zwycięstwo było o tyle istotne, że “Limoneros” również są zamieszani w walkę o pozostanie w lidze. Real Valladolid dzięki tej wygranej złapał oddech i wskoczył na 16. miejsce. Do końca sezonu pozostało jeszcze dziewięć kolejek, w tym trzy starcia z innymi kandydatami do spadku.
- Aby misja Escriby się powiodła, trzeba wygrać jeszcze ze trzy czy cztery spotkania. To powinno zapewnić drużynie utrzymanie. W Realu Valladolid nikt nie mówi już o walce o awans czy grze w barażach. Liczy się tylko to, aby zdobyć te 50 punktów lub trochę mniej - 48 czy 47, co powinno zapewnić dalszą grę w Segunda Division. Na większe plany przyjdzie jeszcze czas. Gdyby to się nie udało, klub czeka niepewna przyszłość. Choć w Valladolid wszyscy się tego boimy, wciąż uważamy, że spadek o dwie ligi sezon po sezonie jest prawie niemożliwy. To byłaby absolutna katastrofa, w zasadzie oznaczająca pożegnanie się z profesjonalnym futbolem. Powrót na obecny poziom nie byłby taki prosty. Zawsze łatwiej jest się utrzymać niż spaść i potem awansować - podsumowuje Bailador.

Dyskusja

Przeczytaj również