Rozpusta u uczestnika mundialu. Alkohol, papierosy, kobiety. I historyczny sukces!

Rozpusta u uczestnika mundialu. Alkohol, papierosy, kobiety. I historyczny sukces!
IMAGO / pressfocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 20:00
Mundial w USA w 1994 roku zapisał się w historii piłki nożnej jako turniej pełen słońca, upałów, wielkich niespodzianek i narodzin legend. Żadna historia z tamtych lat nie fascynuje jednak tak bardzo, jak niesamowity rajd reprezentacji Bułgarii po czwarte miejsce na świecie. Zespół, który przed 1994 rokiem zagrał na pięciu dużych turniejach i nie wygrał ani jednego meczu, nagle rzucił na kolana prawdziwe potęgi.
Cała ta sytuacja nie miała prawa się wydarzyć. W listopadzie 1993 roku Bułgaria musiała wygrać z potężną Francją w Paryżu, aby pojechać na mistrzostwa świata. „Les Bleus” do awansu wystarczał remis. „Dzikusów”, jak Bułgarów określały francuskie media, skazywano na pożarcie.
Dalsza część tekstu pod wideo
Na dodatek dwaj kluczowi bułgarscy piłkarze – Emil Kostadinow i Ljubosław Penew – nie mieli francuskich wiz. Ich koledzy z kadry, grający na co dzień we Francji, znaleźli na to „bałkański” sposób. Przemycili ich przez granicę z Niemcami w samochodzie, wybierając przejście celne, na którym pracował znajomy kibic.
Do 90. minuty na tablicy wyników widniał remis 1:1. Francuzi, zamiast szanować czas przy chorągiewce narożnej, stracili piłkę. Bułgarzy wyprowadzili zabójczą kontrę, a Kostadinow – ten sam, który wjechał do kraju nielegalnie – potężnym strzałem pod poprzeczkę uciszył Parc des Princes. Komentator bułgarskiej telewizji, Nikołaj Kolew, wykrzyczał wtedy legendarne słowa: „Pan Bóg jest Bułgarem!”.
Ta niezwykła historia dopiero się jednak rozpoczęła.

Tradycyjne metody nie działają

Na mundial w 1994 roku reprezentacja Bułgarii jechała bez większych nadziei i złudzeń. Ich grupowi rywale byli naszpikowani gwiazdami. Argentyńczycy mieli Gabriela Batistutę i może niebędącego w najwyższej formie, ale wciąż cieszącego się gigantycznym autorytetem Diego Maradonę. Nigeryjczycy wzięli za ocean młodych i szybkich zawodników grających głównie w europejskich klubach, a nieprzewidywalni Grecy nadal mieli w pamięci pokonanie Rosjan w eliminacjach.
Na samym turnieju Bułgaria zaliczyła falstart. Zuchwali reprezentanci Nigerii „rozklepali” ociężałych Słowian, pakując im na dzień dobry trzy bramki. Ta porażka dała selekcjonerowi Bułgarów, Dimitarowi Penewowi, sporo do myślenia. Noc po meczu upłynęła mu bezsennie. W jego głowie wielokrotnie przewijały się fragmenty spotkania i długo nie mógł zrozumieć przyczyn katastrofy. Olśniło go dopiero nad ranem: genialnych piłkarzy nie należy zamykać w klatce rygoru.
Następnego dnia zebrał całą drużynę w sali konferencyjnej hotelu „Scanticon Princeton”. Piłkarze bułgarskiej kadry spodziewali się ostrej bury od swojego mentora i starali się nie patrzeć mu w oczy. Nawet największy gwiazdor, Christo Stoiczkow, odczuwał lekki niepokój – taki, jakiego nie doświadczał choćby i podczas odpraw wielkiego Johana Cruyffa w Barcelonie. Jednak zamiast popularnej „suszarki” selekcjoner wydał najdziwniejsze polecenie, jakie mogli usłyszeć.
- Przyjechaliśmy tutaj w nagrodę za udane kwalifikacje. Jesteście dorosłymi ludźmi. Róbcie, co chcecie, bawmy się tymi mistrzostwami - zaordynował Penew.

Rozpusta w dzień i w nocy

Od tego czasu baza Bułgarów w Teksasie przypominała raczej luksusowy obóz wakacyjny, a nie piłkarskie zgrupowanie. Podopieczni wykonywali polecenie trenera sumienniej niż kiedykolwiek wcześniej. Stoiczkow spędzał wolny czas przy basenie, paląc papierosy i popijając piwo. Jego koledzy regularnie zapraszali do hotelu swoje żony i partnerki, co w tamtych czasach na turniejach tej rangi było nie do pomyślenia. Dziennikarze relacjonujący czempionat wspominali, że z pokoi bułgarskich zawodników regularnie unosił się dym tytoniowy, a noce rzadko upływały na odpoczynku.
Obrońca Iwajło Jordanow wspominał później, że piwo kupowano za gotówkę, a piłkarze zbierali puste puszki w swoich pokojach, budując z nich piramidy. Jedyne, co rozzłościło kadrowiczów, to jakość samego amerykańskiego trunku, który – jak twierdzili zawodnicy – był zbyt wodnisty. Żeby „zaszumiało w głowie”, musieli pić go całymi skrzynkami. To było spore poświęcenie…
Po klęsce z Nigerią system Penewa jednak zadziałał. Rozluźnieni piłkarze rozbili Grecję 4:0 (pierwsze historyczne zwycięstwo Bułgarii na mundialu), a potem pokonali grającą w dziesiątkę Argentynę 2:0. Machina ruszyła. Po dramatycznym meczu w 1/8 finału z Meksykiem (wygranym w rzutach karnych), Bułgaria stanęła w ćwierćfinale naprzeciw aktualnych mistrzów świata – Niemców. „Die Mannschaft” prowadzili po karnym Lothara Matthäusa i wydawało się, że spokojnie dowiozą awans. Wtedy do akcji wkroczył duet, który przeszedł do legendy.
Najpierw w 75. minucie Christo Stoiczkow genialnym strzałem z rzutu wolnego wyrównał stan meczu. Zaledwie trzy minuty później miał miejsce moment, który zszokował całe Niemcy. Filigranowy pomocnik z nietuzinkową fryzurą, Jordan Leczkow, uciekł rosłym niemieckim obrońcom i widowiskowym „szczupakiem” zdobył bramkę na 2:1. Niemiecki pancernik został zezłomowany przez ekipę, która jeszcze trzy tygodnie wcześniej spędzała czas na grillowaniu i piciu piwa przy basenie.

Francuska zemsta

Obrońca Trifon Iwanow, z powodu swojego groźnego wyglądu (nieogolona twarz, dzikie spojrzenie, długa fryzura), był nazywany „Piratem z Bałkanów” lub „Wilkołakiem”. Budził strach wśród napastników na całym świecie, a jego podejście do sportowego trybu życia obrosło legendą. Iwanow grał wówczas w Betisie. Gdy menedżerowie próbowali narzucić mu dietę i zakazać palenia, Trifon odpowiedział prosto:
- Jestem obrońcą. Moim zadaniem jest odebrać piłkę, a nie biegać maratony. Kiedy palę, moje płuca się rozszerzają i mam więcej siły na robienie wślizgów - oświadczył.
Podczas mundialu Iwanow potrafił wypalić paczkę papierosów dziennie, a przed meczem z Niemcami miał powiedzieć w szatni do młodszych kolegów: „Dajcie mi tylko piwo i papierosa, a sam przypilnuję Klinsmanna”. Słowa dotrzymał. To był jedyny mecz Niemców na tamtych mistrzostwach świata, w którym „Klinsi” nie zdobył bramki.
Niestety, całonocne imprezy zaprowadziły południowych Słowian jedynie do półfinału. Na więcej zabrakło energii i trzeźwego spojrzenia. W meczu o finał ulegli nieznacznie Włochom (1:2). Bułgarzy do dziś mają jednak ogromny żal do sędziego Joëla Quiniou. Francuski arbiter w drugiej połowie nie podyktował ewidentnego rzutu karnego dla Bułgarii po zagraniu ręką Alessandro Costacurty w polu karnym. Stoiczkow, znany ze swojego wybuchowego charakteru i ciętego języka, podsumował to w swoim stylu:
- Bóg wciąż jest Bułgarem, ale arbiter okazał się Francuzem i chciał się na nas zemścić za to, co zrobiliśmy im w Paryżu.
W meczu o trzecie miejsce, kompletnie wyzuci z sił i motywacji Bułgarzy przegrali ze Szwecją 0:4. Nie miało to jednak większego znaczenia – czwarte miejsce na świecie i tak świętowano w Sofii jak mistrzostwo świata, a Christo Stoiczkow z sześcioma golami na koncie został królem strzelców turnieju (wspólnie z Olegiem Salenką) i pod koniec roku odebrał Złotą Piłkę.
Tamta reprezentacja Bułgarii udowodniła, że w turniejach mistrzowskich czasami od rygorystycznej taktyki i diet ważniejsza jest chemia w zespole, brak presji oraz czysty, nieskrępowany geniusz pojedynczych piłkarzy. Byli absolutnymi romantykami futbolu w czasach, gdy ten stawał się wielkim, bezdusznym biznesem.

Przeczytaj również