Rzucił ogromny biznes, żeby pomóc Barcelonie. Wielki powrót na Camp Nou. "Rzadko się myli"

Gdyby wskazać głównych architektów renesansu Barcelony, należałoby szukać ich przede wszystkim w budynkach klubowych. Na prostą drużynę wyprowadzili zawodnicy, ale być może większy wpływ mieli prezes, trener i on. Deco, dyrektor sportowy “Dumy Katalonii”, zbudował zespół na swój obraz i podobieństwo.
Anderson Luis de Souza, którego wszyscy znamy jako Deco, był wybitnym pomocnikiem, ale obecnie jest chyba jeszcze lepszym dyrektorem sportowym. Przez kilka lat od momentu zakończenia kariery zawodniczej nie odstępował Jorge Mendesa, słynnego agenta piłkarskiego, będąc jego prawą ręką, ale jednocześnie nie tracił kontaktu z klubami. Nawiązywał kontakty, przyglądał się talentom, obserwował współczesny futbol. Słowem: ciężko pracował, by wkrótce rozpocząć solową przygodę na ekstremalnie trudnym odcinku.
Człowiek Mendesa
Przede wszystkim Deco utrzymywał bardzo dobre relacje z pracodawcą, dzięki któremu zyskał na sławie jako kapitalny piłkarz. Barcelona zawsze była jego domem. W 2023 dość niespodziewanie został dyrektorem sportowym katalońskiego klubu. Wszedł do biur w samym środku trzęsienia ziemi, gdy prezes Laport łamał sobie głowę nad stanem finansów pozostawionym po niesławnym poprzedniku, a Mateu Alemany miał już dość cerowania kadry tanimi, budżetowymi nabytkami i juniorami z akademii.
Aby objąć stanowisko w Katalonii, Deco musiał całkowicie zamknąć swoją dobrze prosperującą agencję menedżerską i zrezygnować z milionowych prowizji. Zrzekł się praw reprezentacyjnych do Raphinhi, przekazując pełne zarządzanie sprawami piłkarza, aby uniknąć konfliktu interesów. Prezydent Barcy miał powiedzieć Deco, że klub potrzebuje kogoś z "DNA zwycięzcy", kto potrafi rozmawiać z piłkarzami z pozycji autorytetu, a nie tylko urzędnika.
Deco zdecydował się na ten ruch głównie z poczucia misji. Chciał odbudować pozycję sportową Barcelony w oparciu o młodzież z La Masii oraz przemyślane skautingowo transfery z Ameryki Południowej i Portugalii, gdzie posiadał najszersze kontakty.
Jego wcześniejsze doświadczenie w tej roli było niewielkie, jednak znajomość środowiska oraz zaufanie prezesa Laporty skłoniły klub do ryzyka w okresie głębokiej transformacji na Camp Nou. Deco zrobił resztę. Dziś, trzy sezony później, mówimy o odrodzonej potędze, która pod jego wodzą wróciła do wygrywania średnio ponad 40 meczów w roku.
Bazuje na intuicji
W jaki sposób Deco osiągnął ten sukces? Z informacji opublikowanych przez dziennik AS wynika, że zrezygnował ze współczesnych trendów i technologicznych udogodnień - zignorował algorytmy, analizę Big Data czy bazy danych z Football Managera. 49-letni Portugalczyk działa jak oldschoolowy agent: opiera się na własnym oku, intuicji oraz wyczuciu idealnego momentu na przeprowadzenie transferu. Drużynę tworzy nie tylko na podstawie postawy piłkarzy na murawie, ale przede wszystkim charakteru, poprzez dbanie o atmosferę w szatni. To fundament każdego przyszłego sukcesu.
Zadanie w Barcelonie wydawało się wyjątkowo skomplikowane, bo klub po odejściu Leo Messiego próbuje na nowo zdefiniować swój styl i filozofię gry. Zamiast jednak obsesyjnie szukać bezpośredniego następcy legendarnej „dziesiątki” - co i tak okazało się niewykonalne - Portugalczyk obrał inną drogę. W efekcie Barcelona znów ma wyrazistą tożsamość i zaczyna wzbudzać powszechny zachwyt.
- Moją ideą jest ulepszenie zespołu od podstaw. Drużyna nie może żyć nazwiskiem konkretnego trenera czy piłkarza i być od niego zależna. Musi posiadać własną strukturę - mówił pierwszego dnia w klubie.
Rzecz jasna, obecność genialnego Lamine’a Yamala mocno napędziła te zmiany, jednak to pod wodzą Hansiego Flicka - ponad indywidualnościami - “Blaugrana” znów stała się jedną z najciekawszych i najbardziej ekscytujących ekip w Hiszpanii oraz na całym kontynencie. Gra odważnie, z polotem i niesamowitą siłą w ataku. Co ważne, z tej drużyny bije świetna energia: kibice chętnie ją oglądają, bo widać, że sama gra sprawia zawodnikom mnóstwo frajdy.
Widowiskowy styl zawsze był priorytetem Deco. Portugalczyk przy doborze graczy nie szukał wyłącznie najgłośniejszych nazwisk na rynku, lecz zawodników idealnie dopasowanych do koncepcji oraz właściwych pod kątem charakterologicznym. Bez względu na to, czy trafili do klubu za pieniądze, czy wyszli z akademii. Pau Cubarsi, Pedri, Gavi, Raphinha, Fermin Lopez, i oczywiście Yamal – to właśnie na tej mocnej grupie Deco oparł nową, świetnie funkcjonującą Barcelonę. A to tylko część z dużej armii wiernych żołnierzy nowego dyrektora sportowego.
Na 10 transferów dziewięć udanych
Tego lata do układanki został włączony Rodri, stając się kluczowym punktem odniesienia, tak jak ma to miejsce w reprezentacji Hiszpanii. I ponownie: zaważyła nie tylko jego boiskowa klasa oraz umiejętność dyktowania tempa gry, ale też bezcenna rola, jaką odgrywa w szatni i podczas codziennej pracy na treningach. Dla Deco ten ludzki wymiar był przy transferze pomocnika City równie istotny, co czysto sportowe umiejętności.
Szef pionu sportowego musiał mierzyć się z krytyką, co oczywiście w głośnym i trudnym katalońskim środowisku nie jest czymś rzadkim. Gdy sprowadzał Daniego Olmo za 61 milionów euro, wielu uważało tę kwotę za przesadzoną. Dziś trudno sobie wyobrazić kadrę bez tego kreatywnego pomocnika, nawet jeśli nadal zdarza mu się wypadać na kilka tygodni z powodu kontuzji. Z Raphinhą też miał przeboje. Brazylijski skrzydłowy miewał jedynie przebłyski dobrej formy, a od trzech sezonów jest jeśli nie najlepszym piłkarzem Barcelony, to przynajmniej zawsze w czołowej trójce.
Deco publicznie wielokrotnie bronił pozycji kluczowych liderów, w tym Roberta Lewandowskiego, którego nazywał topowym snajperem na świecie. Ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że bilans Portugalczyka nie jest krystalicznie czysty. Największą rysą na wizerunku był zakup Vitora Roque, który kosztował 30 mln euro, a szybko został pożegnany. Plus jest taki, że i tak odzyskano za niego większość kwoty. Dziś nie bronią się również decyzje dot. kupna Joao Felixa, Oriola Romeu czy fiasko transferowe z Nico Williamsem i ostatnia saga związana z Julianem Alvarezem. Większość z tych błędów wynikała z przymusu szukania tzw. "okazji rynkowych" – graczy z kartą w ręku lub relatywnie tanich opcji zastępczych.
Gdy oceniamy dotychczasową kadencję Deco, trzeba brać pod uwagę kontekst – nie operuje on nieograniczonym budżetem, lecz zaciśniętym pasem finansowym. Mimo pomyłek transferowych zdołał stworzyć uporządkowane środowisko pracy, w którym pion sportowy współgra z wizją szkoleniowca. Ostatecznie jego pracę należy ocenić pozytywnie: uchronił klub przed chaosem organizacyjnym, zbudował konkurencyjny skład i przywrócił Barcelonie profesjonalną dyskrecję w działaniach rynkowych. Jeśli kibice “Blaugrany” widzą świat w jasnych barwach, zawdzięczają to facetowi, który myli się niezwykle rzadko.