Selekcjoner, na którego złożyli się miliarderzy. Wierzy w... kosmos i cytryny. To jego mundial?

Selekcjoner, na którego złożyli się miliarderzy. Wierzy w... kosmos i cytryny. To jego mundial?
IMAGO / pressfocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 12:30
Zapomnijmy o Christianie Pulisicu, Florianie Balogunie, odpuśćmy Gio Reynę. Największą osobistością w kadrze USA wcale nie jest piłkarz. Pochwały kierowane są przede wszystkim w stronę selekcjonera. I nie są one na wyrost. Mauricio Pochettino stworzył z grupki aspirujących zawodników świetny zespół.
Zaledwie dwa lata temu Stany Zjednoczone przeżywały trudny okres: rozczarowujące odpadnięcie z Copa America, zwolnienie Gregga Berhaltera i niepokojące problemy wewnątrz kadry, a wszystko to w obliczu zbliżających się mistrzostw świata, odbywających się na ich ziemi. Turnieju, którego nie można odpuścić za żadną cenę. Dosłownie. Czarną robotę za działaczy amerykańskiej federacji soccera odwalili bowiem miliarderzy. To oni przyciągnęli wielkie nazwisko. Mauricio Pochettino z dumą piastuje stanowisko selekcjonera reprezentacji, a jego chłopcy zadebiutowali na mundialu, wygrywając przekonująco z Paragwajem.
Dalsza część tekstu pod wideo

Cytryny na odgonienie złej energii

Jest trenerem “innym”, jak określił go po kilku tygodniach współpracy lider zespołu, Christian Pulisić. – Innym pod wieloma względami – dopowiedział. Na przykład? Wierzy w „uniwersalną energię” – duchową i filozoficzną koncepcję, według której niewidzialna siła przepływa przez kosmos i wpływa na nasze codzienne życie. Brzmi jak żywcem wzięte z poradnika trenera personalnego. – Może to wyglądać dziwnie, ale potrafię przewidzieć rzeczy, które się wydarzą, oraz ich konsekwencje. Wiem, jaką drogą pójdzie dany piłkarz. Widzę wszystko w ich aurach – tłumaczy Argentyńczyk.
W swoim gabinecie trzyma miskę z cytrynami, ponieważ – tu znów cytat – „pochłaniają negatywną energię i oczyszczają atmosferę”. Jego konferencje prasowe po angielsku (w jego drugim języku) są nieprzewidywalne, ale wprawiają w dobry humor każdego dziennikarza. Nie ma tam nudy, miałkości ani banałów. Odpowiedzi Pochettino nawet na najtrudniejsze pytania są pełne uroku, błyskotliwe.
Podobnie zresztą jak jego dokonania w tym zawodzie. Wszędzie, gdzie się pojawiał, odnosił sukcesy, choć nie brakowało też brutalnych porażek. Grał na mundialu w 2002 roku, gdzie sfaulował Michaela Owena w akcji, która zakończyła się rzutem karnym wykorzystanym przez Davida Beckhama. Mecz zakończył się porażką Argentyny 0:1, a „Poch” został kozłem ofiarnym, podobnie jak sam „Becks” cztery lata wcześniej na francuskich boiskach. Na ławce trenerskiej Argentyńczyk szybko jednak zyskał renomę. Prowadził trzy z największych klubów na świecie: Tottenham, Chelsea oraz PSG.
Doprowadził „Koguty” do finału Ligi Mistrzów w 2019 roku, a już kilka miesięcy później musiał uciekać z klubu. W PSG wytrzymał zaledwie półtora roku. Gdy „The Blues” zwolnili go po zaledwie jednym sezonie, angielskie media pisały, że jego metody są przestarzałe. Teraz, w wieku 54 lat, podąża podobną ścieżką z amerykańską kadrą. Zaczyna od serii pozytywnych wyników, po czym następuje nagły regres i wahania formy. Cztery zwycięstwa z rzędu, potem seria porażek, następnie 10 meczów bez przegranej i znów kilka spotkań z wpadkami w słabym stylu.

Boss na ławce

A jednak federacja nie zamierza z niego rezygnować. Ma gigantyczny autorytet – nawet w czasach piłkarskich nazywano go „szeryfem”. Jako szkoleniowiec nadal potrafi postawić na swoim. Kiedy rok temu Pulisic po wyczerpującym sezonie w Milanie poprosił selekcjonera o zwolnienie z meczów towarzyskich przed turniejem Gold Cup (mistrzostwa Ameryki Północnej – przyp. red.), Pochettino powiedział mu, że w takim razie w ogóle może nie przyjeżdżać. Najzwyczajniej w świecie zrezygnował ze swojej największej gwiazdy.
Oczywiście jego praca w USA jest nieco inna niż w miejscach, gdzie futbol należy do świętej trójcy najpopularniejszych sportów. W Argentynie to religia. Każdy chłopiec w Buenos Aires przynajmniej raz w życiu dostanie na urodziny piłkę. W Stanach dostanie raczej kij bejsbolowy, piłkę do kosza lub jajo do rzucania. Ale „Poch” nie załamuje rąk. Przestrzeń do wyhodowania nowego Cristiano Ronaldo czy Leo Messiego istnieje.
Trzeba pamiętać, że z 400 milionów ludzi w USA przynajmniej 80 milionów to Latynosi. A oni piłkę nożną mają zakodowaną w genach. Nie ma problemu z napływem młodego narybku – przekonuje były trener m.in. Tottenhamu.
Ale w jaki sposób Pochettino w ogóle trafił do drużyny? W USA nigdy nie udało się wychować klasy trenerów światowego formatu, a przynajmniej zdolnych do zagwarantowania drużynie skoku jakościowego. Potrzebny był impuls ze strony doświadczonego specjalisty. Argentyńczyk był idealnym kandydatem. W maju 2024 roku rozstał się z Chelsea i pozostawał bez klubu. Choć wcześniej amerykańska federacja sondowała m.in. Juergena Kloppa, to właśnie Mauricio okazał się najbardziej otwarty na projekt. Szukał nowego wyzwania, a perspektywa prowadzenia utalentowanego pokolenia amerykańskich piłkarzy na domowym mundialu była niezwykle prestiżowa.

Składka na trenera

Problem leżał w pieniądzach. Amerykańska federacja piłkarska normalnie nie mogłaby sobie pozwolić na pensję trenera tej klasy. Berhalter zarabiał nieco ponad dwa miliony dolarów, podczas gdy wymagania Pochettino opiewały na około sześć milionów rocznie. Aby dopiąć transakcję, US Soccer stworzyło bezprecedensowy model finansowania. Pensję Argentyńczyka w dużej części pokryły darowizny od prywatnych filantropów i biznesmenów – m.in. Kena Griffina, miliardera i menedżera funduszu hedgingowego Citadel, czy Scotta Goodwina, współzałożyciela Diameter Capital, nowojorskiej firmy koncentrującej się na globalnych rynkach kredytowych.
Dzięki „filantropijnej ściepie” Pochettino stał się najlepiej opłacanym selekcjonerem w historii amerykańskiej piłki i jednym z najlepiej zarabiających trenerów narodowych na świecie. Na razie wciąż trudno powiedzieć, czy cała ta operacja wyszła amerykańskim piłkarzom na plus. W ciągu dwóch lat za sterami kadry Pochettino dotarł do finału Gold Cup (przegranego z Meksykiem), a następnie zanotował kilka obiecujących wyników w meczach towarzyskich, jak choćby wbicie pięciu bramek Urugwajowi. Prawdziwym sprawdzianem, co oczywiste, będą najbliższe tygodnie. Póki co zaczął znakomicie, od wysokiego zwycięstwa z Paragwajem (4:1). Kolejny test już w piątkowy wieczór, gdy USA zagra z Australią.
Pochettino, zapytany o to, jak zdefiniowałby sukces na tym mundialu, przyznał szczerze: „Nie wiem, to trudne pytanie”. My natomiast wiemy, że po turnieju zostanie oceniony nie przez pryzmat ostatnich 20 miesięcy, a raczej 20 dni. Najważniejszych dla reprezentacji USA w tym stuleciu. Kibice, a później działacze, rozliczą go z tego, czy uda mu się wprowadzić drużynę przynajmniej do ćwierćfinału domowej imprezy. Łatwo nie będzie - „Jankesi” w całej swojej mundialowej historii tylko raz wygrali mecz w fazie pucharowej (w 2002 roku). Są jednak na dobrej drodze, by przynajmniej ten wyczyn powtórzyć. Choć ambicje Pocha sięgają znacznie wyżej.

Dyskusja

Przeczytaj również