Rzucił świat na kolana podczas mundialu, teraz zmienia klub. "Ekspresowa kariera"
Być może mistrzostwa świata wymyślono właśnie po to, aby 23-letni Kabowerdeńczyk, który jeszcze chwilę temu grał w trzeciej lidze niemieckiej, strzelił urzędującym mistrzom jednego z najpiękniejszych goli w dziejach turnieju. A jeśli wymyślono je po coś więcej, to całe szczęście.
Powiększony mundial potrzebował nieoczywistego bohatera. Drużyny, która sprawi sensację, stanie się swoistą reklamą formatu sprzyjającego przyjmowaniu zespołów niemających wcześniej większych (być może żadnych) szans na to, aby zagrać na największej ze scen. Haiti i Curacao nie dały rady, Iranowi zabrakło szczęścia, Jordania i Uzbekistan trafiły do za mocnej grupy. DR Konga zabrakło sił na finiszu meczu z Anglią, Paragwaj splamił się spotkaniem z Francją. Na szczęście dla organizatorów, ale i nas wszystkich, pojawiła się Republika Zielonego Przylądka.
Samo wejście do fazy play-off było niespodzianką, lecz w pełni zasłużoną. Drużyna Bubisty nie przegrała ani razu, chociaż mierzyła się z dwoma byłymi mistrzami (Hiszpanią i Urugwajem) oraz Arabią Saudyjską. Trzy remisy wystarczyły do zajęcia drugiego miejsca i wpadnięcia na Argentynę. "Niebieskie Rekiny" traktowano jako przystawkę dla urzędujących czempionów i było to szalenie mylne podejście. Republika Zielonego Przylądka ostatecznie przegrała, nie doprowadziła do serii rzutów karnych, ale wygrała serca widzów na całym świecie. W tym sformułowaniu, zwykle przecież przesadnym, nie ma nawet grama hiperboli.
Spotkanie w 1/16 finału przeszło do historii mundiali. Wyspiarze od samego początku postanowili, że zagrają z Argentyną jak równy z równym. Owszem, postawili na bardzo konsekwentne przesuwanie w defensywie i ograniczenie możliwości ataków rywala, ale ich styl diametralnie różnił się od gry Paragwaju będącego wyznacznikiem piłkarskiej brutalności. W przeciwieństwie do Latynosów, Kabowerdeńczycy chcieli grać w piłkę. Gdy stracili bramkę, ruszyli aby stratę odrobić, a nie połamać nogi przeciwnikowi. I kiedy już złapali wiatr w żagle, Argentyna miała niebagatelne kłopoty, aby ich zatrzymać.
Republika zachwyciła wszystkich. Swoją radością, otwartością, przywitaniami Bubisty, który przed każdym meczem wręczał przeciwnemu selekcjonerowi pamiątkowy proporczyk. Wciąż jednak "Niebieskie Rekiny" potrzebowały tego jednego momentu cementującego ich obecność na mundialu. Któż pamiętałby o samym stylu za 50 lat? Republika potrzebowała więc czegoś, co za pół wieku pojawi się w kolejnym zestawieniu prezentującym największe wydarzenia w dziejach mistrzostw. Udało się to coś zdobyć.
103. minuta dogrywki. Argentyna znów prowadzi, tym razem po golu Lisandro Martineza. Podopieczni Lionela Scaloniego cofają się pod pole karne, Kabowerdeńczycy mają ograniczone możliwości. Debiutanci wymieniają podania na przedpolu, nagle Yannik Semedo decyduje się na podanie do niepilnowanego Sidny'ego Lopesa Cabrala. 23-latek prostym zwodem mija rozkojarzonego Alexisa Mac Allistera. Uderza na bramkę z ostrego kąta, futbolówka przelatuje nad blokującym Nahuelem Moliną, nad ręką wyciągniętego Emiliano Martineza. Trzepocze w siatce, świat upada na kolana i z podziwem obserwuje jednego z najpiękniejszych goli w dziejach mundiali. Po meczu Martinez przyzna, że wpuścił przepiękny strzał.
Po tym trafieniu stało się jasne, że o "Niebieskich Rekinach" nie zapomnimy. Że Bubista, Vozinha i wreszcie Cabral zapewnili tej reprezentacji nieśmiertelność. Historia ostatniego z nich tylko dopełnia piękno sytuacji. Cabral jeszcze w grudniu 2023 roku grał w piątej lidze niemieckiej, w maju 2025 występował zaś w lidze trzeciej. Dopiero niedawno przebił się do szerszej świadomości, bo Benfica Jose Mourinho wypatrzyła obrońcę w Estreli. Przed mundialem zaś po Kabowerdeńczyka sięgnął Trabzonspor. Zaiste ekspresowa kariera, a przecież nie mówilibyśmy o niej, gdyby nie ten gol z Argentyną. Kto wie, czy gigant z Lizbony nie żałuje dziś, że lekką ręką pozbył się takiego piłkarza. Jego wartość po mundialu zapewne powędruje w górę.
Być może mistrzostwa świata wymyślono po to, aby doszło do Maracanaço. Żeby Korea Północna strzeliła Portugalii trzy gole w 20 minut i napędziła Anglikom stracha, jak tu politycznie rozegrać ewentualny półfinał. Żeby zmagająca się z opresją ZSRR Polska dwukrotnie sięgnęła po brązowy medal i rozpromieniła szarą rzeczywistość. Żeby Bułgaria szturmem wkroczyła na największą ze scen, pobiła mistrzowskich Niemców i do samego końca walczyła o medal. Żeby NRD pokonała RFN. Żeby Turcja zatrzymała pchaną przez sędziów Koreę Południową i sięgnęła po brąz. Żeby Kostaryka zagrała na nosie Urugwajowi, Włochom i Anglikom. Żeby Republika Zielonego Przylądka nie przegrała spotkania w 90 minutach, żeby Sidny Lopes Cabral strzelił gola swojego życia i popędził w objęcia kogoś, kto może jest przeznaczoną mu miłością. A jeśli wymyślono je po coś więcej, to całe szczęście.